XXI Brutal Assault



XXI Brutal Assault
Twierdza Josefov, Jaroměř, Czechy - 10-13.08.2016 r.


XXI edycja Brutal Assault przyniosła kilka niespodzianek zarówno muzycznych jak i organizacyjnych. Dla mnie to siódmy raz na tej imprezie i tak jak na poprzednie tak i na tą czekałam z wielką niecierpliwością. Zwłaszcza po zapoznaniu się z listą zespołów, które miały grać na jozefowskim festiwalu. Wiedziałam bowiem, że ciężko będzie znaleźć chwilę spokoju czy choćby złapać oddech, ale przecież o to właśnie chodzi w tym czterodniowym metalowym maratonie. Wyjazd na to coroczne święto muzyczne zaplanowaliśmy na środę. Ruszyliśmy na tyle wcześnie (jak nam się wydawało) żeby zdążyć na pierwszy z zaplanowanych koncertów czyli Neurosis. Niestety po dotarciu na miejsce pierwsze rozczarowanie zaoferowała nam pogoda. Twierdza Jozefów przywitała nas deszczem, który skutecznie opóźnił rozstawianie namiotów i ogarnięcie się ze wszystkimi około noclegowymi sprawami. Kiedy już udało nam się to opanować i ruszyć na teren festiwalu napotkaliśmy kolejną barierę. Gigantyczna kilkugodzinna kolejka do punktu w którym wymienić należało bilety na opaski chipowe (w tym roku były nowością) zdawała się nie mieć końca. Niestety jak to często bywa z nowinkami technologicznymi - zawodzą w najmniej oczekiwanym momencie, tak i w tym przypadku nie wszystko zadziałało jak powinno. Na bramkach biletowych padł internet, który na jakiś czas opóźnił skanowanie kodów kreskowych na biletach. Cóż jak widać jest jeszcze kilka rzeczy do poprawy w przyszłych edycjach. Zwłaszcza, że do tej pory festiwal słynął z tego, iż bardzo szybko można było załatwić sprawy związane z wejściem. Niestety kilkugodzinne oczekiwanie na "brutalową opaskę" sprawiły, że nie udało nam się dotrzeć na koncert Neurosis. Weszliśmy dopiero gdy na scenie kończył swój występ zespół Mastodon.

Znacznie wcześniej na terenie festiwalu pojawiła się za to Ania i to ona opisze te pierwsze koncerty:

Pierwszy dzień festiwalu rozpoczęłam koncertem Dust Bolt, który odbywał się na scenie Metalshop. Ot przeciętne thrashowe granie, ani ziębiło, ani grzało, na start całkiem ok. Wcześniej ich nie słuchałam, ale szczególnie nie zachęcili mnie do zgłębiania ich muzy. Nic oryginalnego.

Po Dust Bolt pojawił się dylemat, czy obadać thrashowego Vektora, czy death metalowców z Goatwhore, którzy grało w tym samym czasie i ostatecznie wybór padł na tych drugich. Jednocześnie był to pierwszy koncert na scenie Metalgate, czyli pod namiotem, która to przez cały czas trwania festiwalu zbyt dobrym nagłośnieniem nie grzeszyła. Słuchając z okolic reżyserki, nagłośnienie nie było takie złe, wszystko brzmiało dosyć selektywnie, a sam koncert poprawny.

Fanką Neurosis nie jestem, miałam kilka podejść do ich muzy, niestety z marnym rezultatem, ale z ciekawości chciałam obczaić, jak wypadają na żywo. Koncertowo mnie nie przekonali, nagłośnienie było takie sobie, a i sama muzyka nie w moim stylu. Ale publiki nie brakowało, wręcz cała przestrzeń pod sceną zapełniona i opinie fanów pozytywne.

Kolejne w rozpisce były ‎dwa zespoły, na których mi zależało, czyli Conan i King Dude. Jednak wybór był dla mnie oczywisty, gdyż zaledwie dwa dni wcześniej widziałam Kinga w Krakowie i zrobił na mnie takie wrażenie, że musiałam zapewnić sobie powtórkę z rozrywki. KD zaczyna robić coraz większą furorę, co było widać zarówno w Rotundzie, jak i na brutalowej scenie orientalnej. Mimo, że koncerty były niemal dzień po dniu, to nie były kalką. King nie powtarzał się z tymi samymi tekstami do publiki, również setlista była nieco inna, nie zagrał też nic solo (a szkoda). Utwory dobrane przekrojowo z różnych płyt, ale najwięcej z "Songs of Flesh & Blood - In The Key Of Light". Król Koleś niezaprzeczalnie jest mistrzem interakcji z publiką, co chwilę rzucał zabawnymi tekstami, podchwytywał okrzyki z tłumu, a w trakcie oczywiście popijał Jacka Danielsa (pod koniec butelka była już niemal opróżniona). Jak dla mnie zdecydowanie najlepszy koncert pierwszego dnia i ani przez chwilę nie żałowałam odpuszczonego Conan.

