Wacken Open Air 2004


(05 - 07 sierpnia 2004 r.) - Wacken
(After Forever, Amon Amarth, Anthrax, Arch Enemy, Astral Doors, Bal-Sagoth, Brainstorm, Böhse Onkelz, Cannibal Corpse, Cathedral, Children of Bodom, Death Angel, Unleashed, Destruction, Dio, Dionysus, Disbelief, Doro & Warlock, Ektomorf, Eläkeläiset, Grave Digger, Griffin, Helloween, Hypocrisy,J.B.O., Knorkator, Kotipelto, Mayhem, Misery Index, Mnemic, Motörhead, Mystic Prophecy, Nevermore, Nocturno Culto, Orphanage, Paragon, Quireboys, Raunchy, Satan, Satyricon, Saxon, Schandmaul, Thunderstone, Zodiac Mindwarp)



- Tytułem wstępu -

Wacken Open Air - marzenie każdego fana ciężkich dźwięków. Festiwal na który corocznie ciągną pielgrzymki fanów z całego świata. Odległość, pieniądze, zmęczenie, upał, tysiące przeciwności nie ma żadnego znaczenia. Prawdziwy fan zrobi wszystko by do tej metalowej Mekki dotrzeć choć raz w życiu. Każdy kto już tam był stanie na głowie by pojechać za rok, potem kolejny raz. To właśnie magia Wacken Open Air, chyba najlepszego festiwalu metalowego na tym ziemskim padole. Nie da się opisać słowami tego co człowiek przeżywa widząc to wszystko na własne oczy. Muzyka, fani, sceny, klimat, zaplecze... wszystko po prostu wszystko stwarza coś czego przeżycia życzę każdemu. W tym roku ten znany już na całym świecie festiwal obchodził 15 jubileusz. Nie ukrywam, cieszyłem się jak dziecko na myśl samego wyjazdu. Ale czy to źle? Nawet najwięksi twardziele ucieszą gębę na widok żółtej tabliczki z magicznym napisem... Wacken.

Wszyscy znamy Hamburg, Monachium, Berlin. Wszyscy bez problemów wymienimy największe miasta naszych zachodnich sąsiadów. Nikt jednak nie wspomina o Wacken, co więcej trzeba naprawdę szczegółowej mapy by znaleźć tą mieścinę na mapie. Wacken to w rzeczywistości, niemiecka wieś/miasteczko/miasto (niepotrzebne skreślić) położona około 70 kilometrów na północ od Hamburga licząca (uwaga!)... 2.000 mieszkańców. Takie małe miasteczko raz w roku staje się niepodważalnie światową stolicą metalowego grania. Wacken rośnie wtedy jak na drożdżach, z 2-tysięcznej wioski robi się około 50-tysięczne miasto. Miasto wypełnione w 96% fanami metalu. Prawda, że piękne? Supermarkety opanowuje horda metalowców śpiesznie szukających jakiegoś zimnego piwa. Na ulicach spotkanie "normalnie" ubranego człowieka graniczy z cudem, w jednym miejscu spotykają się Polacy, Niemcy, Szwedzi, Finowie, Francuzi, Holendrzy, Norwegowie, Czesi, Rosjanie..., Japończycy a nawet Meksykanie czy Portorykańczycy. Nie pomylę się dużo jeżeli palnę, że mamy tam ludzi z praktycznie każdego kraju na świecie. Mówię Wam, piękna sprawa... ale za bardzo wyleciałem do przodu zacznijmy wszystko od początku.


- Wstęp właściwy -

Zdaję sobie sprawę, że będą tą relacje czytać ludzie, którzy pragną lub zamierzają się na Wacken w przyszłości wybrać także nie skupię się tylko na samej muzyce a również na całej otoczce. Zatem lecimy…

Gdy już cały wyjazd do Metalowej Mekki był dograny pozostało dojechać do Bydgoszczy skąd gromadką wyruszaliśmy na podbój Niemiec. Nasz plan podróży był dosyć prosty: Szczytno - Bydgoszcz - Hamburg (najlepiej objazdem) - Wacken. Na kartce wyglądało przyjemnie, niestety przejazd przez praktycznie całe Niemcy i trafienie na miejsce nie jest już takie proste. Czego się jednak nie robi dla muzyki. Droga do granicy to ciągłe dyskusje jak i przez co jechać oraz marudzenie Lecha (biedak nie kupił piwa ( :D ). Wyraźnie "bardzo przejęty swoją funkcją" celnik nie chciał nas mocno sprawdzać, skończyło się na odczytaniu listy obecności i pojechaliśmy dalej, już po tak osławionych niemieckich drogach. Kilometry leciały jak z bicza strzelił. Wszystko ładnie pięknie aż do czasu gdy Niemiecka Służba Celna postanowiła sobie wybrać akurat nasz samochód na rutynową kontrolę. Obyło się bez rozlewu krwi, cali i zdrowi brnęliśmy dalej. W szybkim tempie, przejechaliśmy kilkaset kilometrów i... zaczęły się schody. Jeden zły skręt i zapewniliśmy sobie nieplanowane ale jakże romantyczne nocne zwiedzanie Hamburga, dodało trochę życia i kolorytu w tą nudną i ciągnącą się bez końca podróż ( ;)). Czerwone światło, jazda pod prąd, policyjny pościg, to tylko niektóre z atrakcji. Zwieńczeniem wieczoru była fotka, którą zrobiła nam całkiem sprawnie zainstalowana kamera (widocznie spodobał się Niemcom nasz samochód ;) ). W końcu po 2 godzinach motania wjechaliśmy na właściwą drogę. Nie bez problemów ale dotarliśmy do Wacken. Wspomniana żółta tabliczka naprawdę potrafi ucieszyć. Zmarnowani udaliśmy się do punktu akredytacyjnego, tam dowiedzieliśmy się, że akredytacje dostaniemy dopiero dnia następnego. Nie pozostało nic innego jak wjechać na pole namiotowe, przywitać się ze znajomymi i wreszcie rzucić się spać... Tak to każdemu było potrzebne.

Naładowane akumulatory to podstawa o której każdy jadąc na Wacken powinien pamiętać. Sen i kąpiel to dwa podstawowe czynniki bez których ani rusz :) Jak się okazało akredytacje dostępne będą dopiero w pierwszy dzień festiwalu, mieliśmy zatem jeden dzień wolnego. Ruszyliśmy na basen (darmowy, dostępny dla każdego) oddalony o jakieś 4 km od terenu festiwalu. Zrobiliśmy zakupy, połaziliśmy po terenie festiwalu (na którym trwały jeszcze prace wykończeniowe). Wieczorem zaczęła się integracja grupy :) Sielankowa atmosfera trwała aż do godzin rannych (pamiętajcie, pole namiotowe na Wacken nigdy nie śpi), z każdej strony atakują różne dźwięki. Z jednej norweski, zimny black metal, z drugiej klasyczne dźwięki Iron Maiden, jeszcze gdzieś indziej ktoś zapuści sobie stary niemiecki thrash (a co nie można?). Nie braknie też muzyki z której można po prostu ryć ze śmiechu. Dosłownie wszystko. Wytrwali Finowie wlewają w siebie hektolitry wódki, nawaleni Niemcy leżą koło swoich aut. Polacy kulturalnie dyskutują i popiją ciepłe, gówniane niemieckie piwo. Atmosfera metalowego święta unosi się w powietrzu.

