 Death To All, Obscura Wrocław, Alibi - 10.04.2016 r.
10 kwietnia we wrocławskim klubie Alibi zapowiedziano koncert projektu Death To All i było oczywiste, że takiego wydarzenia nie przegapię. DTA to swego rodzaju hołd oddany zespołowi Death i jego liderowi. Wiadomo, kim był i jak zapisał się w annałach ciężkiej muzy Chuck Schuldiner. Tutaj nie zamierzam nic więcej pisać, bo po prostu nie ma takiej potrzeby. Tym razem muzycy skupieni wokół Steve'a Di'Giorgio skoncentrowali się na prezentacji albumu "Individual Thought Patterns". No ale nie uprzedzajmy faktów i zacznijmy od początku.
Do wrocławskiego klubu Alibi przybyłem lekko spóźniony i załapałem się na końcówkę występu zespołu Obscura. Klub był już dosyć solidnie wypełniony, więc czym prędzej udałem się w pobliże sceny. Tutaj przesłuchałem ze sporym zainteresowaniem kilka kawałków i gdy już zacząłem się wkręcać w to granie, grupa zakończyła swój występ. Szkoda, że się spóźniłem, bo ominęła mnie całkiem fajna zabawa. Obscura prezentuje ciekawie zagrany progresywny death metal i na scenie czują się dosyć swobodnie. Co prawda w Alibi ta scena to raczej scenka, a tutaj dodatkowym problemem był wystawiony z tyłu, sporych rozmiarów zestaw perkusyjny Gene Hoglana. Pomimo to Niemcy poradzili sobie wyśmienicie i pozostawili po sobie dobre wrażenie. Widać było, że publika kupiła ich show i muzykom udało się rozkręcić niezłą zabawę pod sceną. W roli supportu Obscura sprawdziła się idealnie - rozgrzali publikę i doskonale przygotowali grunt dla gwiazdy wieczoru.
 Death To All, jak wspomniałem wcześniej, tym razem skoncentrował się na prezentacji płyty "ITP". Widziałem ich poprzednio w 2013 roku (Kraków) i tamten koncert zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Tym razem oczekiwałem czegoś... mocniejszego. Nie to, żebym był taki "roszczeniowy", ale po prostu miałem informację z tego, co działo się dzień wcześniej w Katowicach. Zarówno Ania, jak i Michał pisali mi, że było: "znieszczenieeee!" i "rzeźnia!". Po takiej rekomendacji nie pozostało mi nic innego, jak tylko spokojnie oczekiwać nieuniknionego. Pod koniec występu supportu spokojnie podszedłem sobie do drugiego rzędu, a podczas wymiany sprzętu na scenie dobiłem do barierki. Tym razem postanowiłem odpuścić stronę Di'Giorgio i zameldowałem się w miejscu, gdzie scenę okupuje gitarzysta Bobby Koelble. Oczekiwanie na koncert DTA minęło dosyć szybko, bo lubię się przyglądać, jak techniczni odwalają swoją robotę, a i towarzystwo obok mnie było bardzo miłe, więc można było sobie sympatycznie pogadać. Wreszcie na scenie zamarł wszelki ruch, magiczne białe światełko zza perkusji do akustyka i jedziemy!
W Alibi zapadła ciemność, z głośników zaczęła się sączyć delikatna muzyka, a na scenę wkroczył sporych rozmiarów techniczny, który odprawił jakieś szamańskie rytuały. W ręku trzymał odpalone kadzidełka, którymi okadził wszystkie sprzęty i instrumenty znajdujące się na scenie. Przyznaję - wyglądało to bardzo intrygująco i ciekawie. Po chwili na scenę wkroczył majestatycznym krokiem Gene Hoglan (w ciemnych okularkach) i usadowił się za swoim zestawem. Z drugiej strony sceny pojawiła się reszta muzyków i na spokojnie zajęli swoje miejsca. Intro dobiegło końca i można było zacząć ucztę. A zaczęli z grubej rury, bo od kawałka "The Philosopher". Przy barierce od razu zrobiło się ciasno i gorąco, co zresztą było do przewidzenia. Początek występu DTA, jak i kolejne jego punkty, nie były dla mnie najmniejszą tajemnicą, gdyż doskonale widziałem leżącą na scenie setlistę. Kompaktowość klubu Alibi ma swój jeden wielki plus - brak fosy i bardzo niskie podwyższenie. Dzięki temu kontakt z muzykami jest dosłownie fizyczny. W momencie, kiedy gitarzysta Bobby podchodził do barierki, stał centymetry ode mnie. Momentami grając swoje solówki przykładał gryf do mojej wyciągniętej ręki i w ten sposób łapał swoje dźwięki. Miazga.