chyba każdy, kto był w tym roku na Brutalu, będzie kojarzył XXI. edycję festiwalu z nocnymi skrzekami "Abbath!" trwającymi od późnych godzin wieczornych do wczesnych godzin porannych na polu namiotowym. A sam Norweg na scenie wykonywał przekrojowy materiał - zarówno utwory Immortal, jak i swoje. Złapał dobry kontakt z publiką, która świetnie podchwyciła ten nie do końca poważny black metal.

Koncert Chelsea Wolfe był dla mnie obowiązkowym punktem rozpiski i zdecydowanie się nie zawiodłam. Pod sceną niestety nie dało się słuchać, nagłośnienie zabijało głośnością, ale wystarczyło trochę się wycofać i już odbiór był o niebo lepszy. Późna pora sprzyjała - gdyby dali jej jakiś popołudniowy czas, cała magia show by uleciała. Najlepsze było to, że utwory na żywo brzmiały inaczej, niż na płytach, artystka je wydłużała, dodawała trochę smaczków, co zapewniało jeszcze lepszy odbiór. Ciekawie było posłuchać ich w odmienionej, bardziej mrocznej wersji. Naprawdę szło odpłynąć przy jej dźwiękach, mega klimat. Również Wolfe świetnie prezentowała się na scenie, image dobrze współgrał z muzyką. Dla mnie idealne zwieńczenie pierwszego dnia.

Obscura - muzyka Niemców na płytach jakoś mi nie wchodzi, ale na żywo zawsze sporo zyskuje. Bardzo mi się podobało, gdy grali przed Death To All w Katowicach, więc i na Brutalu musiałam obczaić. Muzycy Obscury zdają się być perfekcjonistami (w pozytywnym sensie), ich koncerty odbywają się bez żadnych potknięć, pełna profesja. Zdecydowanie wszystko na plus.

Animals As Leaders - po Obscurze parę kroków w lewo pod drugą scenę, chwila przerwy i już zaczyna się koncert Amerykanów. Ostatnio robią się mocno popularni, więc trzeba było zobaczyć, jak wypadają na żywo. Bardzo pozytywne instrumentalne granie, świetnie nagłośnione. Trochę brakuje w tym wokalu, mimo to cały występ z przyjemnością wysłuchany. Na scenie jak i wśród publiki pozytywna energia.

do koncertów Aborted coś nie mam szczęścia... Ostatnio gdy mieli grać w Krakowie przed Septicflesh i Kataklysm, odwołali swój występ. Na Brutalu zajęłam sobie strategiczne barierkowe miejsce, jednak szybko tego pożałowałam, bo gdy tylko się zaczęło, perkusja uderzyła z głośników z taką siłą, że niemal ogłuchłam. Wycofałam się do połowy, myśląc, że będzie lepiej, jednak stopa wciąż miażdżyła bębenki. Również już na samym końcu przy reżyserce nie szło słuchać... Wszystko było zagłuszone, więc trzeba będzie poczekać na kolejną okazję.

Exodus - po raz kolejny miałam okazję zobaczyć ich z Zetro na wokalu i gdyby ktoś mnie spytał, czy wolę erę Dukesa, czy Souzy, naprawdę ciężko byłoby odpowiedzieć. Na płytach na pewno tego drugiego, ale na żywo... Obydwoje miażdżą, jednak z Robem koncerty były bardziej agresywne, od początku młyn, wystarczyło, że kiwnął palcem i już rozpętywało się piekło, z Zetro nie mówię, że jest łagodnie, ale wydaje się być trochę mniejsze pierdolnięcie. Jednak wokalnie to Souza wygrywa i na Brutalu totalnie tego dowiódł. Interakcja z publiką znakomita, mimo warunków festiwalowych. Pod sceną od początku mnóstwo ludzi, a pod barierkami ścisk niemiłosierny i oczywiście wszyscy darli ryje na całego. Setlista rewelacyjna, przeważały stare kawałki, no i znakomite brzmienie. Niektórzy mogliby narzekać na nieobecność Holta, ale ja już do tego przywykłam, zresztą stały zastępca Kragen Lum z Heathen już dawno dobrze się zadomowił w zespole i super ciśnie. Jak dla mnie jeden z najlepszych brutalowych koncertów, ale Exodus to taki zespół, który po prostu nigdy nie zawodzi.

