Paradise Lost - Łódź


(13 maja 2005 r.) - Łódź "Dekompresja"
(Paradise Lost, Orphaned Land, Society 1)



W łódzkim klubie "Dekompresja" meldujemy się kilka minut po godzinie 17-tej, przed wejściem nikogo nie ma (co nie dziwi, gdyż do koncertu jeszcze 3 godziny), a skoro drzwi są otwarte to ładujemy się do środka :) a tam na scenie Orphaned Land ustawia sprzęt. Chwilkę się przyglądamy, następnie pobieżne oględziny klubu (gdyż to moja pierwsza wizyta w nim) i już wszystko wiem ;) "Dekompresja", to taki średniej wielkości klub, dosyć wysoki i przestrzenny, więc z akustyką nie powinno być kłopotów, czyli będzie dobrze. Bierzemy sobie plakat na pamiątkę ;) i idziemy coś zjeść. Po zjedzeniu największej pizzy w moim życiu (poważnie, to był olbrzym, zjedzenie jej trwało 30 minut) i krótkiej sjeście w samochodzie :) na kilka minut przed godziną 20-tą wchodzimy do klubu.

Ogólnie frekwencja dopisała, biorąc pod uwagę, że dzień później Paradise Lost gra darmowy koncert w Warszawie. Na wprost wejścia są stoiska z koszulkami i płytami, więc od razu idziemy tam, żeby zobaczyć co i jak. Na stoisku Paradise Lost jakiś znudzony gościu siedzi i nikogo przy nim nie ma (a do kupienia m.in. stringi z logo zespołu), heh to dziwne, bo przy stoisku zespołu Orphaned Land tłumek ludzi. Okazuje się, że w rolę sprzedających wcielili się: wokalista KOBI FARHI i klawiszowiec EDEN RABIN. Co ciekawsze, muzycy jeszcze rozdają płytki promocyjne z wytwórni Century Media, na której są dwa utwory z ostatniej płyty Orphaned Land, oraz dwa utwory zespołu Sentenced, z nadchodzącego albumu "The Funeral Album" (premiera 30 maja).

"Sprzedawcy" z Orphaned Land są bardzo sympatyczni, chętnie z każdym zamieniają słówko, podpisują bilety, pozują do wspólnych zdjęć. Szkoda, że nie mam aparatu fotograficznego, bo byłaby miła pamiątka z tego koncertu, a tak mam "tylko" podpisany bilet :)

Tymczasem na scenę wychodzi zespół Society 1. No cóż... przed koncertem poszukałem na Internecie informacji na temat tego zespołu, gdyż nazwa była dla mnie totalną zagadką. No i dotarłem do oficjalnej strony zespołu, a tam wyczytałem, że Society 1 uważa się za "schizofreniczny zespół" oraz, że pochodzi z Los Angeles. Aha, no to już wiedziałem czego się spodziewać. No i dokładnie było tak, jak przypuszczałem.

Na scenie cztery osoby, dziwaczny image i zachowanie, obsceniczne gesty, a muzyka to generalnie hałas bez ładu i składu. Największym "schizofrenikiem" tego zespołu jest wokalista, który chyba jest zafascynowany groteskową postacią światka muzyki, jaką jest niewątpliwie Marilyn Manson. Ot taki zespół dla zbuntowanych nastolatków z U.S.A. Nie sądzę, żeby ta kapela zrobiła jakiekolwiek wrażenie na kimkolwiek w "Dekompresji". Z wielkim wysiłkiem przesłuchuję kilka kolejnych utworów i znudzony postanawiam zajrzeć na... stoisko Orphaned Land. Tym razem dostaję w prezencie zdjęcie muzyków :) oczywiście wykorzystuję miłych "sprzedawców" do podpisania się na fotce, przebijamy "piątki" i wracam powoli na swoje miejsce.