Przenosiny na pole dla VIP-ów przebiegło bez zbędnych ceregieli. Szybko i sprawnie rozłożyliśmy namioty. Byliśmy jednymi z pierwszych, na naszych oczach rozkładali swoje manatki Austriacy, Holendrzy, Niemcy, Szwedzi. Dojechali także Polacy, którzy donośnym polskim językiem dali znać o sobie. Po południu czas na obiad i ładowanie sił bo już niedługo cały ten metalowy cyrk rozkręci się na maxa... dziś pierwsze koncerty.

- Czwartek -

Koncerty w pierwszy dzień festiwalu rozpoczynają się się dosyć późno bo od godziny 18. Pierwszym zespołem, który miał "rozdziewiczyć" scenę na 15 edycji Wacken Open Air był Zodiac Mindwarp. Żadna osoba z naszej ekipy nie kojarzyła kapeli także pierwszy koncert tegorocznego Wacken spędziliśmy na polu dziennikarskim, z tego co się potem dowiedzieliśmy niewiele straciliśmy (a może zyskaliśmy dodatkową energię?). Na scenie nie działo się wiele ciekawego. Ale czego się można było spodziewać, Zodiac Mindwarp wszak bogami metalu nie są. Nie widzieliśmy koncertu ale mieliśmy okazję być na konferencji prasowej z Motorhead. Lemmy jak zawsze w dobrym humorze, widać było, że aż palił się na scenę. To dobry znak bo od 19:30 na True Metal Stage miała rządzić tylko jedna kapela... Motorhead właśnie. Pierwszy wielki zespół na WOA:2004.

Niezniszczalna załoga, która wielkiego (a właściwie żadnego) wstępu nie potrzebuje. Motorhead to Motorhead, czyli czysty, piekielny rock'n'roll z ogromną dawką czadu i energii. Taka muzyka na koncertach rozpieprza człowieka w pył. Trochę szkoda, że Lemmy i spółka grali tak wcześnie, atmosfera koncertu trochę dzięki temu "siadła" ale nie ma na co narzekać. Na samym początku panowie ładnie się przedstawili ("We Are Motörhead" - jakby ktoś nie wiedział kto aktualnie masakruje nasze uszy). Potem mieliśmy już prawdziwe szaleństwo - "Killed By Death", "Sacrifice", "Bomber", "Ace Of Spades" czy nieśmiertelne "God Save The Queen". Przy takich kawałkach ogrania człowieka coś niesamowitego. Pod sceną tłum kłębiących się fanatyków, na scenie oni. Lemmy w obowiązkowym kapeluszu, Phil Campbell w przyciemnianych okularach i czapeczce oraz rzucający grzywą zza perkusji Mikkey Dee. Motorhead to tylko trzech facetów, ale robiących taki show, że niejeden młody i pełen energii zespół złapałby się za głowę. Nie mieli w tym roku co prawda bombowca na scenie ale... nie byli gwiazdą wieczoru.

Za to należy się organizatorom ogromny opieprz. Ja rozumiem, że Böhse Onkelz to zespół w Niemczech znany ale do jasnej cholery gdzie im do statusu Motorhead??!! Wacken Open Air to międzynarodowy festiwal i względy lokalne nie powinny grać tutaj dużej roli. Tak czy inaczej tylko z obowiązku wspomnę iż Niemcy pogrywali sobie... 2,5 godziny! Samego koncertu nie widziałem bo wielkiej radochy muzyka Böhse Onkelz mi nie sprawia. Co innego mogą powiedzieć tysiące Niemców, którzy tłumnie zgromadzili się przed sceną. Dla nich to był prawdziwy raj, my czekaliśmy na więcej. Wszak to dopiero pierwszy dzień i dopiero 3 koncert. Tak na poważnie Wacken Open Air 2004 zacznie się dopiero jutro.

Koncert Böhse Onkelz spędziliśmy w malowniczej knajpie na polu namiotowym, pstryknęliśmy sobie kilka fotek z gwiazdami, udało się z większością zamienić kilka słów. Odbyliśmy jeszcze wycieczkę do sceny pod namiotem, gdzie trwał akurat w najlepsze fani bawili się na Metal Karaoke. Nietrudno się domyśleć co się tam działo, każdy może sobie wybrać numer i zaryczeć do zebranej publiki (nie małej trzeba przyznać). Dzięki takiej możliwości możemy sobie posłuchać np. "Aces High" zaśpiewane growlem przez krzepkiego Brazylijczyka. Nie zabrakło też Pantery, Megadeth. Mieliśmy również polski akcent, gdy na scenę wkroczył Max z Chainsaw. Po wszystkim nie pozostało nic innego jak wypić kilka piw, pogadać i udać się do namiotów. Jutro czekał nas naprawdę ciężki dzień. Aż strach pomyśleć co się będzie działo.

- Piątek -

Po rannej wycieczce na basen, zjedzeniu czegoś ciepłego uzbrojeni w aparaty, rozpiskę koncertów oraz spotkań z zespołami ruszyliśmy na teren festiwalu. Na jedzenie, picie czy nawet załatwianie potrzeb fizjologicznych nie ma zbyt wiele czasu także rano trzeba pomyśleć o wszystkim. Potem już nie będzie jak. Ostatni koncert skończy się około 2 w nocy. Prawdziwy wielki maraton zwany Wacken Open Air nabrał właściwego tempa. Nie pozostaje nic innego jak tylko rzucić się w wir muzyki.

Pierwszą kapelą którą zobaczyłem tego dnia był niemiecki Paragon. Nie ukrywam lubię ten band, więcej, bardzo lubię ten band. Muzycy nie robili sobie nic z tego, że była 11:30, niektórzy jeszcze spali albo dopiero zwlekali się z namiotów a oni zaprezentowali się po prostu świetnie. Jak na tak wczesną porę zagrali wprost rewelacyjnie. Na pewno rozbudzili wszystkich tych, którzy przyszli tylko popatrzeć. Paragon to zaprawiona w bojach załoga, 6 krążków na koncie i lata w muzycznym biznesie robią swoje. 45 minut to zdecydowanie za mało jak na zespół o takim stażu, Paragon zmieścił w swoim secie jednak wszystko to co najlepsze. Wystarczy tylko rzucić okiem na setlistę (pełną we właściwej kolejności):

01. The Legacy
02. Palace Of Sin
03. Breaking Glass
04. Law Of The Blade
05. Across The Wastelands
06. Green Hell
07. Armies Of The Tyrant
08. Thunderstorm

Było szybko, sprawnie, ogniście. Paragon bez zbędnych ceregieli prezentował kolejne numery. Na scenie kapela prezentuje się naprawdę fajnie. Dam głowę, gdyby grali wieczorem pod sceną rozpętałby się prawdziwy kocioł. Tak ogromnego tłumu nie było, ale może to i lepiej, stałem sobie pod samą barierką oglądając bez większych przeszkód cały koncert śpiewając przy tym takie świetne i porywające numery jak "Palace Of Sin", "Green Hell" czy "Armies Of The Tyrant". Niestety nie dostaliśmy żadnego nowego numeru. Cóż, może za 2-3 lata zobaczymy Paragon znowu na Wacken? Kto wie...

