XXIX Międzynarodowy zlot motocykli "Nad Zalewem"



XXIX Międzynarodowy zlot motocykli "Nad Zalewem"
Polanów - 07-09.07.2017 r.


W zeszłym roku na polanowskim zlocie motocyklowym pogoda nie dopisała: o ile na gwieździe wieczoru - Marku Piekarczyku - pomimo chłodu i zimna jeszcze dało radę się bawić, to poprzedzający jego występ Mr. Pollack, z uwagi na oberwanie chmury, musiał grać dla garstki najwytrwalszych fanów cięższego grania. XXIX edycja pod tym względem lepiej się nie zapowiadała, gdyż cały dzień padało, ale na szczęście na godzinę przed rozpoczęciem chmury się rozeszły i po raz pierwszy od kilku dni niepewnie wyjrzało słońce. Bogu dzięki, gdyż line-up tegorocznego zlotu wyglądał bardzo obiecująco. W ciągu dwóch dni nad polanowskim zalewem mieliśmy się bowiem bawić przy zespołach reprezentujących różne style muzyczne - od nieco bardziej komercyjnych dźwięków, poprzez wściekły punk, aż po ciężkie łojenie. Wszystkich kapel nie byłem w stanie ogarnąć, ale i tak było tego tyle, że relacja rozrosła się do sporych rozmiarów - tekst podzielony został na poszczególne dni, te na konkretne grupy, więc (mam nadzieję!) bez problemu będziecie mogli dotrzeć do fragmentów, które Was najbardziej interesują. Piątek to przebojowe Róże Europy, punk-rockowa Kobranocka, a na deser miażdżący wszystko na swojej drodze punk/hard rockowy/heavy metalowy Proletaryat. Dzień drugi natomiast: "trzy akordy, darcie mordy" w wykonaniu kultowego The Bill, następnie, łączący rock, punk i reggae, Farben Lehre, a całość zamknięta przez, będącą owocem romansu death metalu z industrialem, Scyllę. Dla każdego coś miłego.

DZIEŃ I - 07.07.2017 r.

Różom Europy przypadł zaszczyt rozpoczęcia XXIX Międzynarodowego zlotu motocyklowego. Kapela, której liderem od 34 lat niezmiennie pozostaje Piotr Klatt, na swoim koncie posiada 9 albumów studyjnych, z których ostatni - "Zmartwychwstanie" - wydany został w 2013 roku. Miałem okazję uczestniczyć w koncercie promującym tamto wydawnictwo, tak więc pod względem muzycznym wiedziałem czego się spodziewać: przebojowej dawki rocka, okraszonej oryginalnymi tekstami lidera, które pomimo swojego wieku (w większości przypadków - niestety) nie straciły na aktualności. Zaskoczył natomiast skład: wiedziałem, że Klatt bardzo często zmienia muzyków, no ale w Polanowie wśród krzaków róż znaleźli się Grzesiek Korybalski na basie, Filip Kowalski na perkusji i, ubrany jakby właśnie wychodził do znajomych na grilla, Bartek Dębicki na wiośle - czyli zupełnie inna ekipa niż w Kawałku Podłogi.

