X Festiwal Legend Rocka



X Festiwal Legend Rocka*
Marillion, Mike + The Mechanics
Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska - 25.07.2016 r.


W tym roku Festiwal Legend Rocka obchodzi swoje dziesięciolecie. Przy takim jubileuszu spodziewałem się mocnego line-upu złożonego z grup, które jeszcze tutaj nie występowały. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, iż sporo legendarnych kapel odbywa swoje pożegnalne trasy, a inne, dawno nie widziane wśród żywych, powróciły do koncertowania (m.in. Rainbow!). Organizatorzy imprezy wymyślili jednak, że do Strzelinka zaproszą przede wszystkim zespoły, które już w Dolinie Charlotty się pojawiły. X FLR niejako podsumowuje więc dotychczasową działalność Mirka Wawrowskiego, ale też pozwala z nadzieją i zaintrygowaniem patrzeć w przyszłość. A może być ciekawie, biorąc pod uwagę fakt, że wśród festiwalowych debiutantów pojawić się miały składy, prezentujące odmiany rocka, których jeszcze w tym amfiteatrze nie grano. Czyżby organizatorzy przypomnieli sobie o tym, że historię pisały również kapele grające nieco mniej ambitnie od, chociażby, Colosseum?

Festiwal podzielony został na trzy części (dwie w lipcu i ostatnią na początku sierpnia), ale inaugurację sobie odpuściłem z uwagi na to, że artystów na niej występujących już mi się na żywo udało zobaczyć. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że 07.07. wystąpiła babcia rock'n'rolla - Suzi Quatro (support: Kasia Kowalska), natomiast 08.07 to trzecia wizyta (druga pod rząd) Carlosa Santany (a przed nim zespół Jana Gałacha). Widziałem wcześniej, bawiłem się bardzo dobrze, no ale jednak pieniędzy trochę szkoda. Nie mogłem sobie natomiast odpuścić koncertów Marillion, Mike And The Mechanics oraz Deep Purple - ci pierwsi w Strzelinku zagrali swego czasu przepięknie, kapela Iana Paice'a to, cóż, obowiązek biorąc pod uwagę odległość od Koszalina, natomiast Mike Rutherford był dla mnie taką ciekawostką. Jak się miało po raz kolejny okazać, ci na których liczymy najmniej, potrafią zaskoczyć i zagrać tak, że aż buty spadają.

Marillion w Strzelinku pojawili się jako gwiazda już na IV Festiwalu Legend Rocka, gdzie dosłownie oczarowali publiczność swoim teatralnym, niemal onirycznym występem. Dlatego też o ile na powrót pozostałych grup nieco kręciłem nosem, to powtórne zobaczenie Hogartha i spółki było propozycją nie do odrzucenia, tym bardziej że niedługo premiera nowego krążka: "FEAR (F*** Everyone And Run)". Ku mojemu zaskoczeniu, przedstawiciele progresywnego rocka (na scenie już od 1979 roku) otwierali drugą część festiwalu, pozwalając, prezentującemu bardziej komercyjne dźwięki, Mike'owi Rutherfordowi pełnić rolę głównej gwiazdy. Pop po rozbudowanych solówkach Rothery'ego? Średnio mi się to widziało, no ale cóż można było zrobić?

O godzinie 20:00 pojawił się zespół a na trzech telebimach (dwa po bokach, ogromny większy centralnie za sceną) ukazała się twarz wokalisty. Show rozpoczęło się od 10-minutowego "The Invisible Man", gdzie pierwszą część utwory "zaśpiewał" Hogarth z puszczanego klipu - wokalista pojawił się na żywo dopiero po pierwszych kilku minutach, płynnie przejmując obowiązki wokalne od swojego wirtualnego odpowiednika. Dość ciekawie to wyglądało i pozwalało oczekiwać przemyślanego pod względem audio-wizualnym show. I tak było w rzeczywistości: o ile na bocznych ekranach skupiano się na grze poszczególnych muzyków, to główny telebim służył do wzbogacenia koncertu o ciekawe, specjalnie przygotowane na tą trasę animacje. Nie wszystko jednak poszło po myśli grupy: po prawej stronie co chwila znikał obraz, mocno dekoncentrując tym samym osoby siedzące na widowni, a na tym największym cztery środkowe płyty pozostały czarne przez cały występ. Dość poważna wpadka jak na festiwal o takiej randze.

