Marilyn Manson - Wacken Open Air



Marilyn Manson
Wacken Open Air - 04.08.2017 r.


Manson na Wacken... Przyjąłem tę wiadomość ze sporym zdziwieniem. Postanowiłem jednak, że na koncert wybiorę się z czystej ciekawości. MM nie jest artystą, na którego koncert kupiłbym bilet. Co innego jednak, gdy występuje na Festiwalu gdzie przy okazji można rzucić okiem i uchem na to co prezentuje na scenie. W piątkowy wieczór odpuściłem więc Candlemass i ustawiłem się pod sceną Faster aby zobaczyć i usłyszeć co naczelny Antychryst popkultury ma do zaproponowania. Czy było warto?

Jakoś tak jest na metalowo-rockowej scenie, że niektórzy muzycy lubię eksplorować jeden temat i przybierać różne pozy. Mamy więc metalowców-piratów, metalowców-rycerzy, metalowców-wikingów etc. Czasem jest to straszne, czasem śmieszne... Pan Marilyn Manson stał jednak chyba na końcu kolejki gdy rozdawano role na scenie i trafiła mu się rola/poza... aroganckiego chujka... Dlaczego tak? O tym za chwilę. Wróćmy do koncertu.

Gdy wybiła godzina rozpoczęcia koncertu Mansona z głośników wciąż dało się słyszeć popularne metalowe utwory autorstwa choćby Iron Maiden. Pięć minut po planowym rozpoczęciu koncertu głośniki zamilkły. "Zaczyna się" - pomyślałem i... usłyszałem, że do moich uszu docierają dźwięki "The End" mistrzów z The Doors. Scenę spowiły kłęby dymu z maszyn, które pracowały teraz chyba na 150% możliwości. Gdy utwór zbliżał się do końca oczekiwałem mocnego uderzenia! Dostałem natomiast... puszczone z taśmy intro. Ok, widocznie tak musi być, widocznie trzeba było nastroić odpowiednio publiczność przed spektaklem. Scena w tym momencie całkowicie utonęła w dymie. Miałem nadzieję, że jest to zapowiedź ciekawej scenografii, która ukaże się naszym oczom wraz z wejściem Marlina na scenę. Intro zbliżało się do końca i... puszczono wówczas drugie intro. Tego wieczoru wysłuchaliśmy więc: intra do intra intra, następnie intra intra i wreszcie intra. Czy ktoś z Was ma informacje czy pan MM zaprzyjaźnił się może z panem DeMaio?

Rozpoczął mocno od "This Is New Shit". Dobry utwór, który jednak w wersji live wypadł dość słabo. Przyczyną był m.in. fakt, że wokalista nie wyrabiał się w swoich partiach, nie dośpiewywał końcówek refrenów. Sytuację ratowała publika, aktywnie śpiewająca refreny. Scenografia? Okazało się, że perkusja ustawiona jest z boku sceny a jej środek z tyłu wypełnia ogromny dmuchany fotel. Tyle. Tylko tyle. Fotel, jakby wyjęty z salonu olbrzyma. Fotel, na którym Manson usiadł podczas koncertu może ze dwa razy. A sam Artysta? Coś co kiedyś mogło szokować dziś już tylko śmieszy. Rozumiem, że w oczach pruderyjnych gimnazjalistek (czy to nie oksymoron?) czy uczennic szkółki niedzielnej MM może wychodzić na Antychrysta. Na Wacken jednak i jednych i drugich jest jak na lekarstwo, tutaj przeważają metalowi wyjadacze, dla których biały puder, soczewki i rzucanie mikrofonem oraz statywem ("patrzcie jaki ze mnie badass") nie robi zbyt wielkiego wrażenia.

Jako drugi w kolejności poleciał następny hit "Disposable Teens" - utwór znany i lubiany ale... no właśnie na żywo nie brzmiący tak jak powinien. Zaczęło być irytująco. Irytowały wykonania poszczególnych kompozycji, irytowały dziwne zachowania "gwiazdy". W pewnym momencie Manson wziął pałeczki perkusyjne i próbował grać nimi na gitarze basowej swojego basisty. Gdy okazało się, że dźwięki go nie satysfakcjonują - obaj usiedli i powtórzyli próbę. Wciąż było źle więc położyli się na scenie. Wreszcie wokalista założył gitarę basową i zagrał na niej kilka prostych dźwięków. "This is my first lesson" - podsumował i... zniknął za kulisami. Czemu miał służyć tren performance? Myślę, że nawet pan MM nie wie.

Irytowały długie przerwy między utworami. Wiązały się one z koniecznością zmiany kreacji lub statywu mikrofonowego (był statyw w kształcie noża, karabinu... szokujące naprawdę). Jedna z takich dłuższych przerw, nastąpiła przed utworem, który spotkał się z najcieplejszym przyjęciem publiczności. Mowa tu o "Sweet Dreams", do którego wykonania Manson wyszedł na ogromnych szczudłach, podpierając się kulami. Publika była zachwycona, czemu nie można się dziwić wszak cover jest naprawdę wyśmienity. Niemniej - ciekawe co czuje Artysta, który największe oklaski zbiera nie za swoją twórczość lecz za odgrywanie cudzych utworów.

Koncert toczył się swoim tempem, a ja byłem coraz bardziej znudzony. Postanowiłem jednak, że poczekam do końca licząc, że wówczas czeka nas coś szczególnego. Ale czy czymś szczególnym możemy nazwać ogromny portret Mansona z tyłu sceny? Flagi z odwróconymi wieżami kościołów i podwójne odwrócone krzyże? A może konstrukcję sceniczną składającą się z dwóch wielkich rewolwerów? Podpowiem - NIE!

Szczyt mojej irytacji został osiągnięty gdy artysta zwracał się do publiki po angielsku i nie wpadł na to, że niemrawe odpowiedzi mogą wynikać z kiepskiego odbioru wątpliwej sztuki nie zaś z nieznajomości języka angielskiego. Manson podszedł jednak za kulisy, wyciągnął jakąś niemieckojęzyczną wolontariuszkę i... mówił jej na ucho coś po angielsku co ta tłumaczyła na niemiecki. Nie zauważyłem dużej różnicy w odbiorze komunikatów przez publiczność.

Długa przerwa po "The Beautyfull People" nie zapowiadała bisu. Zespół wyszedł jednak wreszcie po paru minutach aby odegrać jeszcze "Irresponsible Hate Anthem". Po tym utworze znowu nastąpiła długa przerwa, po której wreszcie zapaliły się białe światła by oznajmić zgromadzonym, że to już koniec. Ani "do widzenia" ani "pocałujcie mnie w dupę" nie było.

Mam wrażenie, że organizatorzy zaprosili na festiwal Marilyna Mansona tylko po to, aby go "odhaczyć" na liście zespołów, które wystąpiły na Wacken. Podobnie zrobiłem ja. Odhaczyłem. Ten koncert nic we mnie nie poruszył. Zarówno wizualnie jak i - co gorsza - muzycznie, było po prostu przeciętnie a momentami wręcz słabo. Duże rozczarowanie i zmarnowane półtorej godziny.



Autor: Michał Szczypek

Data dodania: 21.08.2017 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!