A ja zaczynam od Gojira. To zespół, który wywołał w ostatnim czasie spore zamieszanie, a to za sprawą wydanej w czerwcu płyty "Magma", która podzieliła środowisko na tych, którzy znienawidzili zespół i tych, którzy słuchając jej (niejednokrotnie) przekonali się do niej. Ja należę raczej do tej drugiej grupy. Choć muszę przyznać, że nie cały materiał Francuzów mi pasuje. Panowie rozpoczęli swój występ wieczorową porą od numeru "Toxic Garbage Island" z płyty "The Way Of All Flesh" no i się zaczęło. Mario Duplantier za perkusją dał popis swojej wirtuozerii trzymając poziom przez cały koncert, zresztą podobnie jak pozostali muzycy. Basista Jean-Michel Labadie ze swoim muzycznym ADHD skakał po scenie, natomiast genialny kontakt wokalisty Joe Duplantiera z publiką, oraz jego energia dodatkowo udzieliła się fanom pod sceną. Poza tym potwierdziło się stwierdzenie, które kiedyś słyszałam, że Gojira zaczyna koncert mocnym uderzeniem, a później poziom tylko rośnie. Tak było i tym razem, bo kolejne numery "Silvera", "Only Pain", "Stranded" ze wspomnianego wcześniej krążka brzmiały jeszcze lepiej niż na płycie. Zwłaszcza pierwszy, który dla mnie jest majstersztykiem pod względem gitarowym i perkusyjnym. Muszę przyznać, że z tej francuskiej uczty wyszłam nasycona. Mroczna atmosfera, dobre brzmienie ulubionych kawałków i energia muzyków to składniki świetnego koncertu.

O Perturbator ponownie Ania:

Dosyć kontrowersyjny wykonawca na Brutala, jedni go kochają, drudzy cisną, że technomuł i metalom nie przystoi takich rzeczy słuchać... Ja akurat go lubię, nawet na krakowskim koncercie sprawiłam sobie płytkę, która nieraz gości w moim odtwarzaczu. Zdziwiło mnie, że nie wcisnęli go do namiotu, tylko na dużą scenę, ale publiki nie brakowało i wszyscy świetnie się bawili. Zaprezentował sporo z najlepszej płyty "Dangerous Days", więc jak dla mnie idealnie. Muzyka Jamesa Kenta jest naprawdę klimatyczna, na żywo wypada to jeszcze lepiej, niż z odtwarzacza, choć bardziej się sprawdza w klubowym secie, niż na dużej scenie festiwalu. Kto żył w latach 80., mógł sobie przypomnieć klimat tamtych czasów, bo taka właśnie jest ta muza. Jak dla mnie ciekawy akcent wśród metalowego line-upu, a kto hejtuje, ten już i tak nie przestanie, więc nie ma o czym mówić.

A ja dzień zakończyłam późną porą gdy na scenie pojawili się Norwegowie z 1349. Czekałam na ten koncert licząc, iż mroki jozefowej twierdzy sprowadzą mnie do piekielnych czeluści, zmielą i wyplują wraz z growlowym śpiewem Olava Bergena. Niestety już pierwszy kawałek "Sculptor Of Flesh" zepsuł mi nastrój. Coś nie współgrało i rozjeżdżało się. I nie chodzi tu o perkusję Frosta, który wkładając w swoją grę całą swoją diabelską moc, nie pozwalał obsłudze technicznej odpocząć. Panowie co chwile musieli ustawiać przesuwający się bęben. Ogólnie nie siedział mi dźwięk i brzmienie. Po prostu to nie był ten dzień i ten koncert. Rozczarowana nie doczekałam niestety końca koncertu.

Po ciężkiej, cholernie zimnej nocy nastał dzień na który zaplanowałam sporą dawkę muzycznych atrakcji.