Ważnym elementem każdego koncertu jest rozpoczęcie: trzeba tak dobrać utwory, aby zainteresować niezaznajomionych z twórczością grupy, fanów od razu rzucić na kolana, a przy tym utrzymać odpowiednią dramaturgię, zostawiając na sam koniec największe hity. Mnie Roże kupiły od razu: najpierw "Kontestatorzy" z hałaśliwą porcją gitar i fantastycznym refrenem, a po nich "Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo", który na żywo, za sprawą śpiewu Piotrka przypominającego bardziej melorecytację, wypadł lepiej niż w wersji studyjnej (nie można też zapomnieć o uroczo nieskoordynowanych ruchach wokalisty!). Od razu wiedziałem, że to będzie fajny występ i już nic nie mogło zmienić mojego pozytywnego nastawienia. Później były zarówno numery drapieżne ("Marihuanę" fani uczcili w najbardziej odpowiedni sposób, przez co w powietrzu unosił się charakterystyczny, słodkawy zapach), jak i te bardziej przebojowe ("Stańcie przed lustrami", "Krew Marilyn Monroe") i nawet mała wpadka, w postaci nieznośnie komercyjnego "Gangu", nie była w stanie popsuć mi humoru. Publiczność bawiła się wyśmienicie ale nagroda powędrować musi do pijanego w sztok fana, który od początku bardzo głośno domagał się "Jedwabiu" (a nawet i żeby zagrali go dwa razy!). Wraz z upływem czasu coraz mocniej mnie tym irytował (wszak wiadomo, że bez największego hitu obejść się nie mogło), ale uspokoiłem się, gdy poczęstował mnie własnoręcznie przygotowanym drinkiem. Drinkiem, w którym cola była użyta chyba tylko w roli barwnika... Zespół też reagował na niego ze spokojem i w końcu spełnił jego prośbę prezentując "Jedwab" w wersji niemal ośmiominutowej. Naprawdę pozytywny występ!

SETLISTA:
01. Kontestatorzy
02. Żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo
03. Spódnice i spodnie
04. Marihuana
05. Gang
06. Stańcie prze lustrami
07. Hipsterzy
08. Aleje Jerozolimskie '88
09. Czy coś się zmieni
10. Za coca-colę i miłość
11. Krew Marilyn Monroe
12. Wesołych świąt
13. Jedwab
14. Rock'n'rollowcy
15. Radio młodych bandytów

Tak jak "Jedwab" jest przekleństwem Róż Europy, tak bez "Kocham cię jak Irlandię" nie może się obejść żaden występ, mającej na karku już 32 lata, Kobranocki. Jest to o tyle zabawne, że numer ten jest kawałkiem dość nietypowym jak na standardy grupy, którą zaliczyć przecież można do nurtu punk rocka... Pod sceną jednak motocykliści w skórach, metale w koszulkach z czaszkami, punki z oryginalnym fryzurami - nie wyglądali na osoby łaknące ballad. Co innego matki z dziećmi, ale one od razu zorientowały się, co tu zaraz zacznie się dziać i przeprowadziły ewakuację na tyły. Początkowych pierwszych numerów dało się jeszcze posłuchać bez obawy o własne życie, ale wraz z tymi mocniejszymi rozpoczęło się prawdziwe piekło: pogo na lewo, pogo na prawo, kocioł z tyłu, metalowe barierki ledwo się trzymają, ktoś z boku traci (co ważne - przez przypadek!) zęba... Kurde, w ś.p. Kreślarni (Koszalin) w 2012 roku byłem jedyną osobą bawiącą się pod sceną a tutaj ludzie szaleli jakby to miał być ich ostatni koncert w życiu!

Zespół był w znakomitym nastroju (prezentacja członków grupy - bezbłędna!) i na scenie dawał z siebie wszystko. Największe brawa zdobywali oczywiście dwaj ojcowie założyciele: Kobra, który całkiem nieźle ukrywał fakt, że nie jest wybitnym wokalistą, i Szybki Kazik a.k.a. Atrakcyjny Kazimierz a.k.a. Margaret (hehe...), który nie tylko pewnie grał na basie ale też i niekiedy przejmował mikrofon. Żywiołowa gra zespołu sprawiała, że publiczność nie miała nawet chwili wytchnienia - apogeum nastąpiło chyba w okolicach "Póki to nie zabronione" i punkowej wersji "Kombinatu" nieodżałowanej Republiki: część fanów wchodziła na barierki, niektórzy przez nie przelatywali, a biedna ochrona miejscami nie wiedziała co ma z tym wszystkim zrobić. Inna sprawa, że miast "Spejsonów" z karkiem wielkości mojego uda, nad bezpieczeństwem czuwały same drobne Panie... Na szczęście obyło się bez jakichś większych incydentów - ludzie (choć pijani) byli całkiem kulturalni i tylko jednemu delikwentowi udało się wbiec na scenę, by przez dwie sekundy poskakać z kapelą. Podstawowy set kończyła spokojna "Hipisówka", zaśpiewana w tak nieczysty, że aż niemal prześmiewczy sposób, ale po takim przyjęciu bis był tylko formalnością: a tam m.in. wspomniany na początku "hicior". Bardzo dobry występ, co potwierdzić może chociażby sam Dariusz Kacprzak z Proletaryatu, który nie mógł się oprzeć i bawił się na nim w przejściu pomiędzy barierkami a sceną.