Cathedral nie porwało, Weinhold także nie zabił nas swoja muzyką. Z daleka słuchaliśmy poczynań obu zespołów wybierając sobie pamiątki, których zatrzęsienie. Koszulki, ręczniki, flagi, naszywki, czapeczki, dosłownie wszystko czego dusza zapragnie. Ceny oczywiście odpowiednie, ale przecież nie jeździ się na Wacken codziennie.

Kolejnym koncertem na który mocno się napaliłem był Brainstorm. Jednak wcześniej trzeba było dokonać małego wyboru bowiem Black Metal Stage od 14:45 mieli opanować Arch Enemy. W tym samym czasie na Party Stage swój występ miał dać Dionysus. Cóż zacząłem od Dionysus wszak klasyczny heavy metal bliższy jest mojemu sercu. Olaf Hayer i spółka zaprezentowali się całkiem dobrze, numery z obu płyt nieźle sprawdzały się na żywo. Co mnie zdziwiło mała scena jest świetnie nagłośniona, stojąc nawet z boku nie słyszałem masakrujących dźwięków generowanych przez muzyków Arch Enemy. Wracając do Szwedów nie od dziś wiadomo, że w Dionysus liczą się praktycznie trzy osoby: wspomniany Olaf Hayer, który na żywo wypada naprawdę świetnie. Nawet te trudniejsze partie nie sprawiają mu żadnych problemów, gitarzysta Johnny Öhlin, który na swoim instrumencie wyczynia naprawdę świetne rzeczy oraz perkusista Ronny Milianowicz. Ze sceny poleciały takie hity jak "Bringer Of War", "Sign Of Truth", "Anima Mundi", "Heart Is Crying" oraz "March For Freedom". Jak się potem dowiedziałem Dionysus zagrał 9 numerów. Koncert należy na pewno zaliczyć do udanych, żałuję, że nie mogłem zobaczyć całego, ale cóż takie są prawa festiwali. Nie można mieć wszystkiego. W połowie gigu Dionysus przeniosłem się na występ Arch Enemy.

Obserwując jeszcze koncert Dionysus zerkałem na wielki telebim, który pokazywał szalejącą Angelę Gossow. Wierzcie lub nie ale ta babka na żywo to po prostu szatan wcielony. Biega, zagaduje publikę, krzyczy, skacze. Robi po prostu show przez duże "S". Poza sceną na szczęście nie jest już taka "ognista" i spotkanie z nią wspominam niezwykle miło. Wracając do występu Arch Enemy. Muzycy nie dali nikomu odetchnąć, ta część koncertu, którą widziałem dała mi jasno do zrozumienia, że taka muzyka sprawdza się na koncertach po prostu idealnie. Szybko, mocno, melodyjnie, do tego brutalnie i agresywnie. To chyba wszystko idealnie pasuje do Arch Enemy. Kapela skupiła się raczej na nowym materiale co mi osobiście bardzo pasowało, kompozycje zarówno z "Wages Of Sin" jak "Anthems Of Rebellion" w wykonaniu koncertowym rozwalają czachę. Może gdyby jeszcze słońce nie prażyło tak mocno... tak niektórzy po kilku kawałkach po prostu wymiękli. Sam nie uczestniczyłem w młynie bo przypłaciłbym to chyba życiem. Zresztą widok tak szalejącej kobitki na scenie naprawdę cieszy oczy. Kilka kapel mogłoby się sporo od Pani Gossow nauczyć. Wiele ale na pewno nie panowie z Brainstorm... którzy pokazali jak powinno się grać rasowy metal.

Zaraz po zakończeniu występu Arch Enemy przeniosłem się szybko pod True Metal Stage gdzie za 15 minut mieli zacząć Niemcy z Brainstorm. Kapela, której długo wyczekiwałem. Patrząc na cały wystój sceny powoli docierało do mnie że za dosłownie kilka minut na scenę wybiegnie jeden z moich ulubionych zespołów. Widać, że Brainstorm ma sporą grupę fanów bo już 30 min przed koncertem pod sceną zebrała się naprawę kilkutysięczna ekipa fanów. Korzystając ze swojego "koncertowego doświadczenia" przepchałem się przez kilka rzędów i dosłownie przed samym początkiem koncertu polska flaga powiewała na barierkach. Spotkaliśmy z kolegą kolejnych Polaków co jeszcze bardziej dodało skrzydeł. Dwie flagi w górze, na scenie kłęby zielonego dymu, wybuch, ogień na scenie i lecimy. To co zrobił Brainstorm po prostu rozwaliło mnie na najmniejsze kawałki. Andy wraz z ekipą zagrali z taką siłą, energią, furią, że nie sposób było ustać w miejscu. Od pierwszych dźwięków muzycy totalnie zawładnęli naprawdę wielkim tłumem. Andy co i raz schodził do publiki przybijając "piątki" a nawet śpiewając stojąc oparty o barierki. Reszta muzyków widząc tak entuzjastyczne przyjęcie dała z siebie wszystko. Takiej dawki energii już dawno nie przeżyłem! Stojąc w pierwszym rzędzie nie zwracałem uwagi na kolejnych osobników (raz większych raz mniejszych) przelatujących nad moją głową i lądujących w objęciach ochroniarzy, którzy widząc ten cały kocioł nie raz przecierali oczy ze zdumienia. Nie jestem pewien ale właśnie na koncercie Brainstorm po raz pierwszy uruchomiono armatki wodne. Bez tego koncert Niemców dla niektórych mógłby skończyć się naprawdę źle. Takie kawałki jak "Blind Suffering", "Hollow Hideaway", "Doorway To Survive", "The Leading" (byłem ciekaw jak Andy "pociągnie" te wysokie partie na żywo ale wybronił się znakomicie), czy "Shiva's Tears" dopełnione ogniem (w przenośni i na żywo :) ) naprawdę robiły wrażenie! Nie wiem czy był ktoś taki na Wacken komu występ Brainstorm mógł się nie podobać. To co zrobili Niemcy przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Takiego koncertu nie spodziewałem się nawet po najlepszych kapelach a już o godzinie 16 byłem na kolanach. Jakby tego było mało na deser a raczej w nagrodę dostaliśmy "Amarillo". Genialne zwieńczenie genialnego koncertu. Rozpromienieni muzycy zeszli ze sceny a skrajnie wycieńczeni fani powoli rozchodzili się choć trochę naładować akumulatory. To przecież jeszcze nie koniec. Jak się potem dowiedziałem muzycy byli bardzo ale to bardzo zadowoleni z koncertu, Andy chodził rozpromieniony, już kilka minut po występie można go było zobaczyć na polu dziennikarskim, z każdym chętnie zamienił słówko, zrobił fotkę. Wcale się nie dziwie, po takim koncercie…

