Twisted Sister - Wacken



Twisted Sister
Wacken Open Air 2016 - 06.08.2016 r.


Żyjemy w czasach, w których trzeba się spieszyć. Spieszyć między innymi po to, aby zobaczyć niektóre zespoły-legendy przed tym, jak zakończą działalność z tego czy innego powodu. Nie zobaczymy już Motorhead, nie będzie nam dane cieszyć się oryginalnym (o tyle o ile...) składem AC/DC, pożegnalną trasę odbył właśnie Black Sabbath... Do tego grona dobija inna legenda lat osiemdziesiątych, amerykański Twisted Sister. Ale, ale... to nie wiek muzyków był jedynym kryterium, które zdecydowało o mojej obecności pod sceną w trakcie wackeńskiego koncertu grupy. Zawsze byłem fanem tego zespołu. Lubiłem ich luz, autoironię, zabawę i... Dee "Fuckin" Snidera, który już na poprzednim Wacken zasłynął niezapomnianą konferansjerką, przy okazji gościnnego występu. Gdy w 2015 r. ogłoszono Twisted Sister jako jednego z headlinerów niemieckiego festiwalu, wiedziałem, że będę na tym koncercie. Ba! Wiedziałem, że będę się na nim dobrze bawił.

Rozpoczęli mocno od "Stay Hungry". Scena praktycznie bez żadnej scenografii, jedynie na tylnym ekranie wyświetlono logo zespołu złożone z flag różnych krajów (polskich barw niestety zabrakło) oraz hasło będące jednocześnie nazwą trasy: "Forty And F*ck It". Tak - trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Wspomniał zresztą o tym sam Dee Snider mówiąc, że mamy okazję oglądać ostatni koncert zespołu na niemieckiej ziemi. Zarzekał się, że ich zakończenie kariery to prawdziwy koniec a nie koniec w stylu Scorpionsów, Judas Priest czy Ozzy'ego . "Żadnych bredni w stylu "No More Tours"! Kupiłem koszulkę z tej trasy w 1992 r! i co?!" - grzmiał ze sceny wokalista. Między jego żartami muzyka waliła między oczy aż miło. Publiki nie trzeba było specjalnie zachęcać do śpiewania kolejnych hitów takich jak "The Kids Are Back" czy "You Can't Stop Rock'n'Roll" (zwane w naszym hermetycznym, wyjazdowym towarzystwie "Piosenką Syzyfa"). Pomiędzy hitami do wspólnego śpiewania pojawiały się istne riffowe petardy. Tak naprawdę dopiero na żywo można było się przekonać, że Twisted Sister to nie tylko rockowy kabaret i śpiewanie o rock'n'rollu. Dowodem na to mogą być ciężko zagrane: "Under The Blade" czy "Burn In Hell".

Ładnym momentem było wykonanie "The Fire Still Burns" - zadedykowane zmarłemu w zeszłym roku perkusiście grupy A.J. Pero. Zostaliśmy przy tej okazji uraczeni opowieścią o tym, jak zespół zastanawiał się co zrobić w sytuacji, gdy któryś z jego członków nie będzie mógł kontynuować gry. Podobno niedługo przed śmiercią perkusista powiedział, że gdyby kiedyś nie mógłby zagrać z zespołem, to za bębnami zobaczyłby na swoim miejscu... Mike'a Portnoya. A.J. zmarł rock'n'rollowo - w trasie, w tourbusie zespołu. A koledzy? Cóż spełnili jego życzenie i tego wieczora na Wacken za bębnami rzeczywiście siedział sam Mistrz Portnoy! Podobno było to jego pierwsze Wacken w życiu! (Twistedzi zagrali tu drugi raz - pierwszy koncert z 2003 roku ukazał się na DVD) Tak czy inaczej - ogień rzeczywiście zapłonął. Zarówno metaforczynie - z riffów jak i dosłownie - na scenie co i rusz buchały płomienie.

