 36. Festiwal Rockowy Generacja Oil Stains, Eleanor Grey, Graphotype, Premiera, Can't Explain, Hey CK105/Kryterium, Koszalin - 12.11.2016 r.
Uwaga: młodość idzie! Dwunastego listopada po raz 36-ty odbył się Festiwal Rockowy Generacja, skierowany do młodszych stażem grup, chcących zaprezentować się koszalińskiej publiczności oraz powalczyć o nagrodę pieniężną, wynoszącą w tym roku 4000 zł (do tego dochodzi też wsparcie promocyjno-koncertowe). Podczas poprzednich edycji gościliśmy wiele kapel, które obecnie regularnie koncertują w kraju (a i niektóre coraz śmielej atakują Europę): Calm Hatchery, Materia, Thermit, The Toobes, Black Radio - listę ciągnąć można w nieskończoność, co pokazuje że wygrana, może nie tyle jest przepustką do kariery, co utwierdza w przekonaniu, że obrana muzyczna droga jest tą właściwą. Podobnie jak w poprzednich latach, rozstrzał gatunkowy również i podczas tegorocznej odsłony był całkiem spory: od bardziej komercyjnych dźwięków, przez stare brzmienia, romanse z innymi gatunkami, do konkretnego łojenia - wszystko co podpiąć można pod szeroko rozumianą muzykę gitarową. Całość wieńczył koncert gwiazdy: na Generacji widzieliśmy już m.in. Napalm Death, TSA, Acid Drinkers, Flapjack, Kontrust, Armię, Illusion czy Hunter - w tym roku do tej imponującej listy doszedł, sugerowany zresztą w mojej relacji z zeszłego roku, Hey.
 Pierwszym zespołem biorącym udział w konkursie był koszalińsko-gdyński duet (!) Oil Stains. Już po koszulce perkusisty (nowoorleański Down) wywnioskowałem, czego mniej więcej się spodziewać i za bardzo się nie pomyliłem - otrzymaliśmy bowiem southernowo-stonerowe klimaty, bliższe jednak, moim zdaniem, takiemu Five Horse Johnson niż ekipie Phila Anselmo (zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę ogólną "ciężkość muzyki"). Po krótkim instrumentalnym wstępie okazało się, iż obowiązki wokalne przejął tutaj perkusista, natomiast zadaniem wioślarza jest prezentacja swoją szaloną, szarpaną grą "brudnych" riffów i wariackich solówek - facet tak się nie oszczędzał, że aż w pewnym momencie zamordował jedną ze strun i trzeba było zarządzić przerwę na usunięcie awarii. Zaraz po tym, kolejne smoliste (czy też w tym wypadku "oleiste") partie gitar i proste teksty o życiu prezentowane w języku Jerzego Waszyngtona. To doprawdy zdumiewające, że tylko dwóch muzyków wystarczyło, by w całości wypełnić dźwiękami całą salę CK105. Jeśli lubicie takie "luizjańskie" klimaty: śmiało sprawdzajcie.
 Po mięsistych, bardziej klasycznych brzmieniach: coś nowocześniejszego, a więc poznański Eleanor Gray, który dopiero co wydał swój debiutancki album "K-R-Y-S-T-Y-N-A". Zespół prezentuje mieszankę różnych gitarowych styli, przez co trudno ich zamknąć w jakiejś konkretnej gatunkowej szufladzie. Mi ich granie przypomina nieco dokonania kanadyjskiego Billy Talent: są więc przebojowe refreny, przyjazne dla ucha linie melodyczne, ale też i mocne post-harcore'owe/ metalowe zagrywki, ażeby przypadkiem ktoś ich w radio za często nie puszczał. Ma to wszystko ręce i nogi, słucha się tego dobrze, a szczuplutki, nieco wystraszony poza sceną, Alan Garstecki zamienia się w świetle jupiterów w prawdziwe zwierzę. Publiczność długo nie dała się namawiać do zabawy i szybko zaczęły się tańce i swawole, które ustały dopiero z końcem ostatniego numeru. Co by nie powiedzieć, było naprawdę dobrze... O ile ktoś lubi takie nowoczesne, nieco bardziej komercyjne granie.