Ale wcześniej Ania o swoich koncertach:

przychodzę pod scenę, na której miało grać Grave, a tu ciężkie, doomowe walce i myślę sobie "wtf?". Okazało się, że Szwedów zamieniono w rozkładzie z czeskim Blues For The Red Sun. Pod kątem pory grania to nawet lepiej, jednak oznaczało to, że Grave wystąpi w namiocie, co mnie trochę zmartwiło ze względu na nagłośnienie. No nic, zostałam pod sceną i posłuchałam ciężkich riffów BFTRS. Szkoda, że brakuje w tym wokalu, muszę przyznać, że dość opornie mi to wchodziło, mimo, że zasadniczo przepadam za taką muzą. Ale nie do końca to pasowało na dużą scenę w środku dnia, raczej lepiej by brzmiało w nocy na orientalnej. Nic szczególnie mi nie zapadło w pamięć, kawałki dość rozwleczone i trochę męczące, zresztą chyba nie tylko mnie, bo zbyt wiele osób ich nie słuchało...

Chłopaki świetnie pocisnęły, ale wszystko zepsuło okropne nagłośnienie. Wokal ledwo było słychać, ściana dźwięku przeogromna. Dobrze, że teksty znane, to można było drzeć ryja pod sceną. Jednak setlista po prostu rewelacyjna, głównie stare, miażdżące numery, więc żyć nie umierać. Wśród klasyków pojawiły się tylko trzy utwory z najnowszej płyty: "Out Of Respect For The Dead", "Trail Of Ungodly Trades" I "The Ominous ťTheyŤ". Zespół w świetnej formie, klasa sama w sobie.

A mój pierwszy cel to zespół Septicflesh, którego twórczość od dawna bardzo cenie i często się nią raczę. A płyty: "Titan", "Ophidian Wheel", "Communion", "The Great Mass" uwielbiam. To greckie misterium rozpoczęło się dość wczesną porą, bo tuż po 17, jednak ta godzina zupełnie nie przeszkodziła w stworzeniu rewelacyjnej atmosfery. Kiedy na scenie pojawił się wokalista Spiros Antoniou w swojej charakterystycznej zbroi i szelmowskim uśmieszkiem na twarzy wiedziałam, że będzie się działo. Miałam pewne oczekiwania wobec tego zespołu i się nie zawiodłam. Grecy rozpoczęli swój set kawałkiem "War In Heaven" z płyty "Titan", a potem było już coraz mocniej. Absolutnie genialnie brzmiący "Communion", mityczny "Pyramid God", miażdżący "The Vampire From Nazareth" czy totalny "Anubis" to składowe tej muzycznej, greckiej uczty w której z wielka radością brałam udział. Jedynym elementem którego mi zabrakło (takiej mojej wisienki na torcie) to kilkuosobowego chóru. Zespół słynie z tego, iż większość swoich utworów wzbogaca właśnie o chór. Mimo to koncert był rewelacyjny. Mocne aranże moich ulubionych kawałków i bardzo dobry kontakt Setha z publiką pokazały klasę i rangę tego zespołu.

O Coroner opowie Ania:

Zdecydowanie najbardziej oczekiwany przeze mnie brutalowy koncert. Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć Szwajcarów po reaktywacji, więc nie mogłam się doczekać. Miejsce pod barierkami zajęte, chwila oczekiwania podczas rozkładania sprzętu i wchodzą na scenę! Nagłośnienie od początku nie zawiodło, wszystko było słychać bardzo selektywnie. Co tu dużo mówić - zagrali perfekcyjnie! Mimo upływu tak wielu lat widać, że granie sprawia im wielką frajdę. Publiki wprawdzie nie zagadywali, ale nie musieli, energia na scenie wystarczała. Poleciały same znakomite utwory, jak choćby "Die By My Hand", "Divine Step", czy "Masked Jackal". Rewelacja w czystej postaci, młode zespoły mogą im jedynie pozazdrościć świetnej formy. Wiele grup po reaktywacji to już nie to samo, w przypadku Coroner w ogóle nie może być o tym mowy. Jestem bardzo ciekawa, co tam wymyślą na nową płytę, ale raczej nie ma powodu do obaw. Po koncercie udało się zrobić wywiad z całą grupą, który można przeczytać tutaj, niestety trochę trzeba było na nich czekać, a i dziennikarzy było kilku w kolejce, przez co w piątek nie zobaczyłam więcej koncertów.

