 Pre-Generacja Tides From Nebula, Spoiwo CK105, Koszalin - 04.11.2016 r.
Po poprzedniej edycji Generacji odetchnąłem z ulgą: brak większych zmian odnośnie sposobu działania festiwalu odbierałem bowiem jako próbę kontynuacji pracy zapoczątkowanej przez Mateusza Prusa. Pracy, która przemieniła podupadający festiwal w jedno z najciekawszych wydarzeń na Pomorzu Środkowym. Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że w tym roku osoby odpowiedzialne za imprezę postanowiły jednak pobawić się jego formą i wprowadziły szereg zmian: zrezygnowano z, występującej za darmo, pierwszej gwiazdy na rzecz tzw. Pre-Generacji (a więc płatnego koncertu, niejako promującego główny event), przegląd zespołów oraz koncert główny przeniesiono na ten sam dzień. Na nagrody dla młodych kapel przeznaczono większe nakłady finansowe, ale za to kosztem wejściówek na występy weteranów polskiej sceny - te są teraz dużo droższe. Nie do wszystkich zmian jestem nastawiony optymistycznie: obawiam się np. tego, że brak darmowej gwiazdy sprawi, że na przegląd "młodych wilków" znów przychodzić będzie ledwo garstka fanów, a wzrost cen biletów sprawi, że towarzystwo zrobi się "snobistyczne". Zatrważają mnie też posty na stronie organizatora zachęcające do zgłaszania się kapel reprezentujących pop czy hip-hop. Co jak co, ale do festiwalu rockowego z tak długą historią nie będą one pasować - nie róbcie Panowie (i Panie) imprezy "od wszystkiego". Te bardziej komercyjne dźwięki można przecież zaprezentować podczas koncertu "Na Fali".
Samym festiwalem zajmiemy się jednak za tydzień - na razie skupmy się na koncercie go promującym. Początkowo cała zabawa odbyć się miała w coraz śmielej poczynającym sobie na muzycznym poletku klubie Jazzburgercafe, ale na dwa dni przed wizytą artystów, koncert na ich osobistą prośbę przeniesiono (miejscówka okazała się po prostu zbyt mała). Gdzie Centrum Kultury 105 mogło przerzucić organizowaną przez siebie imprezę? Wybór padł na... należący do niej klub CK105. Dlaczego od razu nie pomyślano o tym, co by nie powiedzieć, świetnym miejscu? Cholera wie. Troszkę zamieszania z całą tą sytuacją było, pojawiło się kilka głosów niezadowolenia, zwłaszcza że konkretną godzinę rozpoczęcia poznaliśmy na trzy godziny przed startem - jest więc co poprawiać. Bilety (bardzo ładne swoją drogą) kosztowały 25 złotych w przedsprzedaży i 3 dyszki w dniu koncertu - niedużo. Zwłaszcza, że przed Tides From Nebula mieliśmy zobaczyć młodziutkie Spoiwo z Gdańska, które pomimo niewielkiego stażu już nazywane jest nadzieją polskiego post-rocka.
 Po niewielkim opóźnieniu, gdzieś w okolicach 20:20 na scenę wkroczyła piątka młodziutkich muzyków by zaprezentować nam niezwykle klimatyczne połączenie rocka z ambientem, nastawione przede wszystkim na budowanie klimatu i wywoływaniu, za pomocą skąpanej w deszczu syntezatorów gitary, różnego rodzaju emocji. Była to muzyka nie tyle do posłuchania, co do przeżywania; a chłonęło się ją całym ciałem: każdy, w całości instrumentalny numer był przemyślany i nie nudził nawet przez moment. Członkowie grupy dawali z siebie wszystko, a ekspresyjna gra Piotra Gierzyńskiego na gitarze zrobiła na licznie zgromadzonej publiczności duże wrażenie. Niestety nie obyło się bez problemów technicznych: w pewnym momencie sprzęt Krzysztofa Zaczyńskiego (syntezator) zbuntował się i pomimo prób reanimacji musiano ogłosić jego zgon (przerwę sprawnie wykorzystał "wioślarz", który raczył nas zabawnymi anegdotkami z trasy). Przez tą sytuację (a może dzięki niej?) w Koszalinie usłyszeliśmy chyba najbardziej gitarową wersję Spoiwa w całej ich historii. Oczywiście pechowy muzyk na bezrobocie nie poszedł: zarówno on, jak i Paweł Bereszczyński (bas) oraz Simona Jambor (drugi zestaw klawiszy) chętnie zmieniali się rolami.
Cały koncert trwał, prawdopodobnie, około godziny - szczerze muszę powiedzieć, że tak się wciągnąłem w ich muzykę, że przestałem zwracać uwagę na upływający czas. Był to naprawdę świetny, przemyślany, kameralny pod względem klimatu (oświetlenie zredukowane niemal do zera) występ. Publiczność wiedziała na co przyszła i w mocniejszych partiach żywo reagowała na to, co działo się na scenie; spokojniejsze fragmenty natomiast odgrywane były w tak idealnej ciszy, że dało się nawet usłyszeć odgłos palców szarpiących struny! Gdyby nie wspomniane wcześniej problemy techniczne, to w zasadzie nie mógłbym się do niczego przyczepić. Z całą pewnością Spoiwo jest grupą, na którą trzeba zwrócić uwagę i której trzeba życzyć samych sukcesów.