Na szczęście niebawem "łubu-dubu" ze sceny dobiega końca i zespół Society 1 kończy swój "występ". No cóż, oklasków zbyt wielu nie było, raczej większość uśmiechała się z politowaniem :), a o bisach nie ma mowy :)

Chwila spokoju, techniczni przestawiają sprzęt, "sprzedawcy" opuszczają "sklepik" i udają się w kierunku sceny. Mija kilka chwil i Orphaned Land w pełnej krasie melduje się na scenie. Nieśmiałe "good evenig" i zaczyna się koncert. Na początek leci utwór "Ocean Land (The Revelation)", ale co to, gitarzysta (który podczas tej trasy zastępuje etatowego "wioślarza" Yossi Sa'aron'a) stoi tyłem do publiczności i coś majstruje przy gitarze. No pech, pierwszy kawałek i od razu problemy techniczne, utwór trwa, a gitara milczy. Koniec kawałka i krótka przerwa na naprawę sprzętu (wybawcą okazuje się... gitarzysta Society 1, który pożycza swój kabel) i nareszcie gitara "przemówiła" metalicznym głosem :), a koncert może trwać dalej.

Słówko o dźwięku - wszystkie instrumenty słychać poprawnie, jednak wokalista jest momentami słyszalny troszkę mniej, poza tym nie mam zastrzeżeń. Gitary, bas i perkusja brzmią soczyście, jedynie brakuje mi tych wszystkich "smaczków", których na płytach Orphaned Land jest sporo, no ale wiadomo, że nie ma możliwości tego wszystkiego odegrania na koncercie.

Zaczyna się kolejny utwór, no i okazuje się nim być "Norra El Norra (Entering The Ark)" z płyty "Mabool", bardzo lubię ten kawałek, no i wiadomo co się stało ;) nie mija 30 sekund i znajduję się w okolicy barierki. A tam zabawa na całego, wszyscy skaczą, klaszczą, no wiadomo co się tam dzieje :) Wokalista zachęca do wspólnego śpiewania i tak się dzieje, naprawdę jest to dla mnie niesamowity moment tego koncertu :)

Okazuje się, że na samym przedzie wokal jest słyszalny znacznie lepiej niż tam gdzie byłem poprzednio :) więc postanawiam zostać tutaj do końca występu Orphaned Land. Z bliska widać, że muzycy są zachwyceni przyjęciem w Polsce, bo publiczność reaguje żywiołowo, ale trzeba też przyznać, że wokalista KOBI bardzo się stara nawiązać kontakt z ludźmi zgromadzonymi pod sceną. Zachęca do wspólnej zabawy, przybija piątki. Zabawnym momentem niewątpliwie jest chwila, gdy rozbawiona publika dostaje swoją szansę, na zaśpiewanie kolejnego fragmentu utworu, no niestety nic z tego nie wychodzi, bo ten kawałek tekstu jest po hebrajsku :) Krępującą chwilę ciszy przerywają sami muzycy... śmiechem. Trzeba przyznać, że ten żart udał im się doskonale :) Zresztą muzycy nie oszczędzają się ani przez chwilę, widać, że grają na maximum swoich możliwości.

Do końca występu Orphaned Land czuję się jak w jakimś amoku ;) udzieliła mi się atmosfera z pod samej sceny, zresztą wiadomo, że całkiem inaczej odbiera się występ zespołu mając ich na wyciągnięcie ręki, niż stojąc nawet kilka metrów od sceny. Utwory przelatują jeden za drugim, pod koniec ostatniego wokalista "schodzi" do barierki i ściska fanów, w ten sposób dziękując za udany koncert, zespół schodzi ze sceny i po chwili wraca, bo bez bisu nie mogło się obejść :) Niestety (dla mnie) nadchodzi moment pożegnania zespołu i po chwili wycofuję się na poprzednie miejsce. Bardzo podobał mi się ten występ, wręcz jestem zachwycony :)

Dodatkowo moją radość wzmacnia fakt, że jeszcze niedawno wydawało mi się, że zobaczenie na scenie Orphaned Land to jest raczej coś, na co będę czekał latami.

Przerwa przed występem gwiazdy wieczoru, brytyjskiego Paradise Lost powoli dobiega końca, techniczni już wszystko przygotowali jak należy, atmosfera w "Dekompresji" jest pełna napięcia, a ja zastanawiam się, jaki będzie ten występ. Muszę przyznać szczerze, że ostatnie płyty Paradise Lost trochę do mnie nie trafiają, no o ile jeszcze ostatni krążek w miarę mi "podchodzi", to już poprzednie 3 są dosyć dalekie od moich gustów muzycznych. Zdecydowanie bardziej wolę płyty "Draconian Times" i "Icon". Przed koncertem już wiedziałem, że zespół większość utworów zagra właśnie z tych mniej lubianych, przeze mnie płyt, a na starocie to mogę liczyć w ilości 3-4 sztuk :)