Kolejny przedstawiciel mrocznych i klimatycznych brzmień rozpoczął swój występ przed 21. Mrok dla Portugalczyków z Moonspell okazał się idealna porą na wprowadzenie nas w nieco hipnotyzujący nastrój. A to za sprawa wolniejszych, ale równie mocnych dźwięków, jak też głębokiego i niezwykłego głosu Fernando Riberio. Ten z kolei ubrany w płaszcz przypominający epokowy frak wyłaniał się co chwile z mgły, podkreślając aurę tajemniczości i niepokoju rodem z najlepszych powieści kryminalnych. Mniam... Dzięki nim po raz kolejny miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś genialnym misterium światła, ognia i dźwięku. Panowie oprócz numerów z ostatniego krążka zagrali kilka klasyków, w tym totalny "Awake", "Ruin And Misery", genialny "Alma Mater", kończąc swój set "wyciem" do księżyca czyli "Full Moon Madnes". Ogólnie bardzo dobry koncert.

Piątek zakończyłam w najlepszy możliwy sposób czyli koncertem zespołu Satyricon. Aż trudno uwierzyć, że od premiery "Nemesis Divina" minęło już 20 lat. Przez te lata zespól zdążyło poznać całe pokolenie słuchaczy. W międzyczasie chyba największy hit tego albumu stał się swoistym hymnem black metalu. Tym właśnie krążkiem Norwegowie rozpoczęli swój ponad godzinny set. A kawałek "The Dawn Of A New Age" zwiastował nadchodzący absolutnie doskonały czas na jaromerskiej scenie. Dalej nie było łatwiej, gdyż po wspaniale odegranym "Forhekset" Satyr odśpiewał po norwesku "Du Som Hatter Gud". Trzeba przyznać, że mimo swojego wieku (wiem, wiem nie jest wcale taki stary) nadal śpiewa z takim samym zapałem i wściekłością jak 20 lat temu. To samo można powiedzieć o Froście, który takie "Immmortality Passion" wybębnił z jeszcze większa agresją niż na płycie. Gdy wybrzmiał już tytułowy "Nemesis Divina" przyszedł czas na absolutny absolut czyli kawałek, który zna chyba każdy fan black (i nie tylko) metalu - "Mother North". I to był moment w którym miało się wrażenie, że zasłyszane dźwięki i energia płynąca ze sceny rozsadzą twierdzę. Potem nastąpiło lekkie złagodzenie atmosfery kawałkami "The Pentagram Burns" i "Fuel For Harted" po to żeby zakończyć gig doskonałym "K.I.N.G.". I tak jak dwa lata temu na tej samej scenie miałam okazje doświadczyć podobnych wrażeń, choć uzupełnionych jeszcze moim ukochanym "Now, Diabolical!", tak i tym razem wyszłam z koncertu usatysfakcjonowana, "cudownie zmiażdżona" i z nadzieją, że panowie grać będą jeszcze przez najbliższe 666 lat.

W sobotnie popołudnie na scenie powiało skandynawskim chłodem, a to za sprawą dwóch kapel. Najpierw w swój liryczny, melodyjny i mroczny nastrój wciągnęli nas Finowie z Insomnium. Dla mnie było to drugie spotkanie z tą kapelą. Widziałam ich wcześniej na koncercie klubowym i byłam ciekawa występu na otwartej przestrzeni. Panowie promowali swoje wydawnictwo z 2014 roku zatytułowane "Shadows Of The Dying Sun". No dobra może słuchanie melodeath metalu nie jest popularne, bo to "jakieś wycofane, pozbawione mocy, pierdolnięcia czy też dotknięcia diabelskim rogiem" (opinia zasłyszana od kogoś ze znajomych), ale ja tam czasem lubię oderwać się od growlowych wyczynów i przenieść się w trochę inne fonetyczne rejony i refleksyjno-melancholijne brzmienia. Panowie rozpoczęli swój set od "The Primeval Dark", czyli pierwszego numeru ze wspomnianej wcześniej płyty. Od samego początku miałam wrażenie, że granie sprawia im wielką frajdę, a energia muzyków udzielała się publiczności . Potwierdziło się również to, że muzyka Insomnium to mieszanka death, black, doom metalu, z mała domieszką progresywnego zacięcia. Całą tą esencje widać było na scenie. A chłodny zakątek z którego pochodzą muzycy nie przeszkadzał w rewelacyjnym, ciepłym kontakcie wokalisty Niilo Sevanena z publiką. Jedyną rzeczą do której mogę się przyczepić to momentami kłopoty z czystością wyśpiewywanych dźwięków. Ogólnie jednak koncert mi się podobał.