SETLISTA:
01. Ela, czemu się nie wcielasz?
02. Ostrożnie trutka
03. List z pola boju
04. Kaftanik bezpieczeństwa
05. Daj na tacę
06. Rozgrzeszenia nie chcą mi dać
07. Zgrzytam zębami
08. Biedna pani
09. Póki to nie zabronione (Wywróć się na drugą stronę)
10. W oczy patrzeć mi... (Yugopolis cover)
11. Kombinat (Republika cover)
12. Mówię ci, że... (Tilt cover)
13. Poziomki moich łez
14. I nikomu nie wolno się z tego śmiać (Die Toten Hosen cover)
15. Chcą się podetrzeć naszą skórą/Hipisówka
---BIS---
16. Trzymaj ręce przy Irence
17. Boję się (Krótka piosenka o odwadze)
18. Kocham cię jak Irlandię

Początkowo gwiazdą wieczoru miał być, występujący w bardzo mocnym składzie, Sztywny Pal Azji - niestety z bliżej nieokreślonych przyczyn nie mógł się w Polanowie pojawić i na ich miejsce wskoczyła ekipa z Pabianic. Z jednej strony byłem nieco rozczarowany (no bo w końcu powrót Leszka Nowaka i Pawła Nazimka), z drugiej jednak - po zeszłorocznym koncercie w Koszalinie (relacja również w serwisie) wiedziałem, że Proletaryat, mówiąc kolokwialnie, "zniszczy". Nie pomyliłem się: gdy po 23 wpadli na scenę i zaczęli wiązanką z "Oko za oko" ("Labirynt", "Nie wyrażam zgody", "Tlen") to aż włosy dęba stanęły. Oley, tym razem wygolony niemal na łyso, tradycyjnie wyjaśnił, że najpierw będą nowsze kawałki, a po nich systematycznie cofać się będą do przeszłości. A że facet wielki, groźny, a i przed występem coś tam sobie wypił, to bezpieczniej było się podporządkować: nikt się nie darł w początkowych minutach, że chce takie np. "Czarne szeregi" a jak Tomkowi zebrało się na przemyślenia, to wszyscy w milczeniu słuchali. Żeby nie było - po każdej z kompozycji następowała oczywiście szalona nawałnica braw. Nie mówiąc już o tym, co się działo w ich trakcie...

