King Dude - Kraków



King Dude, Foie Gras, Them Pulp Criminals
Kraków, Rotunda - 08.08.2016 r.


W sierpniowy poniedziałkowy wieczór krakowskim klubem Rotunda zawładnęły mroczne, klimatyczne brzmienia w postaci show charyzmatycznego TJ Cowgilla, który zagrał ze swoim zespołem King Dude & His Demon Brothers. Przed nim wystąpiła jego ukochana, ukrywająca się pod pseudonimem Foie Gras (co dosłownie oznacza pasztet strasburski produkowany z kaczych i gęsich wątróbek) oraz krakowski skład Them Pulp Criminals. Przyznam szczerze, że nie mogłam doczekać się, aż wreszcie po raz pierwszy usłyszę na żywo Kinga, którego muzyka od pierwszego odsłuchu zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Król Koleś odwiedził Polskę po raz trzeci - pierwszy raz zagrał na Asymmetry Festival w 2015 roku, następnie trzy klubowe koncerty w marcu tego roku, gdzie podobno spotkał się ze znakomitym przyjęciem, w związku z czym po zaledwie pięciu miesiącach powrócił do naszego kraju. Tym razem towarzyszyła mu trójka muzyków: August Johnson (perkusja), Tosten Larson (gitara, klawisze i... granie na czaszce) oraz Lee Newman (bas).

Wyjściowo King miał grać w krakowskiej Alchemii, jednak wydarzenie zostało przeniesione do Rotundy. Nie ma co się dziwić takiemu posunięciu, biorąc pod uwagę naprawdę sporą frekwencję, a większy klub spokojnie pomieścił całą publikę. Artysta zdobywa w naszym kraju coraz większą popularność, czemu zresztą sam się dziwi i nie może zrozumieć, dlaczego polscy fani tak polubili jego muzykę (tak stwierdził w wywiadzie, który udało się przeprowadzić przed koncertem).

Gig otwierał krakowski zespół Them Pulp Criminals, który właśnie wydał swoją debiutancką płytę. Również koncert był pierwszym w ich karierze, także nieźle im się poszczęściło - zamiast startować od małych klubowych występów, zaczęli od razu z grubej rury, supportując Kinga. Wcześniej nie miałam niestety czasu zapoznać się z nowym materiałem, mimo, że udostępnili streaming albumu parę dni wcześniej, więc po raz pierwszy zetknęłam się z ich muzyką już pod sceną. Grają bardzo klimatycznie, trochę w "kingowym" stylu. Przedstawili materiał ze swojego debiutu "Lucifer Is Love", w tym cover Siouxsie And The Banshees "Love In A Void". W ogóle nie odczuwało się, że był to ich pierwszy koncert, wyglądali jakby zagrali już ich co najmniej kilkanaście. W przypadku lidera Tymka to nie dziwi, bo udzielał się już w innych projektach (choć odmiennych gatunkowo), nie wiem, jak reszta kapeli. Bardzo dobra muzyka i maniera sceniczna, przyjemnie się słuchało i oglądało, do tego stopnia, że nawet damska bielizna lądowała na scenie.

Po krakowskich chłopakach wystąpiła Foie Gras, która reprezentuje muzykę z pogranicza drone, doomu i folku. Artystka zagrała dość specyficzne show, szczególnie dziwny był moment, gdy z playbacku poleciał męski wokal, do którego robiła akompaniament na gitarze i ruszając ustami udawała, że śpiewa. Nie mam pojęcia, co to miało na celu... Utwory miała krótkie, cały występ trwał coś koło pół godziny i przynajmniej ja nie czułam żadnego niedosytu po jej koncercie. Kawałki nie robiły na mnie jakiegoś większego wrażenia. Może i głos ma ładny, pewnie części publiki przypadła do gustu, ale trochę nie pasowała do klimatu całej imprezy. Jak dla mnie przerost formy nad treścią, dobrze, że się to nie wydłużyło i już niebawem sceną miał zawładnąć Król.

King Dude wciąż promuje na trasie album "Songs Of Flash And Blood - In The Key Of Light", w związku z czym setlista zawierała głównie kawałki właśnie z tej płyty. Dla mnie nie mogłoby być lepiej - zdecydowanie jest to moje ulubione wydawnictwo z całego jego dorobku. Bezbłędne utwory o niesamowitym klimacie, pełne emocji i uczuć, z których aż bije szczerość przekazu. Przed koncertami zespół na pewno nie miewa problemów podobnych do większości przedstawicielek płci pięknej, czyli "nie mam w co się ubrać". Cały skład zgodnie zaprezentował się w eleganckich czarnych koszulach i spodniach. Scena utrzymana w minimalistycznym klimacie, oprócz instrumentów jedynie czarne tło z białym logiem artysty i czaszka, która potem miała pełnić rolę instrumentu. Dobór i kolejność utworów sprawiały wrażenie odpowiednio przemyślanych - melancholijne, wolne kawałki, przeplatane żywszymi, dzięki czemu o żadnej monotonii nie mogło być mowy. Na pewno każdy stały bywalec koncertów kojarzy trochę kapel, którym na dobre by wyszło porzucenie wszelkiego kontaktu z publiką - w przypadku Kinga sprawa ma się zupełnie odwrotnie. Słuchając jego muzyki można wyobrażać sobie zamkniętego w sobie introwertyka, a na scenie okazał się kimś zupełnie innym - łapał świetny kontakt z uczestnikami, żartował, utwory przeplatał krótkimi opowieściami. Scena zdawała się być jego drugim domem, a fani dobrymi kumplami do piwka. W pewnym momencie pękła mu struna w gitarze, Torsten zajął się jej wymianą, a on uraczył nas wspomnieniami ze swojej młodości, gdy pracował jako barman w klubie typu Rotundy i nie cierpiał ludzi, którzy nie dawali mu napiwków.