Co bardziej wytrzymali udali się jeszcze na koncert Satan, który zagrał na małej scenie. Ja uznałem, że tą kapelę sobie odpuszczę. Doczołgałem się do namiotu choć trochę odpocząć, zregenerować płyny i przede wszystkim zmienić ubranie. Na kolejne dźwięki nie miałem ochoty, Brainstorm wystarczająco zniszczył mnie bym mógł oglądać coś innego. Jak wspomniałem w namiocie prasowym spotkałem wokalistkę Arch Enemy, kilka słów, pamiątkowa fotka. Tak jak pisałem całkiem miła i przyjemna osoba po której nie widać już tej agresji i dzikości emanującej podczas scenicznych występów. Siedząc w namiocie słyszałem kilka numerów Satan ale to mi w tamtej chwili stanowczo wystarczyło. O Mayhem produkującym się na dużej scenie nawet nie myślałem, to zdecydowanie nie dla mnie. Spokojnie ładowałem siły na godzinę 18:00. To właśnie wtedy na scenę wkroczyła kolejna kapela, której zobaczenie było dla mnie bardzo wielką sprawą... Grave Digger.

Grabarz jak zawsze pokazał, że niemieccy weterani mają się dobrze i wiedzą jak się gra heavy metal na najwyższym poziomie. Kto jak kto ale Grave Digger ma w swoim kraju status kultowy, na koncercie zebrał się ogromny tabun fanów. Słońce mimo zbliżającego wieczora mocno dawało się we znaki. Panowie z armatkami praktycznie przez cały koncert musieli polewać ludzi wodą. Mimo tak spartańskich warunków przetrzymałem cały koncert pod barierkami. Grave Digger podobnie jak rodacy z Brainstorm zaczęli piekielnie mocno i tak już pozostało do końca koncertu. 75 minut jakie mieli do dyspozycji wypełnili wprost znakomicie. Set przygotowany na ten wieczór składał się praktycznie z samych najlepszych kompozycji. Z ostatniego albumu dostaliśmy dwa numery: "Rheingold" oraz "Valhalla". Tutaj nie mogę nie wspomnieć o tym, że kawałki te na żywo naprawdę rozwalają. Publika bawiła się przy nich nie gorzej niż przy największych numerach Grabarzy. "Heavy Metal Breakdown", genialny "The Grave Dancer", "Excalibur", "Knights Of The Cross", "The Grave Digger" oraz "Son Of Evil" z przed ostatniej produkcji czy nieśmiertelny, powalający "Rebellion". Na sam tytuł ciary przeszły mnie po plecach, dalej już tylko magia. Przy takich kawałkach naprawdę zapomina się o całej reszcie. Krótko mówiąc masakra. Nie młodzi już przecież muzycy nie oszczędzają się ani przez moment. Chris idealnie przejmuje kontrolę nad ogromnym tłumem, pozostali muzycy dzielnie idą za swoim kapitanem. Grave Digger na scenie naprawdę robi spustoszenie. Muzyka Niemców to kawałki wprost stworzone na koncerty, kawałki które już z płyty powalają ale to waśnie oko w oko z zespołem poznajemy ich właściwą wartość. Kiedyś słuchając "Knights Of The Cross" nie raz otwierałem gębę ale to co usłyszałem na żywo sprawiło, że po raz drugi w byłem na kolanach. Grave Digger to jak się okazuje sprawdzona firma, kapela dla której warto było jechać tyle kilometrów. Mówię Wam, piękna sprawa: Chris zapowiada "Rebellion", tłum reaguje wrzaskiem, zaczynają, publika pogrążona w amoku rusza do boju, wreszcie refren, tysiące gardeł ciągnie razem z Chrisem. Potęga, niezapomniane chwile. Ciężko to opisać... to po prostu trzeba przeżyć.

Skrajnie wyczerpany przegapiłem koncert Feinstein ale nie żałuję, nie mogłem ustać w miejscu na Grave Digger, to kapela dzięki której heavy metal zapadł głęboko w moje serce. Dwa występy spędzone w upale, ścisku, pocie i organizm powiedział nie. Musiałem odpocząć gdyż tego wieczora czekało jeszcze kilka atrakcji. Sam Feinstein zagrał podobno bardzo dobry koncert, na scenie pojawił się nawet lider pewnego undergroundowego zespołu - Joey DeMaio (który znalazł się na scenie jeszcze przy okazji DIO ale o tym później). Nieświadomy tego co zaraz będzie na małej scenie udałem się do namiotów. Potem tradycyjnie do namiotu prasowego w którym właśnie trwała konferencja prasowa z Saxon. Posłuchałem kilku nowych numerów (ale płyta się szykuje!!!), zamieniłem słówko z Biffem, pstryknąłem fotki i... usłyszałem znajome dźwięki. "O cholera!" pomyślałem. Na śmierć zapomniałem o Kotipelto". Nici z wypoczynku, lecę pod scenę. Dobrze, że namiot prasowy oddalony jest dosłownie kilka kroków od Party Stage. Ustawiłem się kawałek od największego skupiska ludzi i spokojnie słuchałem numerów z solowych albumów Timo ("Waiting For The Dawn" oraz "Coldness"). Podobno był jeszcze "S.O.S." z repertuaru Stratovarius ale tego kawałka nie słyszałem. Ogólnie koncert mnie nie porwał, tym bardziej żałuję, że nie usłyszę głosu Timo w numerach Stratovarius. Kotipelto solo mimo iż wypada naprawdę nieźle nie ma polotu do takich klasyków jak "Visions" czy "Destiny". Jak się później okazało sprawa Stratovarius jest zamknięta i nie ma co mieć chyba nadziei, że to się zmieni. Timo zapytany o przyszłość zespołu odparł krótko, że nic się nie zmieniło. Słuchałem Kotipelto i w głębi serca żałowałem, że nie dane mi będzie zobaczyć Stratovarius ale cóż, kilka numerów Timo zaśpiewał naprawdę świetnie i z tego należało się cieszyć. Wszak może jeszcze zabije nas jakąś solową produkcją. Kto wie? Tak jak pisałem to nie poziom Stratka ale posłuchać było czego.

