 Cochise Kawałek Podłogi, Koszalin - 25.02.2017 r.
Jedną z najgorszych rzeczy jaka może się przytrafić fanowi gitarowej muzy w małej mieścinie, to dwa koncerty w tym samym czasie. Karcer/Closterkeller, Nocny Kochanek/The Sixpounder - wybór nigdy prosty nie jest, a i każda z kapel musi się później liczyć z mniejszą frekwencją. Parę dni temu, do Koszalina zawitał, pochodzący z Białegostoku, Cochise i jemu też przyszło zmierzyć się o serca słuchaczy z inną grupą: jednocześnie w Teatr Variete Muza odbywał się występ, będącego znów na szczycie, zespołu IRA. Jako że ekipę Gadowskiego i spółki widziałem ledwo w zeszłym roku podczas specjalnego zamkniętego koncertu, to dla mnie wybór był oczywisty - dla wielu jednak, to bardziej komercyjne, rockowe granie mogło okazać się atrakcyjniejsze. Po kilku "wtopach" obawiałem się, że znów będę jednym z nielicznych gości ale gdy dotarłem do Kawałka Podłogi i zakupiłem bilet (czy raczej kosztującą 30 zł. pieczątkę) moim oczom ukazał się niemal pełny klub: wszystkie miejsca pozajmowane; fani w koszulkach, niecierpliwie czekający na występ gwiazdy... Byłem naprawdę mile zaskoczony! Cochise to kapela z niemal 13-letnim stażem, grająca pochodną rocka, metalu i post-grunge'u. Posiada w składzie doświadczonych muzyków, znanych m.in. z Hellraizer czy Black Ophidia, ma na swoim koncie już cztery pełne albumy, może się pochwalić koncertami na największych polskich festiwalach - nie dziwota więc, że sporo koszalinian wybrało się na ich występ... No dobra, to wszystko prawda, ale nie da się ukryć, że jednak głównym "wabikiem" (przynajmniej dla licznych przedstawicielek płci pięknej) była postać wokalisty, którym jest, znany z m.in. z "Listów do M.", "Skrzydlatych świń" czy nadawanego w TVN serialu "Belle Epoque", aktor Paweł Małaszyński... Czy za śpiewaniem w metalowym zespole kryje się zwykła fanaberia czy może frontman marnuje się polskich filmach i serialach? Dość szybko miałem poznać odpowiedź, bowiem, ku mojemu zaskoczeniu, przed Cochise nie było żadnego supportu a sam występ zaczął się ledwo z kilkuminutowym poślizgiem.
"Cześć, jesteśmy Cochise. Gramy mocnego rock'n'rolla. Dzięki, że nie poszliście na IRĘ" - mniej więcej tymi oto (wypowiedzianymi nieco żartobliwym tonem) słowami wokalista rozpoczął muzyczny wieczór. Jeśli któraś z fanek spodziewała się za mikrofonem przystojnego Maksa Kellera czy Oskara Nowackiego, to musiała poczuć się rozczarowana: Paweł nabrał nieco masy i zapuścił brodę, przez co daleko mu do wizerunku amanta polskiego kina - tutaj wyglądał jak rasowy rockman. Zespół rozpoczął powoli i leniwie, by po jakimś czasie walnąć mieszanką amerykańskich brzmień, przypominającą dokonania Alice In Chains, Soundgraden czy nawet Danziga (coveru "Lick The Blood Off My Hands" zresztą nie zabrakło). Nie jest to może nic przesadnie oryginalnego nawet na naszym rodzimym poletku, ale trzeba przyznać, że słuchało się tego wszystkiego z zainteresowaniem. Setlista była mocno zróżnicowana, bowiem nie zabrakło zarówno melodyjnych, wpadających w ucho numerów jak chociażby "MLB", powolnych i walcowatych pokroju "Destroy The Angels" czy, najbardziej wpasowujących się w mój gust, pieśni szybkich i dynamicznych, okraszonych fajnymi solówkami. Biorąc pod uwagę ilość niewiast na widowni, spodziewałem się też łzawych ballad, ale (zaskoczenie!) tych nie było w ogóle. No chyba, że zaliczymy do nich zagrany na bis, niezwykle klimatyczny "Letters From Hell".
 Na początku publiczność grzecznie siedziała i słuchała, lecz po paru bardziej "bujających" kompozycjach szybko znaleźli się ci, którzy woleli przeżywać koncert w sposób bardziej dynamiczny. Parę marud płci żeńskiej zaczęło narzekać na to, że zabawa w pozycji pionowej zasłania im widok, no ale na szczęście za bardzo nikt się nimi nie przejął - wszak to koncert, a nie teatr. Zespół pewnie czuł się na scenie i był w dobrej formie, ale jak dla mnie największe brawa należą się Wojtkowi Naporze na gitarze, którego szybkie, melodyjne solówki robiły spore wrażenie. Mielko na garach robił co do niego należy, Radek Jasiński natomiast schował się z boku sceny, gdzie oświetlenie było nieco przygaszone i w skupieniu odgrywał swoje partie. Jak natomiast spisał się Paweł? O ile frotmanem był raczej oszczędnym, gdyż w stronę publiczności zwrócił się ledwo kilka razy (no ale w sumie co będzie słodził jak inni?), to już wokalistą - zaskakująco niezłym. Sprawnie radził sobie w wolniejszych partiach, niemal hipnotyzując publikę, ale też i w tych bardziej metalowych numerach potrafił pokazać prawdziwy pazur. W zasadzie jedyną rzeczą do której można się przyczepić jest jego angielski akcent - lepszy od wielu polskich artystów, ale jednak zdradzający rodowód spoza Ameryki. Zastanawiam się, jak by Cochise brzmiał z tekstem w rodzimym języku... Może jakiś mały eksperyment na nowym krążku, hę?
 Po półtora-godzinnej porcji muzyki przyszedł czas na pożegnanie ekipy z Białegostoku. Długie, szczere brawa były odpowiednim podziękowaniem za dobry występ, a zespół dłużny nie pozostał i chętnie podpisywał płyty oraz pozował do zdjęć. Oczywiście najbardziej rozchwytywany był Małaszyński, którego fanki nie puściły nawet do garderoby, aby przebrał w coś mniej spoconego - no ale czy można im się dziwić? Jestem wszak pewien, że część z nich przybyło do Kawałka Podłogi tylko po to, ażeby zobaczyć go na żywo. I tu właśnie jest pies pogrzebany: idąc na występ Cochise trzeba nastawić się na to, że ilość małolat na metr kwadratowy znacznie przekroczy normę unijną. Trzeba też liczyć się z tym, że dla części z nich będzie to pierwszy i jedyny koncert metalowy w życiu, więc i o irytację ich zachowaniem będzie nietrudno. Paweł jest zarówno dla kapeli błogosławieństwem (nazwisko znane, więc zawsze nieco ludzi będzie), jak i przekleństwem, bowiem słuchacze tego typu muzyki będą podchodzić do albumów jak pies do jeża, traktując grupę jako taką ciekawostkę. A to błąd, gdyż chłopakom nie brakuje zarówno umiejętności jak i dobrych numerów - warto więc dać im szansę. Jak brzmi więc odpowiedź na pytanie zawarte w drugiej części tekstu? Ha! Nie powiem - sprawdźcie sami łapiąc Cochise na trasie!
|