Mniej-więcej w połowie koncertu stwierdził, że już jest pijany (nie ma co się dziwić, skoro co chwilę popijał piwo), ale nie przeszkadzało mu to w bezbłędnym odgrywaniu repertuaru. A ten wychodził na żywo o niebo lepiej, niż na płytach - tak, to naprawdę jest możliwe. W szlagierach jak "Death Won't Take Me", czy "Deal With The Devil" jego głos wydawał się być jeszcze niższy i przejmujący, niż na płytach. Niesamowicie klimatycznie wypadło "Fear Is All You Know", jak dla mnie jeden z najlepszych momentów wydarzenia. W październiku King wyda kolejną płytę zatytułowaną "Sex" i z niej również zagrał kilka numerów, więc była okazja, by usłyszeć nowe utwory przedpremierowo. Jak to u Króla Kolesia bywa, świeży materiał znów jest zupełnie odmienny od poprzedniego i zamiast klimatycznych, melancholijnych kawałków, zawiera bardziej skoczne, rock'n'rollowe. W wywiadzie King mówił, że obawia się, iż ludzie znienawidzą go za tę płytę, skoro "Songs Of Flash And Blood" tak pokochali, ale myślę, że będzie wręcz przeciwnie - cała publika była zachwycona. Po głównej części koncertu muzycy zeszli ze sceny, a po chwili wrócił na nią King, już samotnie. Nadszedł czas na bisy, a tu działa się prawdziwa magia. Po wcześniejszych numerach sądziłam, że lepiej już być nie może, ale jak bardzo się myliłam... Król w wersji solowej to czysta esencja znakomitości. Na deser poleciały aż trzy utwory - "Lucifer's The Light Of The World", "Barbara Anne" i "River Of Gold". "Lucyfera" wykrzykiwała z Kolesiem większa część ludzi pod sceną, dzięki czemu kawałek wypadł naprawdę rewelacyjnie. Niesamowity moment wieczoru, do tego stopnia, że przez cały kolejny dzień chodził mi po głowie i nawet 6-godzinne słuchanie death metalu w drodze na Brutal Assault nie zdołało mi wybić go z głowy. I to by było na tyle, King żegna się z publiką, schodzi ze sceny, ale w trakcie koncertu zapowiadał, że na pewno wróci, także nie ma tego złego... Zresztą dwa dni później zagrał na Brutalu, więc ja miałam szybką powtórkę, ale o tym już w kolejnej relacji.

Na duży plus nagłośnienie w klubie, które było dla mnie sporym zaskoczeniem. Większość wydarzeń w Rotundzie, na których byłam, było fatalnie nagłośnionych, co mocno utrudniało odbiór. Tutaj wszystko było ok, poszczególne instrumenty brzmiały selektywnie, nawet stukanie w czaszkę w "Desolate Hour" było dobrze słyszalne. Fakt, że jest to spokojniejsza muzyka, niż metalowe koncerty, których tam słuchałam, więc może oprawa jest prostsza, ale i to można było zepsuć, także brawa dla akustyka.

Poniedziałkowy koncert Kinga był dla mnie pierwszym, ale dzięki niemu wiem, że w przyszłości na pewno nie odpuszczę żadnej okazji do ponownego posłuchania jego głębokiego głosu. I na pewno nie tylko ja, bo podejrzewam, że nie było w Rotundzie nikogo, kto wychodziłby z klubu niezadowolony. Bywają artyści, których muzyka na żywo brzmi jak na płytach, czy czasem nawet gorzej, show Kinga zapewnia zupełnie inny odbiór jego twórczości, utwory odegrane są bardzo emocjonalnie, nie ma tam nic "na odwal się". Widać, że wkłada w nie całe serce, niczego nie udaje, a występowanie sprawia mu sporą frajdę. Bardziej wrażliwej części fanów aż się mogą łezki zakręcić w oczach przy niektórych kawałkach, tak pięknie brzmią one na żywo. Na scenie Król jest bardzo charyzmatyczny, kontakt z publiką wychodzi mu jak mało komu, podchwytuje nawet zdania wypowiadane przez ludzi pod sceną i wchodzi z nimi w dialog. Atmosfera wydarzenia przy takiej muzyce musiała być rewelacyjna, więc o tym nawet nie ma co wspominać... Jak dla mnie całość 10/10, z niecierpliwością czekam na kolejne koncerty.


Autor: Anna Jaglarz

Data dodania: 16.08.2016 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!