Ronnie James Dio? Czy potrzeba czegoś więcej, czy ktoś nie zna tego pana, czy ktoś nie słyszał jego muzyki, czy w końcu będąc na Wacken można było odpuścić sobie ten występ? Ja przynajmniej nie dopuszczałem takiej możliwości. Niezmiernie ucieszony, że za kilka minut będę miał żywą legendę heavy metalu na scenie powolnym krokiem udałem się w okolice True Metal Stage. Tam kupa technicznych kończyła prace nad ustawieniem wszystkich potrzebnych zabawek. Gdy już wreszcie Dio z zespołem znaleźli się na scenie Wacken oszalało. Gdybyście widzieli te tysiące gardeł śpiewających razem z Ronnie'm. Gdybyście widzieli ten spektakl, ten show, światła, wszystko dosłownie wszystko tutaj było perfekcyjne. Dio w rewelacyjnej formie, nie wiem jak można w takim wieku tak genialnie śpiewać, tak ruszać się na scenie, tak dominować na publiką. Muzyka to raz, charyzma to dwa. Oba elementy u Dio nie podlegają dyskusji. Panowie zaczęli od (o ile dobrze pamiętam) "Stargazer", nie zabrakło klasyków Dio: "Holy Diver", "Rainbow In The Dark", "Rock 'n' Roll Children", "Rainbow In The Dark" rewelacyjny odśpiewany przez 40-kilku tysięczną publikę "Don't Talk To Strangers". Z nowego albumu zatytułowanego "Master Of The Moon" usłyszeliśmy bodajże "The Eyes". Dio nie zapomniał o wszystkich, fani Rainbow dostali: "Gates Of Babylon" a Black Sabbath "Heaven And Hell". Na deser panowie dobili wszystkich "We Rock" zagrany naprawdę z dużym wykopem. Jakby tego było mało po raz drugi na scenie widzimy DeMaio, który oprócz charakterystycznych dla siebie fucków komplementował Dio za jego wkład w historię heavy metalu. Wspominał, że to właśnie Ronnie James Dio napisał książkę pt. "Heavy Metal". Ronnie jak to Ronnie skromnie podziękował wszystkim zebranym i to był już niestety koniec. Nawet najlepsze rzeczy muszą się kiedyś skończyć. Dio jednak nie pozostawił po sobie niedosytu, zagrał na najwyższym poziomie, pokazał, że mimo wieku heavy metal trzyma go na scenie i nie zamierza pławić się w sławie a dzielnie staje na dechach i robi taki show, że kopara z hukiem opada na ziemię. Krótko mówiąc, czapki z głów.

Zaraz potem na scenie obok zameldowali się weterani z Destruction. Godzinny koncert to jedna wielka thrash metalowa masakra. Światła, nie oszczędzający się muzycy, ciągły ruch na scenie no i przede wszystkim muzyka. Stare hity ("Eternal Ban", "Mad Butcher", "Bestial Invasion" czy "Curse The Gods") wymieszane z tymi nowymi ("Thrash Till Death", "The Butcher Strikes Back", "Metal Discharge") zrobiły swoje. Niedawno oglądałem "Nailed To The Cross" nagrany podczas tego występu i muszę powiedzieć, że Destruction naprawdę wiedzą jak rozruszać publikę. Schimer może nie bawi się z tłumem, może nie gada zbyt wiele, ale prawdę mówiąc po co? Thrash metalowe hymny, które serwują zmuszają do zabawy nawet największych wapniaków. Ostatni album mnie nie zabił ale występ na Wacken pokazał, że Destruction naprawdę potrafią nieźle skopać dupy i przyznam się szczerze, że będę wypatrywał nowej produkcji Niemców. Może spojrzę na nią przez inny pryzmat? Jako ciekawostkę podam fakt, że gitarzysta Destruction ma polskie korzenie. Po koncercie kapeli przegadaliśmy razem około godziny, brakowało tylko przytulnego kącika i kilkunastu browarów. Wtedy pewnie zastałby nas ranek dnia następnego. Tak czy inaczej Mike Sifringer to świetny facet. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję zamienić z nim słówko. No i bym zapomniał, podczas "Total Destruction" na scenie pojawili się goście: Peter Tägtgren (Hypocrisy), Abbath (Immortal) oraz Sabina Classen (Holy Moses) i razem odśpiewali ten zabójczy kawałek.

20 minut przed 24 czekałem już na specjalny koncert Doro, szczerze mówiąc zmęczenie i późna pora trochę ostudziło mój zapał ale "Fear Of The Dark" zagrany na początek kazał mi mieć się na baczności. Ale zaraz zaraz, Iron Maiden na koncercie Doro? Już wyjaśniam. Doro zaprosiła na swój koncert gości, występowała z nią orkiestra symfoniczna także jak wspominałem mieliśmy okazję przeżywać specjalny koncert wokalistki. Blaze Bayley (bo o nim między innymi mowa) zaśpiewał oprócz tego "The Trooper", "Man On The Edge" (przed którym poprosił publikę o pomoc tłumacząc się tym iż w Maiden był dawno i mógł zapomnieć tekst hehehe). O dziwo, nie dostał entuzjastycznego odzewu. Statyczni Niemcy raczej woleli grzebać w nosie niż drzeć się razem z Bayley'em "Falling down, falling down". My broniąc honoru Polaków nie dawaliśmy za wygraną, razem z przemiłym Francuzem (który zgubił swoją ekipę, widząc jaka z nas wesoła paczka przyłączył się do nas :) ) odśpiewaliśmy cały tekst jak przystało! Nie zapomniano także o Judas Priest, z ich repertuaru odegrano "Breaking The Law". Oczywiście oprócz tego dostaliśmy hity: "Fur Immer", "Burn It Up", "I Rule The Ruins", "All We Are" czy "Metal Tango" (przy którym naprawdę ruszyliśmy do tańca :D ). Szczerze mówiąc bardzo ciekawe przeżycie, posłuchać tych kawałków w nowych wersjach, z orkiestrą symfoniczną na żywo. Nie często przecież zdarza się taka możliwość także z koncertu Dorotki jestem jak najbardziej zadowolony.

Orkiestra znika ze sceny, na niej meldują się muzycy Warlock. Nie wiem czy rzeczywiście muzycy nie zagrali "All We Are" czy po prostu musiałem to przegapić (zmęczenie) ale wydaję mi się, że nie chcieli powtarzać tego co publika słyszała kilkadziesiąt minut wcześniej. Szkoda bo ognista wersja tego hiciora wielu (w tym mnie) mogła postawić na nogi. Tak koncert jakoś przeleciał bez większych fajerwerków. Nie chce przez to powiedzieć, że było nudno, co to to nie, zresztą: "Burning The Witches", "Fight For Rock", "True As Steel" czy "Metal Racer" mówią same za siebie.