 Kolejna pozycja w setliście to połączone kompozycje "Leprosy" i "Left To Die". Taki początek rozpalił do czerwoności cały klub, a później było już tylko lepiej: "Suicide Machine" i "Overactive Imagination". Ten drugi świetnie pośpiewany przez publikę. Tutaj Bobby wypatrywał sobie "ochotników" i patrząc im w oczy jechał wspólnie refreny. Kapitalna sprawa i uwielbiam takie koncertowe akcenty. Tego dnia było sporo takich momentów, które bardzo lubię - właśnie te śpiewy, jak i wspomniane wcześniej wspólne "granie". Kolejne numery leciały z kalejdoskopową karuzelą: "Trapped In The Corner", "Lack Of Comprehension" (bardzo lubię!), "Out Of Touch", "Jealousy", czy "Flattening". Podczas tego ostatniego przyglądam się, jak swój zestaw obsługuje Gene Hoglan, który już dawno pozbył się swoich szpanerskich (ponoć miał zapalenie spojówek) okularków. Facet jest niesamowity - ciśnie niesamowite łamańce, przejścia i atakuje dwie stopy z takim luzem, jakby to było coś banalnie prostego i łatwego. Z przyjemnością ogląda się grę tego muzyka. Może i ma swoje zagrywki pod publikę, ale na perkusyjnym stołku jest wielki i tyle. Fakt - to jeden z trzech moich ulubionych metalowych perkusistów (plus Lombardo i Bostaph). Taka jeszcze ciekawostka z koncertu - podczas gry Hoglan kilka razy wyrzucał swoją, najwyraźniej zużytą, pałeczkę gdzieś w bok i szybko brał nową ze specjalnie przygotowanego na taką akcję koszyczka. W międzyczasie obok perkusisty pojawiał się jego techniczny z inną pałeczką, którą trzymał w ręku tuż obok werbla, po czym następowała szybka akcja - Gene w odpowiedniej chwili upuszczał tę rezerwową i brał tę od technicznego, który szybciutko podnosił tę upuszczoną i chował ją do... koszyczka. I tak to się działo kilka razy tego wieczora. O co z tym wszystkim chodziło, to ja nie mam pojęcia.
Koncertowa karuzela pędziła na pełnych obrotach i kolejne pozycje w setliście nie dawały najmniejszej nawet chwili oddechu: "Destiny", "Symbolic", "Zero Tolerance", "Bite The Pain" - wielkie rzeczy działy się w Alibi, oj naprawdę wielkie. Pomiędzy niektórymi utworami głos zabierał Steve Di'Gorgio, który serdecznie dziękował nam za wspieranie projektu Death To All, opowiadał historie z dawnych lat i w poszczególnych antraktach przedstawiał muzyków, z którymi przebywał na scenie. Wspominał też poprzednie wizyty w naszym kraju i w ciepłych słowach opowiadał o polskiej publiczności. Wiadomo, że trochę w tym kurtuazji było, ale nie do końca, gdyż dzień później Steve napisał na Twitterze:
 Miło, prawda?
Przed kolejną kompozycją Steve walnął dłuższą przemowę i zapowiedział, że to ostatnia pozycja w setliście. W tym samym czasie na skraj sceny podszedł Bobby i, niczym jakiś cichociemny, znienacka wręczył mi swoją kostkę. No jak miło! Bardzo lubię takie podziękowanie za wspólną zabawę przez cały koncert. A tymczasem Steve zapowiada: "Spirit!"? Gromkie "Crusher!" nie zostawia najmniejszych wątpliwości. Ten numer to totalna miazga i rozpierducha. Tutaj nie ma zmiłuj i nikt nie oczekuje nawet odrobiny litości. To, co dobre, szybko się kończy i po chwili muzycy opuszczają scenę. Dla mnie jest to trochę niesamowity widok, bo wydaje mi się, że ten koncert trwa może z pół godzinki. A tu już za nami 16 numerów. Niesamowite, jak szybko to zleciało! Chwila oczekiwania i muzycy ponownie meldują się na scenie i bez większych wstępów przechodzą do swoich obowiązków: "Zombie" połączony z "Baptized" to całkiem dobry plan na początek bisów. Ja, szczerze mówiąc, jadę już na oparach i zdecydowanie mam niezły odjazd. Tymczasem kolejna dłuższa przemowa Stefana kończy się zapowiedzią ostatniego aktu tego dnia i retorycznym pytaniem, czy chcemy usłyszeć "Crystal Mountain". Panie Di'Giorgio... wolne żarty... oczywiście, że jedziemy z tym koksem. Lekko zastanowiło mnie, czy Steve się pomylił z tym ostatnim numerem, czy po prostu zawsze tak mówi, bo w rozpisce jak byk stoi jeszcze "Pull The Plug", którym zawsze Death To All kończy swoje koncerty. Oczywiście we Wrocławiu było dokładnie tak samo. Naturalnie jeszcze kilka gadżetów zostało rozdanych ze sceny, muzycy poprzybijali piątki ze wszystkimi chętnymi, a Steve nawet cyknął sobie z kimś fotkę przy barierce. Na koniec jeszcze zdjęcie muzyków z fanami i w ten oto sposób koncert Death To All przeszedł do historii, a ja na miękkich nogach udałem się w poszukiwaniu znajomych.
 Wśród znajomych opinie były w zasadzie jednakowe - genialny koncert, miazga, moc i tym podobne określenia. Czyli dokładnie tak, jak dzień wcześniej w Katowicach. To był niesamowity koncert. Muzycy w wybornej formie i z wielką radością grania. To było widać i czuć od samego początku tej imprezy. Jasne, są marudy, które ciągle gdzieś powtarzają, że "nie ma Death bez Chuck'a", że "Phelps nigdy nim nie będzie" itp, itd. I zasadniczo się z tym zgadzam. Death to był Chuck i to jest poza jakąkolwiek dyskusją. A Death To All to projekt, który wspomina i składa hołd temu Geniuszowi. Ja w pełni to rozumiem i przyjmuję taką koncepcję, o której niejednokrotnie mówił Steve Di'Gorgio - grupa muzyków i przyjaciół niesie w świat przesłanie, które zawarł w swojej muzyce nieodżałowany Chuck Schuldiner. Widząc, co się działo w Alibi, słysząc, jak było dzień wcześniej w Katowicach, czy też podczas wcześniejszych koncertów tego projektu w naszym kraju wiem, że sporo osób myśli podobnie. I to mnie cieszy, bo dzięki temu można liczyć na kolejne trasy Death To All, czego sobie i Wam serdecznie życzę.
ps. Koncertowe zdjęcia z Katowic i Wrocławia możecie obejrzeć w naszej galerii.
|