Oczywiście koncert Twisted Sister nie mógł odbyć się bez hymnu, najbardziej znanego utworu tego zespołu. "We're Not Gonna Take It" sprawiło, że 90 tysięcy gardeł nie oszczędzało się ani chwili i wspólnie skandowało refren. Po zakończeniu gry instrumentów Snider zaprosił publikę do zabawy i śpiewania acapella. Był chyba zdziwiony ("Fuck Yeah!"), gdy publika już po zakończeniu zabawy sama zaczęła śpiewać raz jeszcze nieśmiertelny refren. Cóż było robić? Zespół zagrał te parę nut raz jeszcze ku uciesze własnej i wszystkich zgromadzonych. W międzyczasie wokalista popisał się swoim talentem kabaretowym. Zapowiadając kolejny numer, spojrzał w prawą stronę pola festiwalowego i ze zdziwieniem zapytał "Zaraz, zaraz - czy to na horyzoncie to renifer?". Istotnie jedna z firm postawiła dużego, około 10 metrowego, drewnianego renifera/jelenia na terenie festiwalu, który pełnił funkcję knajpy i tarasu z widokiem na sceny (ze względów politycznych nie napiszę przez jak bardzo niepolityczne miejsce prowadziło wejście do owego renifera...). Wracając do Snidera - był wyraźnie zaintrygowany figurą zwierzęcia ale już za chwilę dodał: "Aaaa bo to jest z pewnością metalowy renifer, prawda? Gdyby to był zwykły renifer to byłoby to co najmniej dziwne ale jeśli jest to metalowy renifer to wszystko jest ok". Cóż za piękny prztyczek w nos organizatorów, którzy zdają się dodawać słówko "metal" do każdej inicjatywy czy pierdoły, jaka pojawia się na festiwalu czy pochodnych mu imprezach (mamy przecież "Full Metal Mountain", "Full Metal Cruise", "Metal Train", "Metal Market", "Metal Guard" itd.).

Kolejny klasyk i kolejny piękny moment koncertu nadszedł wraz z wykonaniem, mojego ulubionego, "The Price". Nie mogło tu zabraknąć dedykacji dla A.J. Pero oraz Lemmy'ego. Wokalista poprosił przed utworem aby wszyscy podnieśli w górę zapalniczki, telefony lub pochodnie (tak pochodnie). Na jednym z refrenów wygaszono na jego prośbę światła. Dziesiątki tysięcy światełek robiło ogromne wrażenie. Autentycznie wzruszający moment koncertu. Już za chwilę jednak usłyszeliśmy, że następny dzień to niedziela i z pewnością wybieramy się do kościoła. Oznajmiono nam jednak, że to kościół przyjechał do nas! Każdy mógł wyznać wiarę śpiewając wspólnie refren do "I Believe In Rock'n'Roll". Po nim jeszcze tylko niszczący riffem "Under The Blade" oraz klasyczny "I Wanna Rock" i zespół zszedł ze sceny...

To oczywiście nie było wszystko. Powrócili szybko aby zaserwować trzy bisy: "Come Out And Play", "Tear It Lose" i "S.M.F." zagrane dla wszystkich chorych matkoje...yyy dla całej publiczności, która kilka chwil wcześniej wykrzyczała w stronę sceny "I Am Sick Moterfucker!". Podczas bisów zniknęła z ekranu grafika z nazwą trasy, lecz podczas ostatniego utworu nad perkusistę wzniosło się iskrzące się logo zespołu. To był naprawdę koniec. Panowie podziękowali, zeszli ze sceny i... zostawili ludzi z przysłowiowymi szczękami u ziemi a jednocześnie ogromnymi uśmiechami na twarzach.

Osobną relację można by napisać o konferansjerce Dee Snidera (o tym, czy gra w tym roku Rammstein, o tym że większość ludzi woli "fuck" niż "rock", etc...). Uwielbiam tego gościa za autentyczność, spontaniczność i fakt, że potrafi śmiać się z samego siebie i głupot jakie czasem wygaduje. Widać, że bawi się świetnie i zaraża ludzi dobrym humorem. Ważne jednak, że w tym wszystkim - żartach, wspólnie śpiewanych refrenach - nie zabrakło dobrej, mięsistej, metalowej muzyki. Są zespoły, których patentem na zabawy z publicznością jest śpiewanie "hu-ha!", są zespoły, które silą się na "niby spontaniczne" żarty, które na kilometr śmierdzą rutyną. Twisted Sister jest totalna antytezą wyżej wymienionych. Naprawdę wiedzieli kiedy zejść ze sceny nie stając się własną karykaturą. A mi pozostał z jednej strony mały smuteczek, że prawdopodobnie nie zobaczę więcej tego zespołu, nie zaśpiewam że "nie mogę zatrzymać toczącej się skały". Z drugiej jednak strony: cholera byłem na koncercie Twisted Sister! I wiecie co: I Believe In Rock'n' Roll!

Setlista:

01. Stay Hungry
02. The Kids Are Back
03. Burn In Hell
04. Destroyer
05. Like A Knife In The Back
06. You Can't Stop Rock'n'Roll
07. The Fire Still Burns
08. I Am (I'm Me)
09. We're Not Gonna Take It
10. The Price
11. I Believe In Rock'n'Roll
12. Under The Blade
13. I Wanna Rock
---
14. Come Out And Play
15. Tear It Lose
16. S.M.F.



Autor: Michał Szczypek

Data dodania: 12.08.2016 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!