Późno w nocy (około 2) na scenie zameldowało się Amon Amarth. Nie obejrzeliśmy całego koncertu gdyż pierwszą jego część spędziliśmy na popijaniu wszelakich trunków w barze. Przy okazji powstała ze wszystkiego co po sobie zostawiliśmy całkiem ładna budowla (Polak potrafi). Wracając do Amon Amarth, mimo okropnej pory muzycy starali się rozbudzić publikę. Dużą część ludzi wyraźnie oszczędzała się przez cały dzień by dopiero teraz dać upust swojej energii. Nic dziwnego, lokalny patriotyzm zadziałał i w tej sytuacji. Szwedów było trochę a Amon Amarth prezentuje muzykę, którą Szwedzi bardzo lubią. Czytając potem wywiady z członkami zespołu doszedłem do wniosku, że byli ze swojego koncertu naprawdę zadowoleni. No ale nie ma co się dziwić, wszak nie zawsze można grać dla mniej więcej 10 tyś ludzi około 3 w nocy.

W taki oto sposób zakończył się dzień drugi festiwalu. Ogrom wrażeń, ogrom dobrej muzyki. Kilkanaście godzin na nogach, boląca każda część ciała i w głowie jedna myśl: "To jeszcze nie koniec".

- Sobota -

Wczesnym rankiem pierwsze co zrobiliśmy to ruszyliśmy na basen, nic tak nie pomaga jak chłodna woda w 30 stopniowym upale. Wielbiciele damskich kształtów też czasami mogą sobie oko zawiesić. Niektóre panie bowiem paradują topless, inna sprawa, że to w większości Niemki ( ;) ). No ale wracamy do tego po co tam przyjechaliśmy czyli muzyki. Zaraz po powrocie popędziłem na Party Stage gdzie za kilka minut mieli zagrać Mystic Prophecy.

Pod sceną oczekiwało chyba największe skupienie Greków jakie miało miejsce na tegorocznym Wacken. Wielka grecka flaga czekała na Gusa G. Facet naprawdę mógł czuć się bardzo fajnie mając tyle rodaków obok siebie. Może to nie to co słyszałem z opowiadań podczas koncertu Vader ale było miło. Mystic Prophecy nie powaliło mnie na kolana ale zagrało dobry, energiczny koncert. Muzyka kapeli sprawdza się na żywo bardzo sprawnie czego dowodem była całkiem spora grupka ludzi śpiewających razem z wokalistą. Zresztą refreny są tak nośne, że nie da się przy tym stać z zamkniętą gębą. Zespół zaprezentował jeden nowy numer z krążka, który już na rynku. Stojąc obok sceny pachnący, czysty (niektórzy dziwnie się przez to na mnie patrzyli :D ) zerkałem czasami z oddaloną o kilkadziesiąt metrów Black Metal Stage. Tam królował Bal-Sagoth. Mystic Prophecy jednak jest zdecydowanie bliżej mojemu sercu także o Anglikach nie napiszę nic gdyż po prostu nie widziałem/słyszałem żadnego numeru.

Początek dnia nie zapowiadał się dla mnie imponująco także skorzystałem z okazji, postanowiłem coś zjeść, połazić po sklepach. Czy po prostu odpocząć. Wracając z Mystic Prophecy zahaczyłem o koncert Death Angel i nie powiem, zostałem praktycznie do końca. Nigdy wielkim fanem tej kapeli nie byłem, ostatni krążek jakoś mi przeleciał, ale na żywo panowie naprawdę ładnie zamiatają, na pewno będę musiał ponownie przysiąść do tej kapeli bo wstyd, że nie słuchałem takiego "Act. III" już kilka lat. Kawałki z nowego jak i starszych albumów naprawdę ruszyły publikę. Szkoda, że Death Angel grał tak wcześnie, myślę, że odrobinę mroku, świateł i stałbym z wywieszonym jęzorem. Starzy fanatycy widać byli w niebie, energetyczny, żywy thrash sprawił, że już o 12 metalowa brać stawiła się na placu boju w ilości ogromnej. Jak się okazało opłacało się. Ja wyniosłem z tego gigu jedno przesłanie - muszę poważnie zabrać się za "The Art Of Dying".

Tak jak wspominałem początek dnia spędziłem na zakupach, jedzeniu itp. Czasami wpadłem zobaczyć co dzieje się na terenie festiwalu. Na Black Metal Stage zaprezentowało się Unleashed, przyznam się, że nawet nie chciało mi się tyłka ruszyć by zobaczyć chociaż jeden numer. Na Cannibal Corpse już postanowiłem się wybrać. Oczywiście nie po to by słuchać tego co działo się na scenie ale zobaczyć jak zespół prezentuje się na żywo. Słysząc jednak wyziewy Kanibali nie dotarłem nawet do sceny. Dla mnie żadna strata. Ektomorf grający na Party Stage wogóle mnie nie interesował, na After Forever robiłem sobie obiad (czy już wspominałem, że Party Stage oddalona była od naszego obozowiska naprawdę niedaleko i można było sobie słuchać muzyki siedząc w namiocie?).

Nowy Anthrax też mnie nie powalił także niezbyt chętnie ruszyłem na koncert, przeleciało kilka kawałków i tyle z tego pamiętam. Nie chciało mi się zostawać nawet na klasyki. Nie wiem, zupełnie mnie ta kapela nie ruszyła, przegapienie koncertu nie uważam za coś złego. Przeciwnie, mogłem naładować organizm, gdyż o 17 na scenie miała pojawić się jedna z kapel dla której tutaj przyjechałem - Nevermore.

Czas na Wacken ucieka nieubłaganie, ani się obejrzysz a już kilka godzin mija jak z bicza strzelił. Koszulki, płyty, także biżuteria, ubrania po prostu wszystko sprawia że łażenie po tych stoiskach to naprawdę miła rzecz. Inna sprawa, że można tam spotkać naprawdę ciekawe rzeczy. Fanów metalowych t-shirtów ogarnie ból głowy, kobiety oszaleją na punkcie wszystkich kolczyków, medalionów itp. Poszedłem tam z zamiarem kupienia czegoś mojej lubej ale po prostu zbaraniałem. Zdecydowałem się na bardziej bezpośrednią pamiątkę :) (dodam, że stringi z pentagramami czy logiem WOA to normalka). No ale nie o zakupach miało być...

