 Metal Mine Festival Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia Wałbrzych - 26.08.2017 r.
Druga edycja festiwalu Metal Mine odbyła się 26 sierpnia w Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia w Wałbrzychu. Niesamowicie urokliwa lokalizacja, na uboczu miasta, a w około pełno sprzętu górniczego - wielkie bory, wiertła i inne zupełnie mi nie znane urządzenia. A nad tym wszystkim górowała sporych rozmiarów wieża. Wyglądało to bardzo metalowo! Scena dość sporych rozmiarów i w dodatku fajnie umiejscowiona, bo także z dalszej odległości było wszystko widać. Lokalizacja na piątkę. Co do samej organizacji, to pochylę się nad tym na końcu tego tekstu.
 Na teren festiwalu dotarliśmy gdy na scenie grał zespół In Twilight's Embrace. Poznaniacy prezentują świetną mieszankę death i black metalu. Jest w tym graniu sporo diabła, wściekłości i solidnego wygaru. Był to mój pierwszy kontakt z tą formacją i od razu zostałem kupiony. Zupełnie nie wiem dlaczego nasze drogi się jeszcze nie przecięły, bo zespół ma na swoim koncie trzy studyjne płyty (premiera czwartej pod koniec września), a istnieją od 2003 roku. Muzycznie trochę Skandynawii, trochę kombinowania, świetny wokal Cypriana Łakomego i kapitalna gra gitarzystów. Zupełny brak nudy i sporo dobrego muzycznego rzemiosła. Na pewno posłucham płyty "Vanitas", która lada moment ujrzy światło dzienne, a i również skuszę się na album "The Grim Muse" z 2015 roku. To był jeden z lepszych koncertów tego dnia i zdecydowanie moje osobiste odkrycie. Polecam!
 Dosyć sprawna przepinka i na scenie pojawiła się formacja Doomas, która była dla mnie totalną zagadką. Zupełnie nie miałem świadomości istnienia tego zespołu do momentu ogłoszenia ich w line-upie tego festiwalu. Zespół pochodzi ze Słowacji i jak łatwo można się domyśleć - ma coś wspólnego z doomem. Trop dosyć słuszny, ale nie do końca. Oprócz smolistych, ciężkich i walcowatych nutek, można było usłyszeć takie znacznie "skoczniejsze". Doomas dokłada momentami mocno do pieca i dosyć mocno eksploruje szufladkę z napisem death, nie stroniąc od melodii. Proporcje dosyć często się zmieniają i po fragmentach spokojnych następuję agresywniejsze. I w drugą stronę też jak najbardziej. Bardzo fajnie to było wszystko poskładane i nieźle rozkręciło publikę. No cóż... widać fani docenili bardzo dobrą robotę. Zdecydowanie kapela z którą będę chciał się zapoznać bliżej, bo grają bardzo fajną muzę. W dyskografii Doomas znajdują się dwie płytki, więc materiał zbyt dużo nie ma.
 Kolejna pozycja w rozpisce to Obscure Sphinx. Generalnie mam "problem" z tym zespołem. Muzyka tego zespołu nie do końca do mnie trafia. Za dużo tych emocji w tym wszystkim i nie potrafię chyba tego sobie poukładać. Zespół ma spore grono oddanych fanów (i stale ono rośnie), ale do mnie nie trafiają. Wolę muzykę bardziej poukładana i nic na to nie poradzę. Sam koncert jak zwykle był mocno emocjonalny - to co wyprawia Wielebna, to czapki z głów. Szaleństwo, obłąkanie, to spokojne epitety w porównaniu do scenicznej gry tej wokalistki. Dziewczyna dwoi się i troi na scenie, wyglądała bardzo efektownie (co za make up!) i do tego dokłada te opętane wokale. Matko Bosko! Diabeł Kobieta... znaczy Wielebna. Muzycznie pasują mi te szybsze i mocniejsze fragmenty, bo ja nigdy nie przepadałem za sludge, czy post rockiem. To nie moja bajka. Jednak Obscure Sphinx raz na jakiś czas fajnie zobaczyć. Mają to coś, co wyróżnia ich z tabunu innych zespołów.
 Przyszedł czas na gwiazdę wieczoru, czyli SepticFlesh. Grecy grają ten swój symfoblack metal od wieków i zdobyli sporą grupę fanów. Koncertowo widziałem ich po raz pierwszy (!) i muszę przyznać, iż oprawa wizualna była genialna. Świetnie dopracowane światła (szkoda, że pirotechniki nie było) i zawodowo wyglądająca kapela na scenie. Główną uwagę oczywiście przykuwał wokalista/basista Seth (Spiros Antoniou), ale sporo od siebie dawał jego młodszy brat Christos. Widowisko (bo tak można nazwać ten występ) było pierwszej wody, jednak mnie muzycznie to nie do końca przekonało. Wszystko pięknie i ładnie, ale jednak za dużo (dla mnie) tej bardzo bogatej symfonii... niestety odtwarzanej z laptopa, czy innego pendrive. Za mało muzycy "mają do powiedzenia", bo te (z założenia) dodatki przeważają niż muzyka grana przez zespół. Trochę to przypomina muzykę filmową. Znakomicie pewno to by zabrzmiała z pełną orkiestrą, no ale nie te buty na razie. Co ciekawe zespół nie zaprezentował ani jednego kawałka z płyty, która swoją premierę miała mieć za tydzień. Serio. Najnowszy album zatytułowany "Codex Omega" ukazał się 1 września, a festiwal odbył się 26 sierpnia. W zamian była spora promocja poprzedniego krążka ("Titan") z 2014 roku. Dziwne to. Tym bardziej, że w sieci były już udostępnione numery zapowiadające to wydawnictwo. Jeszcze bardziej dziwne, prawda? Koncert obejrzałem z dużym zainteresowaniem z pod samej sceny. Największe wrażenie zrobił na mnie ciągle poprawiający włosy Seth... wróć hehe... żarty na bok - mowa oczywiście o perkusiście. Krimh (pamiętacie go z Decapitated?) dwoił się i troił, żeby dodać tej muzyce życia.