Tuz po nich pojawił się zespół z tego samego surowego podwórka. Przyznam szczerze, że koncert Moonsorrow był dla mnie pierwszym spotkaniem z tą grupą grającą szeroko pojęty folk/pagan/black metal. Na scenie pojawiło się pięciu muzyków z umalowanymi twarzami i wyglądający przy tym jakby właśnie wrócili z krwawych wikińskich wypraw. Zresztą gitarzysta Marko "Baron" Tarvonen przypomina postać Raganara Lothbroka z kultowego serialu "Vikings". Panowie zaczęli swoją muzyczna historię numerem zatytułowanym "Jumalten Aika" czyli czasem bogów. Wydawać by się mogło, iż przygotowana setlista pozwoli raczej na krótki koncert. Tymczasem kawałki trwające po prawie siedem minut (a ostatni nawet 14!) pokazały, że te dawne historie po prostu muszą wybrzmieć do końca. Zresztą bardzo dobrze się ich słuchało i miałam wrażenie, że panowie umyślnie przygotowali tą muzyczną opowieść, zabierając nas w zamierzchłe pogańskie czasy. Występ zakończyła kompozycja "Sankaritarina". Dobra energia muzyków, rewelacyjny kontakt wokalisty z publiką stworzyły niezapomniany mroźny klimat.

Ostatnie koncerty festiwalu opisze Ania:

Destruction - chyba największe zaskoczenie festiwalu. Jakoś koncerty Destruction nigdy mnie nie porywały, odczuwało się lekką monotonię i szału brak. Tym razem było zupełnie odwrotnie. Akcje z rzeźnikiem ćwiartującym mięso bezbłędne. Do tego buchające ognie i coś miłego dla męskich oczu - ledwie ubrana panienka zaczepiana przez rzeźnika. Cała trójka muzyków znakomicie cisnęła na scenie, oczywiście wliczając w to naszego polskiego perkusistę Wawrzyńca Dramowicza. Setlista nie zawiodła - sporo najlepszych staroci. Jak to mówią, do trzech razy sztuka, a jeśli dobrze pamiętam, to właśnie był mój trzeci koncert Destruction i na pewno będą kolejne, skoro w końcu udało im się mnie do siebie przekonać.

Tu może podpadnę niektórym fanatykom, ale Mgła mnie nie zachwyciła. Widziałam ich pierwszy raz, ale odnoszę wrażenie, że to zespół bardziej na zadymiony koncert w klubie, niż na dużą scenę festiwalową. Muzycy słowem się nie odezwali, bo pewnie jakakolwiek interakcja kłóciłaby się z ich mrocznym imidżem, także po prostu grali kawałek za kawałkiem, oczywiście schowani pod swoimi kapturami. Mnie ich muzyka nie przekonuje, ale zaznaczam, że black nie jest moim ulubionym gatunkiem.

Na deser ostatniego dnia został mi już ostatni koncert, który chciałam zobaczyć, czyli Venom w 66,6% klasycznym składzie, bo z Demolition Manem zamiast Cronosa na wokalu. Niestety grali na scenie Metalgate, więc nagłośnienie nie było idealne, ale gig i tak rewelacja, jak to zawsze w ich wydaniu. Szlagierów tego zespołu można słuchać w nieskończoność i nigdy się nie znudzą.

Venom był dla mnie już ostatnim koncertem, bo zmęczenie po tylu dniach ścinało z nóg. Kilka godzin snu i z rana powrót do Krakowa. Podsumowując, XXI edycja Brutala była bardzo udana, zobaczone dużo zacnych koncertów, które na zawsze pozostaną w pamięci. Największe wrażenie zrobił na mnie Coroner i nie mogę się doczekać, by kolejny raz zobaczyć ich na żywo. Organizacja zdecydowanie na plus, jedyne, co nie wypaliło, to wielkie kolejki do wejścia pierwszego dnia. Chipowy system płatności działał bez zarzutu, kolejki do punktów doładowania były krótkie, po piwo też długo się nie czekało. Obsługa prasy rewelacja, w wolnym czasie, gdy doskwierał chłód, w wyznaczonym miejscu można było ogrzać się ciepłą herbatą, czy kawą, a i warunki do wywiadów były tam sprzyjające, o ile akurat na scenie orientalnej nie produkowała się jakaś kapela. Brutal zdecydowanie jest festiwalem, na który warto wracać każdego roku i nigdy się nie zawiedzie.



Autor: T.B. & Anna Jaglarz

Data dodania: 18.12.2016 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!