Punktualnie o 17 na True Metal Stage melduje się wspomniany Nevermore. Techniczni ustawiali brzmienie dosyć długo ale wyszło pięknie, Nevermore zabrzmiało naprawdę potężnie. Warrel Dane w charakterystycznym kowbojskim kapeluszu zachęca publikę to zabawy co i raz krzycząc "I want CHAOS". Szczerze mówiąc spodziewałem się większej masakry na koncercie, choć w żadnym wypadku nie powiem, że nie było mięcha. Z daleka (jak później widziałem na video) widać było tylko unoszące się tumany kurzu (czyli nie było tak źle). Amerykanie zaczęli od dwóch numerów z nowej płyty zatytułowanej "The Enemies Of Reality". Oprócz tego dostaliśmy m.in. "Seven Tongues Of God", "This Sacrament", "Beyond Within", "The River Dragon Has Come", "Next In Line". Tak sobie stałem, oglądałem cały koncert ale jakoś brakowało mi magii, życia w występie. Muzyka Nevermore choć znakomita nie porwała mnie do szaleńczej zabawy. Dopiero gdy Warrel zapowiedział "Heart Collector" na wielu twarzach pojawił się ogromny uśmiech. Chóralnie odśpiewany hymn Amerykanów mógł zrobić naprawdę ogromne wrażenie, zdecydowanie najbardziej magiczny moment koncertu i nie ukrywam, że dzięki temu kawałkowi wyszedłem z Nevermore zadowolony, nawet bardzo choć szczerze mówiąc... miałem być na kolanach.

Wracając z Nevermore natknąłem się na... Timo Kotipelto. Tak jak wcześniej wspomniałem porozmawialiśmy chwilkę i... udaliśmy się razem na koncert Finów z Thunderstrone. Znaleźliśmy sobie ustronne miejsce obok sceny na malowniczej górce (z której wszystko było ładnie widać). Pojawienie się Timo wzbudziło spore zamieszanie po drugiej stronie siatki :) Sącząc piwko obserwowaliśmy młodych Finów, którzy na scenie poczynali sobie naprawdę świetnie. Zaprezentowali numery z dwóch wydanych płyt, nie usłyszeliśmy jakiś niespodzianek, coverów itp. Szczerze mówiąc numery z "Thunderstone" oraz "The Burning" na żywo mają jeszcze większego kopa niż na płycie. Takie kawałki jak "Until We Touch The Burning Sun", "Spire" czy "Forth Into The Black" mnie zmusiły do nucenia a zebranych pod sceną do szaleńczej zabawy. Panowie odpowiedzialni za armatki wodne znowu mieli pełne ręce roboty. Nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Planowałem raczej pod koniec udać się jeszcze na Black Metal Stage by zobaczyć Hypocrisy. Skończyło się na tym, że kilka numerów Peter'a Tägtgren'a i spółki obejrzałem potem na video. Głównie chodziło mi o "Eraser" ale szczęśliwym trafem ten numer miałem okazję zobaczyć w formie cyfrowej :) Wracając jeszcze do Thunderstone, po zejściu ze sceny pstryknęliśmy sobie z chłopakami pamiątkowe fotki, pożartowaliśmy, że mogli jeszcze zagrać jeden numer, pochwaliliśmy za dobry show i muzycy zniknęli nam z oczu. Timo nie dotrwał do końca, nawet nie wiem kiedy ulotnił się z malowniczej górki bo koncert Thunderstone naprawdę mi się podobał i nie zawracałem sobie głowy niczym innym.

Po zakończeniu koncertu Thunderstone w głowie miałem tylko jedną rzecz - Helloween. Za kilkanaście minut zobaczę zespół legendę. Kapelę która miała ogromny wpływ na to co dzieje się na ówczesnej scenie heavy i power metalowej. Koncert na tegorocznym Wacken Open Air był ostatnim z letniej trasy promującej najnowszy album zespołu "Rabbit Don't Come Easy". Pierwsze o czym chciałbym napisać to długość koncertu, nie wiem kto wymyślił, że jeden z największych zespołów na WOA 2004 dostał tylko 60 minut ale powinien za to dostać porządne lanie! Tak czy inaczej muszę się przyznać, że po Helloween spodziewałem się dużo więcej. Niby od strony organizacyjnej wszystko było dopięte na ostatni guzik, było świetne brzmienie, pirotechnika ale zespół jakby wydał mi się zmęczony. Nie było tej energii, kopa w pysk a przede wszystkim wesołego, żywego podejścia do swojej muzyki. Pewnie dramatyzuje ale tak to odebrałem. Swoje zrobił tutaj "Keeper Of The Seven Keys" zagrany już na początku koncertu. Co jak co ale 16 minutowy numer to za dużo. Rozumiem gdyby Helloween grali 2 godziny to tak, ale dostali jedyne 60 min a "Keeper..." zajął prawie 1/3 setu. Tak czy inaczej dostaliśmy porcję naprawdę świetnych numerów (specjalnie dla Was set w kolejności):

01. Starlight
02. Keeper Of The Seven Keys
03. Hey Lord
04. If I Could Fly
05. Power
06. Dr. Stein
(bis)
07. Sun For The World
08. How Many Tears
09. Future World

Podczas "Power" Andi pobawił się razem z publiką w oklepane "oooo oooo oooo". Najważniejsza niespodzianka czekała nas jednak na samym końcu, na scenę wyszedł bowiem... Kai Hansen i odegrał z resztą zespołu ostatnie dwa numery. W dużej mierze uratował koncert dyń, nadał temu jakiegoś wyrazu, energii, kopa, żywiołu. Po prostu tego co powinno być już wcześniej. Może nie było tragicznie ale daleki jestem od wielkiego optymizmu. Sądząc po tym co zespół pokazuje na innych koncertach występ na WOA to wypadek przy pracy, szkoda, że ja akurat widziałem ich po raz pierwszy.

15 minut później czekałem już na Children Of Bodom. Nie ukrywam, jeden z moich ulubionych zespołów. Pamiętam jak zastanawiałem się kiedyś jak Dzieciaki wypadają na żywo. Wszak muzyka kapeli prosta jak budowa cepa nie jest, mnogość ekwilibrystycznych solówek gitarowo-klawiszowych może być trudna do zagrania. Alexi Laiho wraz z partnerami pokazał jednak, że Finowie wiedzą jednak jak obsługiwać swoje zabawki. Może koncert nie miał takiej siły i metalowego uderzenia jakie znamy z dajmy na to "Follow The Reaper" słuchanego na dobrym sprzęcie możliwie najgłośniej ale nudy w żadnym wypadku nie było. Co prawda przez pierwsze kilka numerów nagłośnienie pozostawiało wiele do życzenia, jednak potem sound był już mocny, czytelny i co najważniejsze mięsisty. Children Of Bodom mieli za sobą jeszcze jeden atut, błahy powiecie ale nie wszyscy mogli się na WOA tym pochwalić, chodzi o tak prozaiczny fakt jak... wieczór. Muzyka Finów nabrała dzięki temu rozmachu, odpowiednie światła i pirotechniczne wybuchy robiły ogromne wrażenie. A sama muzyka? Jak już wspomniałem mimo kłopotów z brzmieniem zespół dawał sobie radę. Alexi z aptekarską dokładnością odgrywał swoje sola, Janne Warman charakterystycznie grający na swoich klawiszach pokazał kto w dzisiejszych czasach jest jednym z najlepszych speców od parapetu. Usłyszeliśmy przekrój przez wszystkie płyty, ale tego się można było spodziewać. Było "Hate Me" (na początek), potem "Hatebreeder", "Silent Night, Bodom Night", "Bodom After Midningt", "Sixpounder", "Angels Don't Kill", "Needled 24/7", "Deadnight Warrior", "Every Time I Die", "Hate Crew Deathroll" i jeszcze coś, wybaczcie nie pamiętam wszystkiego. Co warto wspomnieć (albo i nie) Laiho bardzo ubarwia swoje wypowiedzi, ilość "fucków" na minutę naprawdę przekracza dalece normę. Każdy kawałek kończy się wiązanką złożoną z "shit", "fuck", "great" itp. Frontman bardzo oryginalnie bawił się z publiką namawiając ją do krzyczenia: "Janne is an... asshole!!!". Przyznacie, mają chłopy poczucie humoru. Szkoda, że początkowe problemy techniczne trochę ostudziły mój zapał, dalej było już jednak bardzo ciekawie.

