Black Sabbath - Kraków



Black Sabbath
Kraków, Tauron Arena - 02.07.2016 r.


Pierwszy weekend lipca był bardzo intensywny dla tysięcy polskich fanów ciężkiego grania. Sobota - Black Sabbath w Krakowie, niedziela - Iron Maiden we Wrocławiu! Dwie legendy dzień po dniu, lepszego zestawienia nie można sobie wyobrazić. Na koncert Black Sabbath prawdopodobnie była to ostatnia szansa, bo właśnie odbywają pożegnalną trasę pod hasłem "The End". Wejściówki sprzedały się w moment - po paru godzinach od rozpoczęcia przedsprzedaży nie zostało dosłownie nic. Sama "odstałam" swoje w wirtualnej kolejce po bilet na Golden Circle, a niedługo potem nie było już możliwości zakupu. Ojców heavy metalu miałam zobaczyć po raz drugi po bardzo udanym koncercie dwa lata temu w Łodzi i odkąd listonosz przyniósł przesyłkę, nie mogłam się doczekać.

Pod Tauron Arenę przyjechaliśmy niedługo przed rozpoczęciem i na miejscu oczywiście zastały nas tłumy ludzi. Hala ma pojemność na kilkadziesiąt tysięcy osób, koncert wyprzedany, więc nie mogło być inaczej. Tyle dobrze, że bramki były sprawnie obsługiwane i szybko można było się dostać do środka - całe szczęście, bo Sabbath zaczęło grać 10 minut wcześniej, niż w rozpisce, a chyba bym nie przeżyła, gdyby ominął mnie choć jeden kawałek...

Pierwszy numer poprzedzony charakterystycznym burzowym intro, szał ludzi przepychających się do przodu i w końcu wkroczenie muzyków na scenę... Ozzy zaczyna śpiewać "What is this that stands before me? Figure in black which points at me" - jeden z moich ulubionych numerów już na starcie - nieźle! Po tym majestatycznym utworze lekkie ożywienie - "Fairies Wear Boots" i całe Golden Circle wariuje pod sceną. I wreszcie nadszedł czas na przedstawicieli mojego ulubionego albumu "Master Of Reality" - "After Forever" i "Into The Void". Ten drugi zabrzmiał po prostu magicznie, ciężko, głośno, a widok Tony'ego Iommi'ego praktycznie na wyciągnięcie ręki, grającego moje ulubione riffy, przyprawiał o zawrót głowy (potęgowany gorącem i ściskiem wokół). Rewelacyjny moment. Po tym walcowatym kawałku znów zmiana klimatu i żywsze "Snowblind", a zaraz po nim "War Pigs" połączony z przedstawieniem muzyków (w razie gdyby ktoś z tysięcy fanów ich nie znał). Następnie powrót do debiutu i "Behind The Wall Of Sleep" oczywiście z charakterystycznym brzęczącym intro. Ani się obejrzałam, a już czas na "N.I.B" i cała sala śpiewa razem z Ozzym. ‎Gdy wybrzmiał ten klasyk, znowu przyszła pora na ciężkie riffy, czyli "Hand Of Doom". Jak dla mnie to właśnie on i "Into The Void" brzmiały tej nocy najlepiej w krakowskiej hali. Przy rewelacyjnym nagłośnieniu, które było od samego początku, można było totalnie odpłynąć. Żywsze utwory aż tak nie oddawały tego sabbathowego klimatu, choć wcale gorzej nie wypadały. Zaraz po "Hand..." znów zmiana tempa i "Rat Salat", w którym Tommy Clufetos zaprezentował swoje umiejętności gry na perkusji. Jak zwykle solówki na perce nie zachwycają, tak tym razem było naprawdę zacnie, zresztą ten koncert nie miał słabych momentów, więc jak mogłoby być inaczej? Trzeba przyznać, że mimo, iż Tommy nie jest częścią oryginalnego składu, a jedynie muzykiem na trasach, to zupełnie nie odstaje od reszty, choć wiadomo, że chciałoby się Billa Warda... ‎Podczas garowych popisów reszta muzyków miała szanse na krótki odpoczynek, aby powrócić i zaprezentować kolejny hicior "Iron Man". Ciężko byłoby znaleźć pod sceną osoby, które nie śpiewały z Ozzym choćby refrenów. Mniej oczywistą pozycją setlisty było "Dirty Women" pochodzące z siódmego, mniej docenianego albumu Sabbathów. Ale cóż, nawet to na żywo miażdżyło, choć nie tak, jak następny kawałek "Children Of The Grave". Niestety ta petarda była już ostatnim numerem przed bisem... Muzycy zeszli ze sceny, jednak nie na długo, bo tłumy zebrane w całej hali domagały się szybkiego powrotu. Na finał poszedł szlagier "Paranoid" i już od pierwszych riffów publika oszalała. Na koniec zostały już tylko ukłony, oklaski i trzeba się żegnać...