 Trzeci w kolejności na scenie zameldował się Graphotype, który wskoczył na miejsce thrash-metalowego Thermita (wokalista akurat występował w The Voice Of Poland, dlatego też kapela musiała odwołać drugą wizytę na Generacji). Narzekać nie można było, gdyż okazało się, że "rezerwa" to projekt Anthony'ego Zhivanova - białoruskiego gitarzysty, który w zeszłym roku zachwycił mnie swoją grą podczas koncertu The Toobes (chłopaki wygrali przegląd i wystąpili przed Hunterem). Zaraz po tamtym występie zakończyli działalność, odradzając się jako Radio Slam, ale sam gitarzysta długo pod nowym szyldem nie pozostał: dobrał sobie basistę i bębniarza i ruszył w Polskę z własnym projektem. Jego granie oczywiście mocno przypomina dokonania poprzednich formacji: to brudny, żywiołowy, ekspresyjny, garażowy rock przy którym nie można spokojnie ustać. Fantastyczne brzmienie gitary, luz na scenie i ciekawy, nieco niechlujny sposób śpiewania hipnotyzował i nie pozwalał oderwać wzroku. Oczywiście widać, że to dopiero początki i sporo elementów należałoby jeszcze dopieścić, ale sam potencjał jest tu ogromny. Trzymam kciuki!
 Po dobrze rokującym Graphotype przyszedł czas na największa kontrowersję tegorocznej generacji, a więc zespół Premiera. Dlaczego z pewnym niepokojem oczekiwałem na ich występ? Ponieważ jest to w zasadzie skład hip-hopowy (hip-rockowy?), a klub wypełniony był wielbicielami mocniejszych dźwięków. Obawiałem się reakcji publiczności na dwóch MC i DJ-a, wspomaganych przez live band, wszak nie od dziś wiadomo, że metal rapu nie lubi. Niepotrzebnie, jak się jednak okazało, gdyż większość publiki przyjęła ich ciepło i serdecznie (a ci, którzy uznali, że to nie ich bajka, po prostu skupili się na złocistych trunkach). Imponujący, siedmioosobowy zespół zaprezentował dość ciekawą mieszankę rocka, funku i hip-hopu, a ich brzmienie było świetne (sam montaż wszystkiego trwał więcej niż całe show). O kompozycjach nie będę się wypowiadał, gdyż się na takiej muzie nie znam (ale solówki były dobre!), powiem więc co mi zgrzytało: MC byli dla mnie zbyt... nie wiem, jak to powiedzieć... "ziomalscy", tj. zbyt nachalnie (i niepotrzebnie) próbowali kupić sympatię tłumu swoimi tekstami - a przecież ten bawił się dobrze i bez tego. Ogólnie jednak: nikt nie zginął, nikt nie został wygwizdany - sukces, choć osobiście proponowałbym osobny przegląd takich składów, np. w ramach festiwalu "Na Fali".