Gdy człowiek przestał zwracać uwagę na sprawiającą psikusy technologię (a nie było to łatwe!), to w końcu mógł zacząć delektować się muzyką. A było czym: przebojowy "You're Gone" z przepiękną grą Pete'a i Steve'a (cudowne, wzruszające solówki tego drugiego!) mocno zaśpiewany "Power", wzruszający "Sugar Mice" - grupa była w dobrej formie, a brzmienie iście fantastyczne. Początkowe kompozycje były jednak ledwo wstępem do dania głównego w postaci "The New Kings": monumentalna, składająca się z czterech części, pełna licznych zmian tempa czy kapitalnych solówek suita, będącą krytyką może nie tyle samego kapitalizmu, co najpotężniejszych przedstawicieli systemu, skłonnych do korupcji, niszczenia ludzi, uważających się za nieomylnych i niezniszczalnych ("Too Big To Fall? Too Big To Fail?") okazała się idealnym utworem na dzisiejsze czasy, gdzie światem pieniądza rządzą kolosy na glinianych nogach. Czy będzie to koncertowy hit na miarę zagranego później "Neverland"? Z uwagi na długość raczej wątpię, dlatego tym bardziej warto na obecnej trasie kapelę zobaczyć.

Miłą niespodzianką dla wieloletnich fanów Marillion był bis, na którym zagrano numery rzadziej wykonywane. Grupa zawsze żałowała, że po odejściu oryginalnego wokalisty (Fish - na Festiwalu wystąpił w 2014) nie zmieniła nazwy, gdyż fani pierwszych albumów nawet po 27 latach wypominają Hogarthowi, iż nie jest Derekiem. Stąd też kawałki z pierwszej połowy lat 80-tych, jakby po złości, miejsca w setliście nie miały. I dlatego takim zaskoczeniem jest usłyszenie na żywo "Lavender" czy, notabene, największego hitu w historii grupy: "Kayleigh" - publiczność przyjęła je gromkimi brawami a i członkowie zespołu dobrze się przy nich bawili. Jak będę pamiętał cały występ? Był to koncert ciekawy i przemyślany, z teatralnością na odpowiednim, nie rażącym, poziomie. Sama kapela w dobrej formie (chyba tylko Mosley nieco się oszczędzał, no ale w końcu ząb czasu najbardziej nadgryza właśnie perkusistów), pełna entuzjazmu i radości z gry. Był to więc bardzo dobry występ i szkoda tylko tych problemów z telebimami, które potrafiły odwracać uwagę od tego, co najważniejsze.

Setlista:

01. The Invisible Man
02. You're Gone
03. Power
04. Sugar Mice
05. The New Kings
06. Quartz
07. Neverland
---
08. Kayleigh
09. Lavender
10. Heart Of Lothian


Ogłoszenie "Mike + The Mechanics" jako gwiazdy pierwszego dnia drugiej odsłony Festiwalu było dla mnie sporym zaskoczeniem. Oczywiście lider grupy - Mike Rutherford - to legenda: założyciel progresywnego Genesis i autor wielu ich największych hitów, no ale jego solowa działalność oddalała się od muzyki gitarowej, mocno skręcając w kierunku pop, przez co miałem spore obawy co do tego, jak poradzi on sobie po stricte rockowym Marillion. Oryginalnie "Mechanicy" działali w latach 1985-2004, wydając na świat 7 albumów, z których wiele utworów królowało w rozgłośniach radiowych. 6 lat po zakończeniu działalności Rutherford postanowił wskrzesić swój projekt, choć w mocno zmienionym składzie: na perkusji pojawił się Gary Wallis (znany ze współpracy z Pink Floyd), klawisze przejął Luke Juby a bas/gitarę - Anthony Drennan (na krótko w Genesis). Największa rewolucja nastąpiła na wokalu: w klasycznym line-upie śpiewali Young (zmarł on w 2000 roku) i Carrack, po reaktywacji Tim Howar i Andrew Roachford. Tak oto jedyną osobą ze starej gwardii został sam ojciec założyciel.