 Głównym daniem tego wieczoru był warszawski Tides From Nebula, działający na polskim rynku od 2008 roku. Do tej pory kwartet wydał cztery, bardzo zróżnicowane, w pełni instrumentalne albumy, zamykane co prawda w szufladce post-rockowej, ale inspiracje czerpiące z różnych gatunków: od metalu po muzykę filmową, ze wszystkim co pośrodku. Grupa z powodzeniem koncertuje po Europie a obecna polska trasa to pierwsze tego typu przedsięwzięcie od dwóch lat - takiej okazji nie można było przegapić, tym bardziej, że w Koszalinie obył się występ inauguracyjny. Niestety zespół nie mógł pojawić się w pełnym składzie: gitarzysta Adam Waleszyński z uwagi na problemy zdrowotne musiał odpuścić koncertowanie, ale koledzy zapowiedzieli że w przyszłym roku za wiosłem powinien się już pojawić. Nic tylko życzyć powrotu do pełni sił!
Tides From Nebula dba o to, by ich iście kosmiczna pod względem klimatu muzyka posiadała odpowiednią oprawę, więc do Koszalina ekipa przywiozła własne oświetlenie, obsługiwane przez specjalnego technika. Scena wyglądała dzięki niemu doprawdy imponująco: w spokojniejszych fragmentach różnokolorowe światła leniwie przesuwały się po scenie, natomiast w mocniejszych fragmentach jarzyły się na krwisto czerwono, wspomagane dodatkowo przez potężne stroboskopy - była to prawdziwa uczta dla oczu. Warstwa audio była oczywiście jeszcze lepsza. Pomimo uszczuplenia składu, Tides From Nebula brzmiało fenomenalnie: przestrzennie i selektywnie w bardziej lirycznych partiach, natomiast we fragmentach ostrzejszych trio stawiało prawdziwą ścianę dźwięku. Muzycy spisali się na medal, ale największe brawa należą się chyba Maciejowi Karbowskiemu, który nie tylko imponował stopniem opanowania rozmaitych gitarowych technik, ale też i pewnie radził sobie przy syntezatorze: już na samym początku, gdy okazało się, że, z uwagi na niedziałający mikrofon, nie może się przywitać z publicznością, przedłużał końcówkę "The Lifter" aż do momentu usunięcia usterki - klasa!
Mimo iż grupa promuje obecnie wydany w maju album "Safehaven", to setlista była bardzo przekrojowa: usłyszeliśmy kawałki ze wszystkich dotychczasowych krążków, łącznie z napisaną wespół ze Zbigniewem Preisnerem "Siberią", nastrojowym "Purr", czy niemal metalowym w wersji live "Tragedy Of Joseph Merrick" z "Aury". I choć zabrakło mojego ulubionego "Let It Out, Let It Flow, Let It Fly" z "Eternal Movement", to narzekać po prostu nie mogłem: klimat był po prostu nieziemski, kompozycje rewelacyjne, aranżacje bezbłędne. Niestety, mniej więcej, w połowie koncertu zaczęły pojawiać się pewne problemy z dźwiękiem: na początku tylko delikatnie wytrącały z marzycielskiego nastroju, później nasiliły się na tyle, że grupa musiała przerwać jeden z numerów i poprosić publiczność o krótką przerwę, przeznaczoną na usunięcie usterki. Fani byli bardzo wyrozumiali (wykorzystali te kilka minut na wizytę w palarni/barze), a i samym muzykom owa sytuacja w zabawie nie przeszkodziła: humory ciągle im dopisywały a entuzjazmem zarażali każdego w zasięgu wzroku. Widać było u nich prawdziwą radość z grania.
Po, trwającym jakieś 100 minut występie, można było spotkać się z zespołem aby poprosić o autografy/pamiątkowe zdjęcie lub po prostu podziękować za genialne show (tudzież napić się z nimi piwa) - nikt nie mógł wyjść z tego spotkania niezadowolonym, gdyż chłopaki byli bardzo otwarci. Ja wydałem nieco grosza na stoisku z merchem (proponuję wprowadzić do sprzedaży plakaty promujące trasę, gdyż są przepiękne - chciałbym coś takiego powiesić na ścianę), chwilkę później wypytałem muzyków o interesujące mnie kwestie (w skrócie: nie, nie będzie na razie żadnego DVD, Adam czuje się już OK, fajnie im się koncertuje po Europie ale też i nie jest tak, że za granicą są bardziej znani niż w Polsce, a Koszalin naprawdę dał radę) i udałem się do domu aby w spokoju ogarnąć to, co tego wieczoru przeżyłem. Fantastyczny koncert, przepiękna muzyka, kapitalni (tak prywatnie jak i "służbowo") muzycy. Jeśli Tides From Nebula zawita do Waszego miasta lub w jego okolice - koniecznie idźcie. Już teraz to czołówka europejskiego grania, a przecież zespół wcale nie zamierza zwolnić tempa. W końcu czeka na nich nie tylko cały świat, ale i bezmiar kosmosu.
Setlista:
01. The Lifter 02. Knees To The Earth 03. It Takes More Than One Kind Of Telescope To See The Light 04. Sleepmonster 05. Purr 06. The Fall Of Leviathan 07. Only With Presence 08. Hollow Lights 09. Now Run 10. Home 11. We Are The Mirror 12. Siberia --- 13. Tragedy Of Joseph Merrick
|