Jeśli na koncercie Kobranocki publiczność nieźle szalała, to na Ploretaryacie wręcz eksplodowała: pogo trwało nieustannie (bo przecież spokojnych numerów brak), ludzie się przewracali, ciężkie, metalowe barierki podskakiwały, ochrona temperowała co bardziej szalejących miłośników mocnych dźwięków (ale i tak jednemu z fanów udało się wtargnąć na scenę i przybić "piątkę" wokaliście) - istne szaleństwo. Przez półtorej godziny w środkowej części placu był taki młyn, że wyjście z niego bez poważniejszych uszkodzeń ciała powinno być specjalnie nagradzane. No ale czy można się takiemu wariactwu dziwić? Już sama muzyka sprawia że nie można w miejscu usiedzieć, a co dopiero gdy jeszcze widzi się zespół który jest w tak doskonałej formie. Proletaryat na żywo jest obecnie bowiem piekielnie mocny - niemal każdy numer wypada lepiej niż w wersji studyjnej (największa w tym zasługa Tomka, który śpiewa bardzo agresywnie). Po takiej, trwającej jakieś 80 minut, jeździe bez trzymanki, zespół zszedł ze sceny dając nam chwilę wytchnienia, ale na bis długo czekać nie musieliśmy (ekipa techniczna dała jasno do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec) - a tam "Czarne szeregi" i "Hej naprzód marsz". Grupa zaczęła się żegnać, ja podtrzymywałem oklapniętą z zachwytu szczękę, po czym zorientowałem się, że... zabrakło "Pokoju z kulą głowie". Na szczęście nie byłem jedynym, który zauważył braku tej pieśni i zaraz najbardziej wytrwali zawodnicy wznieśli swoje okrzyki ku niebu. Zespół usłyszał, wrócił na drugi bis, przywalił nam w ryj swoim najbardziej znanym hitem, po czym muzycy porzucili maski poważnych rockmanów/metalowców i zaczęli bawić się punkowo/thrashową wariacją na temat tradycyjnej meksykańskiej "La cucarachy", dając też publice możliwość pochwalenia się możliwościami wokalnymi. Czegoś takiego przebić się nie da, więc wiedzieliśmy, że to definitywny koniec koncertu. Na szczęście, bo nie wiem czy fizycznie ludzie wytrzymaliby trzeci bis...

SETLISTA
01. Labirynt
02. Nie wyrażam zgody
03. Tlen
04. Prawda
05. Podły
06. Ofiarny stos
07. Tienanmen
08. Jak ptak
09. Czyste ręce
10. Twarzą w twarz
11. 1000 lat
12. Srajmy
13. Kolesie
14. Ziemi sól
---BIS---
15. Czarne szeregi
16. Hej naprzód marsz
---BIS II---
17. Pokój z kulą w głowie
18. Nie, kurwa, nie/La cucaracha


DZIEŃ II - 08.07.2017 r.

Koncerty dnia drugiego rozpoczęły się bez większych opóźnień. Na pierwszy ogień The Bill, a więc założona w 1986 roku w Pionkach kultowa kapela punk rockowa. Większość jej kawałków jest wyjątkowo prosta, poszczególnych muzyków tworzących formację wirtuozami nazwać nie można, tekstów utworów w podręcznikach języka polskiego nie uświadczymy... i w sumie o to właśnie chodzi. "Debile" w pierwszym okresie swojej działalności nie traktowali siebie zbyt poważnie i prezentowali krótkie numery, pełne filozoficznych przemyśleń na temat życia, śmierci, przemijaniu... A nie, przepraszam, nie ten zespół - The Bill śpiewali o sraniu, sikaniu, piciu, rzyganiu i bzykaniu (w różnej kolejności), stąd też nie byli ulubieńcami krytyków. Co prawda ostatnimi laty nieco dojrzeli i wydali znakomite "Historie prawdziwe" i poprawne "8siem", ale w Polanowie postawili bardziej na "klasyki" z XX wieku, zaczynając od drugiej części "Kibla" - z "Kefirem" jeszcze bez gitary.

Po chwyceniu przez lidera formacji drugiego wiosła (obecnie Śmietanka jest jedynym oryginalnym członkiem formacji) usłyszeliśmy reprezentantów każdego albumu, począwszy od "The Biutu", a kończąc na "ósemce". Publiczność doskonale wiedziała na co przyszła: przedstawiciele różnych subkultur wykrzykiwali razem z kapelą (miejscami wyjątkowo durnowate) teksty, a w środkowej części placu szybko zaczęły się tańce (tym razem jednak przez przesadnych szaleństw). Uroczym ozdobnikiem koncertu był kilkulatek kogoś z ekipy Farben Lehre, który, ku uciesze widowni, stał pod sceną "grając" na wieszaku udającym gitarę - piękny widok, zwłaszcza, że w tle Kefir śpiewał o "zarzyganej i zasranej" Wiśle... Kto przybył by "Debili" zobaczyć ten raczej żałować nie mógł; pewnie, nie jest to muzyka szczególnie wyrafinowana, no ale przecież nie każdy zespół musi być od razu Yes. Mi zabrakło jednak większej ilości kawałków z "Historii..." - jeden numer ("Do przyjaciela") z najlepszego pod względem artystycznym LP, to trochę za mało. Może następnym razem będzie więcej?