 Przedostatnim punktem festiwalowego programu byli weterani z Acid Drinkers. Co ciekawe Kwasożłopy złapały jednego dnia dwie sroki za ogon. W godzinach popołudniowych zagrali koncert... w Tychach, a wieczorem stawili się w Wałbrzychu. Można? Można! Ostatnio widziałem ich rok temu w Jarocinie, gdzie cisnęli koncert z cyklu "A Tribute To Motorhead", czyli same covery tej formacji. Teraz był regularny występ i tym samym dla mnie mniej interesujący. Ja oczywiście tej formacji nic nie odmawiam, bo są wielcy i "Pan o tym wie, Pani o tym wie i społeczeństwo o tym wie... ". Specjalnie nie ma co się rozpisywać. Kto widział raz AD (a ktoś tutaj nie widział?), ten wie jak to wyglądało. Muzycy w formie, Titus klasycznie ("Lejdis end Dżentelmen"!), no i Popcorn okładający niemiłosiernie swój zestaw. Brakowało oczywiście Jankiela i jego chórków, no ale to już historia. Koncert całkiem pozytywny, a usłyszeć "Barmy Army" na żywo zawsze miło.
 Festiwal Metal Mine zakończyła black metalowa Furia. Moim zdaniem idealna kapela na koniec tej imprezy. Chciałoby się rzec, że odpowiedni zespół w odpowiednim miejscu. Pamiętacie/wiecie, że EP'kę "Guido" ten zespół zarejestrował... ponad trzysta metrów pod ziemią? Oczywiście odbyło się to w kopalni Guido znajdującej się w Zabrzu. W tą mroczną i posępną muzykę idealnie wpasowała się pogoda. Była już prawie "Martwa polska jesień", a dodatkowo "księżyc milczał", bo na horyzoncie ostro błyskało zapowiadając burze. Sceneria idealna dla black metalowego zespołu. Tym bardziej, że wokalista Nihil nie wchodzi zbytnio w interakcję z publiką, a cały zespół prezentuje dosyć ascetyczną postawę na scenie. Tutaj liczy się tylko i wyłącznie muzyka. A ta była wyborna. Brudna, pokręcona, ponura i mocno posępna. Klimat tego występu był genialny, aż chciało się więcej i więcej. Ale jak wiadomo, to co dobre szybko się kończy i tak też było tym razem. Furia kapitalnie spuentowała ten festiwal. Dla mnie był to koncert imprezy.
I w ten oto sposób dobiegła końca tegoroczna edycja Metal Mine Festival. Obiecałem na początku napisać kilka słów o organizacji tej imprezy. Druga edycja ściągnęła całkiem niemałą liczbę fanów spragnionych polskiej imprezy festiwalowej typu "open air". Frekwencja znacznie większa niż rok temu (niestety sprawy rodzinne uniemożliwiły mi uczestnictwo w pierwszej edycji), więc to spory bonus dla organizatorów. Ze spraw technicznych to specjalnie nie ma do czego się przyczepić. Lokalizacja - petarda. Scena, nagłośnienie, światła - super. No może było ciut za głośno jak dla mnie, no ale to detal. Można sobie z tym poradzić. Doboru kapel nie oceniam, bo to każdy ma swoje preferencje. Ja wolałbym trochę większą różnorodność stylistyczna. Z minusów to na pewno ilość budek (tak!) z piwem. Dwa takie miejsca to zdecydowanie za mało. No i najemcy nie popisali się, bo dosyć szybko skończyło się lane piwo i było tylko dosyć syfiaste z puszki (brrr...). Stoiska z jedzeniem też były, ale nie korzystałem. Z tego co znajomi mówili, to pyszności tam nie uświadczyli. Organizatorzy wsłuchują się w głosy uczestników festiwalu i podejrzewam, że za rok o tych niedociągnięciach nie będzie mowy. Dla chętnych było też pole namiotowe, zlokalizowane tuż przy terenie festiwalowym. No i dwa fajne plusiki - darmowy parking dla samochodów (hehe) i koszulka festiwalowa w zabójczej cenie... 40 złotych! Trzymam kciuki za Metal Mine i mam nadzieję, że wyrośnie z tego fajna, cykliczna impreza na koniec okresu wakacyjnego. Za rok też będziemy tam jako MetalSide i oczywiście jako fani metalu. Do zobaczenia!
zdjęcia: Monika Wawrzyniak Photography
|