Iron Maiden - Wrocław



Iron Maiden, Anthrax
Wrocław, Stadion Miejski - 03.07.2016 r.


Nocny powrót z krakowskiego koncertu Black Sabbath, kilka godzin snu, odbiór znajomych i można ruszać na wrocławski stadion. A tam wielkie święto - Iron Maiden! Przemieszczając się na koncert od razu można było zauważyć, że miasto opanował Eddie. Co chwilę można było spotkać kogoś w takiej koszulce. Zresztą dzień później "populacja Edków" też była nieźle widoczna na mieście.

Na stadion wszedłem tuż po tym, jak swój występ rozpoczął Anthrax. Tutaj pierwsze zaskoczenie - Golden Circle (na którym byłem) sięgał… połowy płyty! Trochę bezsensu, bo przecież założenie takiego sektora jest ciut inne… No ale co zrobić? Cisnę pod scenę, bo Anthrax! Ta thrash metalowa maszyna w ostatnich latach jest nieźle naoliwiona i koncerty daje zacne. Podobnie było i tym razem. Co prawda brzmienie mieli nie najlepsze, ale taka rola supportu przed wielką gwiazdą i wszystko jasne. Muzycy nieźle nakręceni na ten występ i na scenie dają konkretny łomot. Najwięcej zamieszania robi oczywiście Joey Belladonna - pisałem już o tym w wackeńskiej relacji - odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Facet szalał na scenie niczym młodzieniaszek i nakręcał publikę do ostrej zabawy. Podejrzewam, że sporo ludzi, którzy rzadko bywają na koncertach, nieźle się zdziwiło gdy Joey zarządził Circle Pit. Hehe… Dobrze, że nie wpadł mu do głowy pomysł ze ścianą śmierci.

Anthrax pocisnął świetny koncert, szkoda jedynie, że grali tak krótko. Wiadomo jednak, że rola supportu (w tym wypadku "gościa specjalnego") jest taka, a nie inna, więc nie ma co marudzić. Zespół promuje obecnie najnowszą płytę zatytułowaną "For All Kings", z której zagrali trzy numery: "You Gotta Believe", "Breathing Lighgning" i "Evil Twin". Do tego dwa covery ("Got The Time" i "Antisocial") oraz swoje klasyki z "Caught In A Mosh" i "Indians" na czele. Mam pewien niedosyt po tym koncercie i chętnie zobaczę Anthrax w pełnym secie.

Teraz nadszedł czas oczekiwania na koncert wieczoru... Gdy rozbrzmiały pierwsze nutki utworu "Doctor, Doctor", na wrocławskim stadionie zapanował istny szał - przecież ten kawałek zawsze poprzedza koncert Iron Maiden! Krótki filmik-intro na telebimie i na scenie pojawił się Bruce Dickinson rozpoczynając recytacje intra z nowej płyty. Oczywistym też był fakt, iż zespół zacznie od kompozycji "If Eternity Should Fail" z najnowszej płyty "The Book Of Souls". Bardzo dobry numer i idealnie przypasował na początek koncertu. Z tego nowego krążka poleciały jeszcze: "Speed Of Light", "Tears Of A Clown", "The Red And The Black", "Death Or Glory" i "The Book Of Souls". Sporo tych nowych numerów, ale przecież Ironi są na trasie promującej nowy album. Singlowy "Speed Of Light" w wersji koncertowej nabrał ciut więcej życia i jakoś mnie nie "raził" tak, jak na płycie. "Tears Of A Clown" był oczywiście poprzedzony dedykacją dla Robina Williamsa, który zmarł w 2014 roku. Po takiej osobistej zapowiedzi bardzo mocno zabrzmiał ten fragment tego utworu:

"We Saw The Sadness In His Eyes
It Came As No Surprise
And Now Of Course We'll Never Know".

Kolejną nowością był epik Harrisa (co jest regułą na trasach promujących płytę) zatytułowany "The Red And The Black". Generalnie pierwsza część tego utworu średnio mi pasuje, bo tam jest sporo powtórzeń i grania w kółko tego samego, ale druga - to już palce lizać. Instrumentalny odjazd elegancko mnie pozamiatał i miałem swoją chwilę radości. "Death Or Glory" natomiast zupełnie mi nie siedzi... Na płycie po prostu przelatuje, a na koncercie szału nie zrobił. "Na szczęście" podczas tego kawałka na scenie dzieją się przedziwne rzeczy i jest na co patrzeć. O co chodzi? W zasadzie nie sposób tego opisać, to trzeba zobaczyć na żywo, ewentualnie na filmikach. "Climb Like A Monkey" - czyli głupawka na całego. To "małpkowe" szaleństwo lekko wymyka się spod kontroli po kolejnych koncertach... Fakt, jest to fajna tandeta, ale u Maiden nigdy takiej nie brakowało. Za to właśnie też kochamy ten zespół, prawda? Ostatnim nowym numerem był tytułowy "The Book Of Souls". Od razu mogę przyznać, że to był bardzo mocny punkt wieczoru. Świetna kompozycja (epik Harrisa!) i niezła koncertowa petarda. Do tego niesamowita oprawa wizualna i ten numer zdecydowanie był punktem kulminacyjnym tego koncertu. Coś czuję, że ta kompozycja może na dłużej zagościć w koncertowej setliście na kolejnych trasach. Wybór nowych numerów granych na żywo w zasadzie mnie nie zaskoczył. Domyślałem się, że dwa pierwsze z płyty polecą niejako z automatu. Tytułowy był oczywistą oczywistością, podobnie jak "Czerwony i Czarny" - przecież po to Harris pisze trzynastominutowe kawałki, żeby je później grać na koncertach.