Muzycy pojawiają się na scenie, a z głośników sączy się intro i już wiadomo, że jako pierwszy pójdzie utwór "Don't Belong" z najnowszej płyty, i jest to dobry początek, gdyż podoba mi się ten kawałek :)

Z zaciekawieniem przyglądam się muzykom i widać małą zmianę w wyglądzie, a mianowicie włosy jakby dłuższe ;) czyżby panowie chcą wyglądać "bardziej metalowo"? ;) Ok, zostawmy image panów z Paradise Lost i przejdźmy do muzyki :) A ta brzmi bardzo soczyście, wszystkie instrumenty słychać znakomicie, powiedzieć można, że brzmienie - żyleta ;) Od razu słychać, który zespół jest gwiazdą wieczoru. Utwory są zagrane "gitarowo" i muszę przyznać, że takie granie znacznie bardziej mi się podoba. Zespół rzeczywiście koncentruje się na najnowszej twórczości i odgrywa większość utworów z ostatniej płyty. Niewątpliwie na wyróżnienie zasługują takie kawałki: "Grey", "Forever After", "All You Leave Behind", "Accept the Pain", a także utwór otwierający koncert. Te utwory zrobiły na mnie największe wrażenie, jeśli chodzi o ostatnią płytę, bo o perełkach będzie później ;) Ach, no i jeszcze należy wspomnieć o utworze "One Second", gdyż też wypadł wyśmienicie.

Teraz słówko o atmosferze podczas występu, jak już wspominałem stałem trochę z tyłu i widziałem, co się dzieje pod sceną, a tam - szaleństwo :) Publika jest najwyraźniej zachwycona, śpiewa teksty wszystkich utworów, nawet tych z płyty "Paradise Lost", szkoda, że NICK HOLMES jakoś nie bardzo żyje tą publicznością. Przez cały koncert zaledwie kilka razy zdobył się na odzywkę w stylu "jak się czujecie", czy coś podobnego. Bardziej skupia się na śpiewaniu, niż na zabawianiu publiczności. Natomiast po prawej stronie sceny stoi gitarzysta GREG MACKINTOSCH, który wygląda niesamowicie z grzywą włosów, które zasłaniają całą twarz ;)

NICK zapowiada kolejny utwór i twierdzi, że to będzie coś starego, a nawet coś bardzo starego. No, na te słowa, to ja się raduję, bo z tego, co wiem, to na tej trasie grają utwór "As I Die" i rzeczywiście jest to ten kawałek :) "Dekompresję" ogarnia szaleństwo, teraz to wszyscy bawią się na 100 % :) Niewątpliwie jest to dla mnie jeden z lepszych fragmentów tego koncertu. Z dawniejszych czasów zagrali jeszcze "Enchantment", który wypadł doskonale, a także "Hallowed Land" i na sam koniec bisów "The Last Time", czyli zgodnie z planem były 4 starsze utwory :) Jak dla mnie to proporcje mogłyby być odwrotne ;)

Bisy są takie planowe, nie ma tutaj żadnej niespodzianki, zespół schodzi ze sceny, bo po chwili wrócić i odegrać, to co zaplanowali wcześniej, no i koncert dobiega końca. Generalnie - bardzo dobry występ Paradise Lost, mimo, że nie przepadam za ostatnimi płytami Brytyjczyków, to koncertu wysłuchałem z dużą przyjemnością. Niewątpliwie ta muzyka dużo zyskuje w wykonaniu na żywo, no pod warunkiem, że jest grana na gitarach ;) Tak jak wspominałem, jedynym minusem dla mnie, jest brak większej ilości materiału ze starszych płyt.

I w ten sposób kolejny koncert mam poza sobą. Jeszcze przez chwilę dochodzimy do siebie w klubie i "żyjemy" atmosferą minionego koncertu, a te niespełna 4 godziny w "Dekompresji" są bardzo udane, koncert Orphaned Land będzie dla mnie wspaniałym wspomnieniem, a występ Paradise Lost zaliczam do udanych. Następnie udajemy do samochodu i ruszamy w kierunku Wrocławia.

Ps. Specjalne pozdrowienia dla: M., który był (!), i widział to samo ;), dla pani kelnerki z pizzeri ("co nigdy wcześniej tutaj nie zamawialiście?" :D), oraz dla Tomka za miłe 2 godzinki w Pabianicach :)



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 28.05.2005 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!