 "Last But Not Least" - ostatnimi zawodnikami w konkursie zostali członkowie Can't Explain, którzy przyjechali do Koszalina aż z Ostrołęki by zaprezentować nam instrumentalno-progresywny rock/metal oparty w dużej mierze o wirtuozerskie popisy Jarka Ptaka na gitarze. Trio ma na swoim koncie nagrane domowymi środkami demko i jeszcze nie wie do końca, w którym muzycznym kierunku podążyć - czy Generacja wskaże im drogę? Być może tak, gdyż publiczność przyjęła ich muzykę z dużym entuzjazmem, a ta przecież łatwa w odbiorze nie była: dzięki licznym zmianom tempa oraz technik gry cały czas coś się w obrębach poszczególnych kompozycji działo; nie były to numery do poskakania czy pośpiewania (wszak wokalu brak), a mimo to zainteresowały słuchaczy przeróżnych gatunków. Trio dawało z siebie wszystko, co przełożyło się na śmierć drugiej tego wieczoru struny, i świetnie bawiło się w CK105 (a publiczność razem z nim). "Zawsze jesteśmy drudzy na wszystkich przeglądach, fajnie byłoby coś wygrać żeby chociaż na piwo starczyło" - powiedzieli mi muzycy przed ogłoszeniem wyników. Jakaż euforia w nich wstąpiła, gdy ogłoszono, że zostają zwycięzcami (bezapelacyjnymi - maksymalna ilość punktów!) 36. Festiwalu Rockowego Generacja - skakali z radości jakby ktoś ich boso na rozżarzonych węglach postawił. Nagrodę publiczności w postaci 1000 złotych zdobył Oil Stains, któremu mocno pomogły "ściany", gdyż wygrali wyjątkowo pewnie (47 ze 114 głosów). Pogratulować trzeba jednak wszystkim kapelom, gdyż poziom w tym roku był bardzo wysoki.
 Po przeglądzie, tradycyjnie czekał nas koncert finałowy (w tym roku jednak bez dodatkowego występu zwycięzcy) - ten jednak, zamiast w samym klubie CK105, zorganizowany został w sali kina Kryterium, znajdującej się dosłownie ścianę obok. Nie byłem z tego powodu zadowolony, ponieważ na siedząco koncertów przeżywać się po prostu nie powinno - no ale to nie pierwsza w tym roku dziwna decyzja organizatorów. Gwiazdą został, będący od niemal 25-ciu lat na szczycie, zespół Hey, który ostatni raz odwiedził Koszalin podczas trasy "Re-Edycje" (2011 rok). Obecnie grupa promuje najnowszy album zatytułowany "Błysk", będący, po ostatnich romansach z muzyką elektroniczną, powrotem do bardziej gitarowych brzmień. Bilety sprzedały się w jakieś 4 dni (półtora miesiąca temu...) i kosztowały 35 (ograniczona pula promocyjna) i 55 złotych. Sporo, biorąc pod uwagę fakt, że na TSA, Illusion czy Hunter cena nie przekraczała jednego Bolesława Chrobrego.
Koncert rozpoczął się około godziny 21:20 w całkowitych ciemnościach: zgasły wszystkie światła, i dopiero po pierwszych wersach tytułowego utworu z nowego krążka z wolna zaczęły przesuwać się kotary, odsłaniając skąpaną w czerwieni scenę. Wystrój wyjątkowo ascetyczny, oświetlenie oszczędne, klawisze zasłonięte specjalnymi parawanami i wszystko w kolorze krwi - łącznie z ubiorem muzyków. Wyglądało to świetnie. Po szybkim przywitaniu kolejne kawałki z "Błysku", w tym dynamiczny "Prędko, prędzej", okraszony świetną solówką "Żaby", "2015" z pięknym tekstem Nosowskiej czy słodkie, bujające "Historie". W ogóle grupa postanowiła dość ciekawie promować swe nowe dzieło, ponieważ odegrała je w całości, dzięki czemu każdy po koncercie mógł odpowiedzieć sobie na pytanie czy warto wydawnictwem się zainteresować. Moim zdaniem jak najbardziej: to fajne, inteligentne, lekkie rockowe granie. Brzmienie tego wieczoru było fantastyczne, dzięki czemu bez problemu wyłapywało się każdy instrument; pozwoliło też wsłuchać się w teksty Pani Katarzyny, które na nowym krążku są naprawdę dobre. W ogóle Nosowska to prawdziwy ewenement na polskiej scenie muzycznej: ciągle młoda i piękna (nie żebym się podlizywał), głos iście anielski, a po każdym numerze dziękowała z tak autentyczną szczerością, że aż się człowiekowi "banan" na twarzy pojawiał. Mógłbym się przyczepić, że obecnie śpiewa zdecydowanie wyżej i z rzadka korzysta ze swojej charakterystycznej chrypki, no ale to akurat zrzuciłbym na zmianę stylistyki.