Koncert rozpoczął się niemal równo o godzinie 22 od skocznego "Get Up". Od razu zaskoczyło mnie brzmienie grupy: ciągle mocno bazujące na charakterystycznych klawiszach, ale przy tym mocniejsze i bardziej rockowe niż na studyjnych albumach. Po świetnej solówce Drennana (Mike tym razem na basie) pojawiła się obawa, że to może być dla mnie jedno z największych muzycznych zaskoczeń ostatnich lat. Wraz z pierwszymi dźwiękami "Another Cup Of Coffee" byłem już tego pewien - ten występ rzeczywiście będzie przepiękny: dźwięk niczym z albumu live, cudowna gra świateł, fantastyczny wokalny duet (soulowy Andrew, rockowy Tim), no i ta końcówka... Do samego końca pomiędzy następnymi hitami nuciłem pod nosem:

"Don't Look Back
Don't Give Up
Pour Yourself Another Cup"


Kolejnych piosenek słuchałem niemal w absolutnym szoku, gdyż większość z nich znałem a w życiu nie przesłuchałem przecież żadnego albumu Mike + The Mechanics. To pokazuje, że Rutherford istotnie ma talent do pisania przebojów. Sam muzyk był w rewelacyjnej dyspozycji i widać było zachwyt reakcją licznie zgromadzonej publiczności na jego kompozycje. Co chwila sięgał po różne instrumenty: raz grał na basie, innym razem na akustyku, później chwytał za gitarę elektryczną, by uraczyć nas ciekawą solówką, a do tego wspomagał wokalnie młodszych kolegów. Ci też nie byli zgrają przypadkowych ludzi: gdy było trzeba Anthony zamieniał wiosło na bas, Andrew często śpiewał jednocześnie siedząc za klawiszami, główny keyboardzista też do swojego zestawu nie był przytwierdzony na stałe. Jedno zadanie mieli w zasadzie tylko Gary i Tim: ten pierwszy grał pewnie i widać było w tym wszystkim jego duże doświadczenie, natomiast drugiego wokalisty wszędzie było pełno; co chwila zachęcał fanów do wspólnej zabawy, często przy tym wychodząc na przedsionek. Energii na scenie było tyle, że wręcz nie dało się usiedzieć na miejscu!

Mając taki skład nie dziwota, że nie tylko numerami The Mechanics stał ten występ: nie zabrakło kawałków z solowej działalności Andrew Roachforda (w tym jego największego przeboju - wpadającego w ucho "Cuddly Toy") oraz oczywiście przedstawicieli Genesis. O ile "Land Of Confusion" bardziej podobał mi się w wykonaniu Wilsona (ex-Genesis, którego widziałem ledwo dwa miesiące wcześniej - relacja też w serwisie), to już "I Can't Dance" był klasą samą w sobie: na scenie został tylko Rutherford i Howar, gdzie ten pierwszy genialnie grał na gitarze, a drugi nieźle zastąpił głos Phila Collinsa. W pewnym momencie reszta grupy powróciła do swoich instrumentów (wyraźnie w znakomitych nastrojach, gdyż dało się zauważyć jak parodiowali układ taneczny znany z teledysku), by zakończyć go z prawdziwym przytupem. Potem dwa hity "Mechaników" w postaci "The Living Years" i "All I Need Is A Miracle (jakże inny od wersji studyjnej!) i zabawa w bis. Na nim kolejne (ile ich można napisać?!) przeboje: "Over My Shoulder", który każdy zna ale o tym nie wie, no i "Word Of Mouth". Najlepszy koncert tego roku? Tak, przynajmniej do Sisters Of Mercy, co do których mam spore oczekiwania.

Setlista:

01. Get Up
02. Another Cup Of Coffee
03. A Beggar On A Beach Of Gold
04. Silent Running
05. Are You Ready
06. Try To Save Me
07. Land Of Confusion (Genesis cover)
08. Let Me Fly
09. Cuddly Toy
10. I Can't Dance (Genesis cover)
11. The Living Years
12. All I Need Is A Miracle
---
13. Over My Shoulder
14. Word Of Mouth


* Tak, widocznie przemianowanie rok temu FLR na "Charlotta Rock Festival" było tylko sprytnym fortelem, mającym na celu sprowadzenie Roberta Planta.



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 31.07.2016 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!