Szybkie przejście obok gdzie za kilkanaście minut na scenę wybiegnie Saxon. Tutaj pozwoliłem sobie na chwilę zadumy. Jako mały gnojek i fan starego heavy metalu postawiłem sobie zadanie: zobaczyć na żywo, wielką czwórkę NWOBHM czyli Iron Maiden, Judas Priest, Def Leppard i Saxon właśnie. Maiden już widziałem, Lepps również, za kilkanaście minut z mojej listy ubędzie kolejna wielka nazwa. No ale nie wyprzedzam faktów.

Saxon kończył dla mnie 15 edycję WOA (co prawda później miało grać jeszcze J.B.O. ale nie chciałem sobie psuć ogromu wrażeń jakie zostały w głowie po Brytyjczykach). Saxon był największą gwiazdą tej edycji (choć nie wszyscy się z tym zgodzą). Od Saxon oczekiwałem najwięcej. Wreszcie Saxon chciałem zobaczyć najbardziej. Kilka minut przed 22 miałem już ciary na plecach. Wszędzie mrok, kolorowe jupitery oświetlają tysiące ludzi (podobno około 43 tyś), zastępy maniaków fanatycznie skandują "SAXON!!! SAXON!!! SAXON!!!". Atmosferę metalowego święta czuć już w powietrzu. Zmęczony i wyczerpany zapominam o reszcie, wypatruje bohaterów, którzy przez najbliższe 2 godziny przeniosą nas wszystkich w inny wymiar. Zaczyna się "Prelude To War", wreszcie muzycy Saxon wychodzą, bez zbędnych ceregieli zaczynają od "Motorcycle Man", potem "Dogs Of War". Biff nie każe długo czekać na kolejne wałki "Heavy Metal Thunder" i publika już jest u stóp wokalisty. Stary facet ale widać, że kocha to co robi, biega, szaleje, zachęca do wspólnej zabawy. Co najważniejsze śpiewa... śpiewa i to jak. Zawsze uważałem go za wybitnego wokalistę ale na żywo to ma jeszcze większego kopa niż na płycie. Wszystko jest tutaj perfekcyjne, scenografia, fajerwerki, co i raz zmieniające się płótna. Brzmienie powala. Światła raz w zimnych barwach, raz w ciepłych. Mówię Wam, potęga!

Jakby tego było mało, Biff zapowiada że przywieźli ze sobą niespodziankę, wszystkim ukazuje się, metalowy orzeł zamontowany nad perkusistą. Publika dosłownie oszalała. 120 minut jakie Saxon spędził na scenie mało mnie nie zabiło. Od chóralnego śpiewu przy "Solid Ball Of Rock", "Princess Of The Night", "Wheels Of Steel", "20,000 Ft" czy "747 (Strangers In The Night)" po szaleńczy headbanging podczas "Rock Is Our Life" czy genialnego "We Are Travellers In Time" z "Meatalhead". Ten kawałek na żywo po prostu rozwalił mnie na najdrobniejsze kawałeczki. Człowiek ma ochotę w takim momencie machać głową, rękami, biec, krzyczeć. Zastrzyk energii, który pamięta się długo długo. Ech ten riff, te piękne pogłosy, te genialne solo (niech ktoś mi jeszcze powie, że "Meatalhead" słuchać się nie da, załączcie sobie ten numer, a najlepiej posłuchajcie go na żywo). Heavy metalowy CZAD. Nie mogło zabraknąć także nowego kawałka z krążka "Lionheart" ale nie podam Wam tytułu bo najzwyczajniej w świecie nie słyszałem jeszcze tego albumu. Saxon na żywo po prostu młodnieje, Ci faceci chyba wraz z przekroczeniem progu sceny pozostawiają swoje lata za burtą. Dzięki temu mamy szybki, przepełnioną młodzieńczą werwą show. Wiem wiem, podniecam się tutaj jak dziecko ale naprawdę nie mogę inaczej. Ten koncert mnie po prostu rozwalił. Z obowiązku dodam jeszcze, że podczas "Denim & Leather" na scenie pojawili się goście: Schmier z Destruction oraz Chris Caffery. Ach i bym zapomniał, będzie DVD z tego koncertu, ja już się ślinię. A Wy zobaczycie jak Saxon rozjechał nas wszystkich na Wacken Open Air 2004. Wszystko co dobre kiedyś się kończy, fajerwerki, wybuchy i Saxon znika ze sceny. To był świetny show, show na miarę mistrzów. Show, który długo będę pamiętał...

Jak wspomniałem po Saxon zaprezentował się jeszcze J.B.O. ale tą kapelę (której szczerze mówiąc nigdy nie słyszałem) sobie odpuściłem. Podobnie Satyricon, wymalowane gęby, straszne miny i jazgot ze sceny to nie dla mnie. Z łezką w oku rozejrzałem się po scenach, tysiącach ludzi, straganach. Z jednej strony zmęczony, wyczerpany ale z drugiej szczęśliwy, bogatszy o kolejne przeżycia, których nikt mi już nie odbierze.

Wacken Open Air to metalowe święto na którym po prostu trzeba być. Wjeżdżając do tego miasteczka od razu czuje się na całym ciele tą wielką atmosferę, opuszczając Wacken myśli się tylko o jednym - wrócić tu za rok. Ja zrobię wszystko by tak było, zrobię wszystko bym znowu mógł przeżyć to czego w Polsce nie dane mi będzie nigdy zobaczyć. Zrobię wszystko by w 2005 roku wrócić i znowu napisać coś dla Was. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim Wam tego samego. Wszak Wacken to letnia stolica metalu. Nieprawdaż?

Na koniec nie będę nudził i tak już sporo tutaj napisałem, chciałbym tylko pozdrowić wspaniałą ekipą z którą wybrałem się na koncert. Mam nadzieję, że za rok pojedziemy w jeszcze liczniejszym składzie, wtedy wypady do supermarketów, na basen czy wieczory po koncertach będą jeszcze ciekawsze. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko: wielkie dzięki "dziw** bez szkoły".



Autor: Krzysiek

Data dodania: 06.11.2004 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!