SETLISTA
01. Kibel II
02. Banzai
03. Daję wam ogień
04. Czas rewolucji
05. Wolność
06. Piosenka o Wiśle
07. Początek końca
08. Nie potrafię kochać
09. Historia pewnej miłości
10. Masochista
11. Niech tańczą aniołowie
12. Do przyjaciela
13. Drzewa
14. Anioł
15. Dziki zachód
16. Kibel
---BIS---
17. Mam dwie lewe ręce
18. Piosenka dla żołnierza

Farben Lehre obchodzi tym roku jubileusz 30-lecia działalności - z tej okazji zespół wybrał się na specjalną trasę koncertową, podczas której prezentuje swoje największe hity w wersjach akustycznych w rozszerzonym, siedmioosobowym składzie (na drugiej gitarze wspomaga ich, znany z Closterkeller, Mariusz Kumala). Po świetnym koncercie w koszalińskim CK105, nastawiony byłem na powtórkę z rozrywki, gdyż występ w Polanowie zapowiadany był właśnie jako "specjalny i urodzinowy" ale na miejscu okazało się jednak, że grupa zagra całkowicie "elektrycznie" i bez dodatkowych muzyków - czyli "normalnie". Byłem nieco zawiedziony, no ale cóż - przynajmniej "byłem". Mało który fan spodziewał się bowiem tego, że Wojda i spółka pojawią się zaraz po ekipie z The Bill: rozpiska na oficjalnej stronie zlotu sugerowała raczej, że będą pełnić rolę gwiazdy wieczoru, stąd też spore grono ich wielbicieli przybyło później, licząc na wstrzelenie się w końcówkę występu Mitry. Niespodzianka: trafili na końcówkę, ale swoich idoli...

Tych którzy przybyli tego dnia szybciej czekała niezła zabawa, gdyż Farben Lehre jest przecież zespołem grającym żywą mieszankę rocka/punku/reggae i s-ka - a przy czymś takim nie da się ustać w miejscu. Były weselsze kompozycje, niejako zmuszające do skakania ("Pogodna", "Terrorystan"), nie zabrakło tych bardziej bujających ("Helikoptery", "Kolory", "Rozkołysanka"), jak i takich rozkręcających pogo ("Handel", "Spodnie z GS-u"). Mimo że grupę widziałem na żywo już cztery razy, to udało jej się mnie w paru momentach zaskoczyć: płakałem ze śmiechu słuchając "Urwisa" (dziewczyna leżała bowiem w domu z bolącym zębem), czy też, razem z innymi słuchaczami, głośno wyrażałem swoją niechęć do muzyki techno w coverze The Analogs. Grupa była w dobrej formie: Wojtek biegał po całej scenie zachęcając do wspólnej zabawy, Konrad skakał po głośnikach, Filip na spokojnie grał z boku, a nowy nabytek - Gerard Klawe - pewnie walił w bębny schowany za swoim zestawem. Ten ostatni ma przed sobą ciężkie zadanie, ponieważ wszedł na miejsce Adama Mikołajewskiego, który z kapelą związany był od 1991 roku - ciekaw jestem jak zareagują na niego starzy wyjadacze: czy dadzą mu szansę, czy od razu skreślą, uznając, że "to już nie to samo". W Polanowie były perkusista Closterkeller spisał się w porządku. Podobnie zresztą jak jego koledzy, gdyż był to dobry, ale nie urywający tylnej części ciała, koncert.