Po "Błysku" przyszedł czas na "starsze" hity. Nie zabrakło zarówno smutnych ballad jak "Byłabym", kompozycji bardziej drapieżnych ("Mikimoto - król pereł", "(sic!)") czy numerów z tych bardziej "alternatywnych" albumów, jak "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!" czy "Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan" ("Moogie", "Kto tam? Kto jest w środku?"). Nogi same rwały się do skakania, ale niestety miejsca na harce nie było (choć niektórzy poustawiali się w przejściach prowadzących do sceny). Prawdziwą petardą i absolutnym majstersztykiem był cover Kultu - "Arahja", zaczynający się dość spokojnie i leniwie, by pod koniec eksplodować potężnym wokalem ("Lewa strona nigdy się nie budzi, prawa strona nigdy nie zasypia"), któremu towarzyszyła nawałnica instrumentów - aż ciarki miałem na plecach. Ostatnim kawałkiem podstawowego setu był klimatyczny "Stygnę", podczas którego liderka bez słowa opuściła kolegów, dając im możliwość popisania się przed fanami. Bisy były tylko formalnością, ale już same końcowe numery to spore zaskoczenie: konia z rzędem temu, kto spodziewał się prehistorycznego "Ja, sowa" (w akustycznym wydaniu) czy podchodzącego pod reggae "4 pory". Fajnie było też posłuchać prostej "Zazdrości", która pod względem konstrukcji bardzo przypomina mi obecny projekt Piotra Banacha - BAiKA. Świetny koncert, grupa w rewelacyjnej formie, setlista też w porządku. Polecam złapać Hey na obecnej trasie, o ile pogodziliście się z faktem, że to już nie takie post-grunge'owe granie jak kilkanaście lat temu.
Setlista:
01. Błysk 02. Ku Słońcu 03. Prędko, prędzej 04. Dalej 05. Hej, Hej, Hej 06.2015 07. I tak w kółko 08. Cud 09. Historie 10. Szum 11. Faza Delta 12. Mikimoto - król pereł 13. Byłabym 14. Moogie 15. Arahja (Kult cover) 16. Luli Lali 17. Kto tam? Kto jest w środku? 18. (sic!) 19. Stygnę --- 20. Ja, sowa 21. Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan 21. 4 pory 22. Zazdrość 23. Teksański
Na koniec trzeba jednak CK105 mocno skarcić. O ile do występów poszczególnych zespołów nie mogę się przyczepić (poziom bardzo wysoki, koncert gwiazdy - świetny), to sama organizacja pozostawia w tym roku wiele do życzenia. Fatalna była przede wszystkim komunikacja pomiędzy organizatorami a fanami: strona internetowa praktycznie jest martwa (ledwo kilka, wyjątkowo oszczędnych wpisów), a godzinę rozpoczęcia przeglądu poznałem... na 30 minut przed wejściem na scenę pierwszej grupy! I to przez zupełny przypadek (tak, na stronie wydarzenia podana była błędna godzina, której nikt nie raczył zaktualizować)! Nie podobają mi się też zmiany w obrębie formuły festiwalu (tj. brak darmowej gwiazdy i zwycięskiego występu zdobywców nagrody głównej), zwłaszcza jeśli przypomnę sobie doskonałe poprzednie edycje imprezy - po co kombinować ze zwycięskim składem?! Również i droższe bilety mogą zastanawiać, ponieważ Hey to w końcu ta sama liga co TSA czy Illusion, a jednak w poprzednich latach bilety kupowało się za 15 złotych a nie 55. Quo Vadis, Generacjo? Odpowiedź na to pytanie poznamy za rok... No a skoro z Hey udało mi się wstrzelić, to co, panowie organizatorzy - może w końcu KSU albo reaktywowana Pidżama Porno?
|