Mam nadzieję, że to jednak nie będzie ostatnia trasa Black Sabbath, tylko skuszą się na kolejne, jak Scorpions, czy Judas Priest. Ja chcę więcej! Tym bardziej, że sobotni koncert zleciał w mgnieniu oka, setlista nie była zbyt długa, jest jeszcze sporo numerów, które chciałoby się usłyszeć na żywo... Szczególnie, że cały zespół zaprezentował naprawdę rewelacyjną formę, a utwory brzmiały tak mocarnie, jak na płytach. Na duży plus dobór kawałków w setliście - nie było nic z najnowszego albumu, same kultowe klasyki, które są najbardziej doceniane. W secie zawarły się głównie kompozycje z trzech pierwszych krążków, z czwartej zagrali jedynie "Snowblind", a najmłodszym był "Dirty Women" z 1976 roku. Także żaden fan klasycznych Sabbathów nie mógł wyjść tej nocy niezadowolony, jedyne co, to chciałoby się więcej i dłużej!

Nagłośnienie w arenie zachwycało już od pierwszych dźwięków, aż do samego końca. Każdy instrument było słychać selektywnie, nic nie ginęło, wokal nie był zagłuszony. Do niczego nie można się przyczepić, akustycy odwalili świetną robotę. Całe szczęście, że koncert odbył się w takim miejscu, a nie na przykład na warszawskim Stadionie Narodowym, bo wtedy cała magia mogłaby ulecieć. Scena, w porównaniu do maidenowej dzień później, prezentowała się dosyć skromnie, ale dla mnie to na plus. Po co fajerwerki, gdy muzyka mówi sama za siebie? Jedyną "ozdobą" był duży ekran z tyłu sceny, co zdecydowanie wystarczało.

Cały koncert wypadł perfekcyjnie, choćbym nie wiem ile się doszukiwała, to nie mogłabym wskazać jakichś rażących słabych punktów. No chyba, że moment, gdy Ozzy zapomniał fragmentu "Paranoid", ale cóż, najlepszym się zdarza... Muzycy pokazali, że mimo upływu naprawdę wielu lat, wciąż są jednym z najlepszych heavy metalowych zespołów na świecie. Choć każdy z nich (oprócz perkusisty) nieubłaganie zbliża się do siedemdziesiątki, to energii mają więcej, niż niejeden młody zespół. Ozzy'emu nawet z dawnych lat został klasyczny numer oblewania publiki wiadrami wody. Co najbardziej dziwi, to że wokalnie wciąż daje radę, we wszystkich utworach dobrze się spisał. Geezer i Tony zresztą tak samo - to, co wyprawiali na gitarach, to istny majstersztyk.

Ja wyszłam z hali oczarowana, koncert zrobił na mnie jeszcze większe wrażenie, niż łódzki dwa lata wcześniej. Na pewno będzie to jedna z najlepszych (o ile nie najlepsza) sztuka ze wszystkich, które było i będzie mi dane zobaczyć w tym roku. Po zakończeniu mogłam jedynie zbierać szczękę z podłogi. Nie wiem, ile razy użyłam już w relacji tego słowa, ale powtórzę jeszcze raz na koniec - RE-WE-LA-CJA!

Setlista:

01. Black Sabbath
02. Fairies Wear Boots
03. After Forever
04. Into The Void
05. Snowblind
06. War Pigs (with band introduction)
07. Behind The Wall Of Sleep (with "Wasp" intro)
08. N.I.B. (with "Bassically" intro)
09. Hand Of Doom
10. Rat Salad (with drum solo)
11. Iron Man
12. Dirty Women
13. Children Of The Grave
---
14. Paranoid




Autor: Anna Jaglarz

Data dodania: 07.07.2016 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!