SETLISTA
01. Fatamorgana
02. Jutro
03. Kontrasty
04. Helikoptery
05. Sztylet
06. Szwajcaria
07. Pogodna
08. Magia
09. Terrorystan
10. Handel
11. Urwis
12. Kolory
13. Matura
14. Zapamiętaj
15. Errato
16. Anioły i demony
17. Achtung 2012
18. Spodnie z GS-u
19. Should I Stay or Should I Go (The Clash cover)
20. Rozkołysanka
---BIS---
21. Ferajna
22. Era techno (The Analogs cover)
23. Farben Lehre

Po Farben Lehre udałem się do strefy "browarowej", aby... cóż, posmakować lokalnych specjałów. W tym czasie scenę przejęła Mitra - ale nie było to granie, które jakoś specjalnie do mnie przemawiało, więc ograniczyłem się do pojedynczych numerów. Bardziej ostrzyłem sobie ząbki na, to co miało nadejść po nich: ostatnią grupą występującą na dużej scenie była bowiem pochodząca ze Szczecina Scylla, prezentująca death metal podlany smakowitym, elektronicznym sosem. Kapela młoda (założona w 2011 roku), ale na swoim koncie posiadająca już dwa bardzo dobrze przyjęte krążki: "Pestilence, War, Famine And Death" i "The Year Of The Void". Mimo iż zagrać miała tylko dla najbardziej wytrwałych "zlotowiczów", to do swojej roli podeszła bardzo profesjonalnie: scena została tak zadymiona, aby widać było tylko niewyraźne, mroczne sylwetki muzyków (a może to mi już się wzrok rozmywał?) a po bokach ustawiono klimatyczne banery, przedstawiające maszkary z piekła rodem.

Czterdzieści minut po północy huknęło tak, że aż włosy dęba stanęły. Scylla stara się prezentować metal trudny do zaszufladkowania: niby to brutalny death, ale w obrębie jednego utworu potrafią pojawić się liczne zmiany tempa oraz linie melodyczne godne najlepszych "gothenburgowskich" składów z lat 90-tych (zanim jeszcze zbytnio się nie skomercjalizowały) a i miejscami całość potrafi też zahaczyć o nieco bardziej nowoczesny groove. Pod tym wszystkim pulsuje industrialne serce, ale akurat ta muzyczna warstwa musiała się w Polanowie ugiąć pod ciężarem instrumentów - elektronika była nieco zbyt cicha. Co innego "żywe" instrumenty - te wręcz rozrywały bębenki uszne: począwszy od soczystych gitar, z których wydobywały się piekielne riffy, a skończywszy na potężnych perkusyjnych blastach. Wielbiciele mocnego grania od początku do końca dawali z siebie wszystko (młyn pod sceną skończył się wraz z ostatnimi dźwiękami), no ale gdy zespół młóci tak, że aż wióry lecą, to inaczej być nie może. Warto się Scyllą zainteresować - to kawał dobrej muzy jest.

SETLISTA
01. Farewell
02. Schackled
03. Executioners
04. Nowy utwór (jeszcze bez tytułu)
05. What Makes Us Human
06. Meet My Dark Side
07. Enough Of Lies
08. Miss Takes
09. Hate Breeds Hate
10. Let's Have A Shot
11. Head Like A Hole (Nine Inch Nails cover)


I tak oto XXIX Międzynarodowy zlot motocyklowy "Nad zalewem" przeszedł do historii. Fajna, niedroga impreza (20 złotych za dzień!), promująca Polanów i okolice, gromadząca fanów różnych gatunków muzycznych i która... może się za rok nie odbyć. Słyszałem z różnych źródeł iż pojawił się konflikt pomiędzy organizatorami a włodarzami miasta i przyszłość kolejnego zlotu stoi pod znakiem zapytania. Oby jednak wszystko skończyło się szczęśliwie i żebyśmy spotkali się za rok na okrągłym jubileuszu!



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 25.07.2017 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!