Z tych mniej oczywistych kawałów to sporym (jak na Iron Maiden oczywiście!) "zaskoczeniem" były "Children Of The Damned" i "Powerslave". Oba odegrane kapitalnie i zrobiły na mnie spore wrażenie. Nie zabrało żelaznych (Iron!) klasyków: "The Trooper", "Fear Of The Dark", "Halloweed Be Thy Name" - które zabrzmiały dosyć brawurowo. Szczególną radość sprawił mi powrót do setlisty tego ostatniego. Ciut zatęskniłem za tym numerem, bo to przecież mój ulubiony kawałek Żelaznej Dziewicy, a nie grali go ostatnio. Zasadniczą część koncertu kończyło oczywiście "Iron Maiden". Tutaj coś zasłyszanego w trakcie powrotu ze stadionu - wielce rozentuzjazmowany fan mówi do drugiego: "... czujesz? Iron Maiden zagrało utwór "Iron Maiden" z płyty "Iron Maiden"! Ale czad..." - niestety nie słyszałem o czym była mowa wcześniej i później, ale ten fragment zabrzmiał bardzo zabawnie. Bisy zaczynamy od "The Number Of The Beast", następnie świetnie zagrany i zaśpiewany przez publikę "Blood Brothers" i kończymy "Wasted Years". Ten ostatni to chyba taki mały manifest Dickinsona po swojej walce z chorobą:

"So Understand Don't Waste Your Time
Always Searching For Those Wasted Years
Face Up, Make Your Stand
And Realize You're Living In The Golden Years".


Coś w tym jest, prawda? Oprócz odegranych utworów koncert Iron Maiden to też efektowna scenografia, doskonała praca świateł, Eddie i przebieranki Dickinsona. Tym razem scena była ucharakteryzowana na jakąś starożytną świątynię i wyglądało to naprawdę efektownie. Eddie pojawił się w okładkowej stylizacji (podczas "The Book Of Souls") i po krótkich wygłupach m.in. z Janickiem, stoczył walkę z Dickinsonem, w efekcie której stracił serce (nawiązanie do klipu "Speed Of Light"). Bruce kilka razy zmieniał swój strój - oczywiście w "The Trooper" wyskoczył w stroju kawalerzysty. Ponadto była maska na twarzy (dosyć słaba) w "Powerslave" i kilka drobniejszych zmian. No i oczywiście wspomniane małpki w "Death Or Glory". Tył sceny to tradycyjnie ruchome płachty, które nadają odpowiedni klimat. Ponadto pojawił się tam dmuchany Eddie w "Iron Maiden". Natomiast w rogu sceny podczas "The Number Of The Beast" mieliśmy wielkiego Diabła, który skojarzył mi się z okładkami black metalowych kapel. Ogólnie jak to u Iron Maiden - trochę przyjemnej w odbiorze tandety było.

Zaskoczyła mnie świetna forma muzyków i ich ogólna radocha z grania. Panowie mieli niezły fun i widać było, że zespół jest nakręcony na ten koncert. Na pewno sporym bonusem była frekwencja na stadionie - rekordowe (w Polsce oczywiście) 38000 ludzi zrobiło spore wrażenie na muzykach. Kilka słów na ten temat poświęcił Bruce Dickinson w jednej ze swoich przemów. Bardzo symboliczna była dla mnie akcja wokalisty z Adrianem podczas "Wasted Years" - tam, jak wiadomo, gitarzysta dośpiewuje kilka wersów. Bruce śmieszek akurat stał koło gitarzysty i w momencie, jak ten zaczął śpiewać swoją linijkę tekstu, to przestawił mu mikrofon o kilka centymetrów w bok. Po chwili oczywiście odstawił go na miejsce i gdy Adrian chciał pocisnąć swoją kwestię - mikrofon na chwilkę znowu zniknął. Dickinson oczywiście rozbawiony, Adrian ciut mniej, więc Bruce przeprasza go i z pokorą odstawia sitko na miejsce. Wreszcie usłyszymy brakujący w tym momencie śpiew. Adrian nabiera powietrze w płuca i chce zaśpiewać, ale oczywiście... statyw robi odjazd o pół metra. Gitarzysta "traci cierpliwość" i całkowicie sobie odpuszcza ten temat i odchodzi na przód sceny. Taka komedyjka. Muzycy ogólnie sporo się ruszali po scenie, a Bronek to szalał niczym jakiś młodzik. Co tylko dobrze rokuje na kolejne lata, bo widać, że Iron Maiden niby już stary zespół, ale wciąż jary.

Wrocławski stadion opuszczałem zadowolony. Dostałem to, co chciałem - świetną muzę mojego ulubionego zespołu. Efektowną oprawę wizualną (światła, płomienie na scenie) i muzyków w świetnej formie. Cóż można chcieć więcej? Wiadomo, że Ironi mogliby zagrać więcej niespodziewanych utworów, wykopać jakieś perełki, ale ten zespół jest, jaki jest i w tym temacie to już chyba nigdy nic się nie zmieni. To był mój dwunasty raz z tą grupą i muszę przyznać, że to był ten jeden z lepszych. Mam nadzieję, że uda mi się pojechać na Wacken i tam znowu spotkam Żelazną Dziewicę... W końcu zespół Iron Maiden na płycie "Iron Maiden" w utworze "Iron Maiden" zapowiadają:

"Oh Well, Wherever, Wherever You Are
Iron Maiden's Gonna Get You, No Matter How Far"

Setlista:

If Eternity Should Fail
Speed Of Light
Children Of The Damned
Tears Of A Clown
The Red And The Black
The Trooper
Powerslave
Death Or Glory
The Book Of Souls
Hallowed Be Thy Name
Fear Of The Dark
Iron Maiden
---
The Number Of The Beast
Blood Brothers
Wasted Years



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 13.07.2016 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!