Dirkschneider - Warszawa


Dirkschneider, Anvil
Warszawa, Progresja - 10.03.2016 r.


Udo Dirkschneider na konferencji prasowej podczas zeszłorocznej edycji festiwalu Wacken Open Air zapowiedział, że w 2016 roku po raz ostatni pojedzie w trasę, podczas której będzie wykonywał utwory Accept. Słowo stało się ciałem i tegoroczna trasa pod szyldem "Back To The Roots" ma zamknąć ten piękny rozdział w życiu wokalisty. Jeden z przystanków jego podróży stanowiła warszawska Progresja i było oczywiste, że mnie nie zabraknie na tym wydarzeniu. Accept to dla mnie elementarz heavy metalu, to zespół, na którym się muzycznie wychowałem i po prostu nie mogłem odpuścić takiej okazji. Oczywiście swoje przemyślenia na temat deklaracji Mr. Udo mam, ale to nie jest istotne.

Do Warszawy udałem się sprawdzonym środkiem transportu i już w busie widziałem, że zainteresowanie tym koncertem nie jest małe. Oprócz jednego znajomego widziałem cztery inne osoby, które najwyraźniej też jechały na koncert. Na miejscu stawiam się kilka godzin przed koncertem i tradycyjnie czas wolny spędzam towarzysko. W samej Progresji meldujemy się na jakieś pół godzinki przed startem imprezy. Tutaj spore zaskoczenie, bo sala koncertowa świeci pustkami. W związku z tym mamy jeszcze czas na jedno piwo i chętnie z tego korzystamy. Na kilkanaście minut przed występem pierwszego zespołu zaczynamy pomału zbierać się do wejścia na salę koncertową. Nasze wolne organizowanie się przyspiesza jakiś hałas... Okazuje się, że Anvil właśnie rozpoczął swój występ! No to w trzy pędy wędrujemy pod scenę. Luzy na sali wciąż wielkie, więc bez problemu dobijamy do barierki. Ja na razie jeszcze w drugim rzędzie, ale widok mam doskonały, więc nie zamierzam nic zmieniać.

Kanadyjczycy zaczęli od instrumentalnego numeru "March Of The Crabs" z płyty "Metal On Metal". Bardzo fajny pomysł na rozpoczęcie show, gdyż muzycy Kowadła to mega pozytywni goście na scenie. Uśmiechy od ucha do ucha, mnóstwo dobrej zabawy i w takim kawałku od razu mogą przejść do tej swojej luzackiej zabawy. Fantastycznie jest obserwować ten zespół na żywo. Kapela powstała 35 lat temu, a radochę z grania mają jakby istnieli 5 lat. Co ciekawe, basista Chris Robertson, który dołączył do składu dwa lata temu, zachowuje się dokładnie tak samo jak "Lips". Non stop uśmiechnięty, cały czas angażujący się w sceniczne wygłupy, po prostu idealnie dopasowany do zespołu.

Anvil całkiem niedawno wydał nowiutką płytę zatytułowaną (bardzo epicko!) "Anvil Is Anvil" i można było spodziewać się sporej ilości numerów z tego właśnie krążka. Koniec końców były tylko dwie takie kompozycje: "Die For A Lie" i "It's Your Move". Zespół bardziej skupił się na swoich klasykach i tych starszych płytach. Wystarczy zauważyć, że z albumu "Metal On Metal" zagrali: "666", świetny "Mothra", oczywiście tytułowy "Metal On Metal" i wspomniany na początku instrumental. Jak widać, proporcje nie były nastawione na promowanie nowego materiału. Generalnie Anvil przez tę godzinę, którą miał do dyspozycji, zrobił nam ciekawą wycieczkę po swojej dyskografii. Z debiutu ("Hard'n'Heavy") wykopano numer "Oooh Baby", "dwójeczka" została już przedstawiona, a z "Forged In Fire" usłyszeliśmy "Winged Assassins" i "Free As The Wind" ze specjalną dedykacją dla Lemmy'ego! Ponadto były jeszcze dwa numery z nowszych płyt - "Hope In Hell" reprezentowany przez "Badass Rock 'n' Roll", a z "Juggernaut Of Justice" poleciało "Swing Thing".

Anvil na żywo to doskonale naoliwiona maszyna. Muzycy na scenie świetnie się bawią i tutaj oczywiście prym wiedzie Steve "Lips" Kudlow - z przyklejonym przez cały koncert uśmiechem od ucha do ucha, tradycyjnie gadający do gitarowych przetworników i w ten sposób nakręcający publikę do jeszcze większej zabawy. No i oczywiście gwóźdź programu, klasycznie grane solo... wibratorem. Serio nie wiem, kto z tego ma większą frajdę - publika, czy sam Lips! Ale przecież o to chodzi, żeby na scenie nie było stypy, tylko luz i zabawa. Przynajmniej ja tego oczekuję na koncertach i w tym temacie Anvil sprawdza się idealnie! Cóż więcej chcieć? Ja jestem zadowolony z tego występu i już.

Dosyć szybko mi zleciał ten koncert, niby godzina, niby jedenaście numerów (klasycznie festiwalowo!), ale wydawało się, że to było krócej. No cóż, to zawsze oznacza jedno - po prostu doskonale się bawiłem i to był bardzo dobry koncert. Co prawda można było trochę pomarudzić na brzmienie, bo gitara Lipsa była ciut ciszej, niż bas i bębny. Nie żeby mi to jakoś specjalnie przeszkadzało, bo dźwięk był sam w sobie bardzo klarowny. Pan gałkowy nie dał zbyt mocno do pieca, co przy barierce zawsze jest mile widziane, a raczej słyszane. Podsumowując - Anvil pozostawił mnie w dosyć dobrym nastroju i idealnie przygotował do tego, co miało się wydarzyć wkrótce. Dodam jeszcze, iż perkusista Robb Reiner zaprezentował krótkie solo i tym samym załapał nominację do mojej tegorocznej klasyfikacji najgorszych perkusyjnych solówek. Nie było źle i Robb wylądował na 3 pozycji, na 4 sklasyfikowanych na razie perkusistów.

Technicy-magicy szybko wykonali swoją robotę i przygotowali scenę na koncert gwiazdy wieczoru. Jeszcze chwila-moment i na scenie pojawi się zespół U.D.O., a dokładnie Dirkschneider, bo na potrzeby tej trasy tak przemianowano nazwę. Umówmy się, że w relacji pozostaniemy przy tej krótszej wersji, ok? Sam koncert tego zespołu nie jest wielkim wydarzeniem dla mnie, gdyż widziałem ich już jakieś siedem razy. Jednak teraz pojawiła się okazja na coś niesłychanego, o czym już pisałem na wstępie. Udo zdecydował się po raz ostatni grać utwory Accept na żywo. A jak robić coś takiego, to z odpowiednim przytupem, jak się bawić, to bawić na całego, czyż nie? Z takiego samego założenia wyszedł Dirkschneider i postanowił grać na tych koncertach tylko klasyki Accept. Mało tego, przygotowana setlista liczy sobie 24 (tak - dwadzieścia cztery!) pozycje. Oczywiście skupiamy się tylko na utworach nagranych do roku 1986 (płyta "Russian Roulette"). Ponadto wykluczamy z tego równania debiut i mamy piękny obraz tego, co zostało przygotowane. Przyznam szczerze, że decyzję o wyjeździe na ten koncert podjąłem w momencie jego ogłoszenia. To była oczywista oczywistość. Spodziewałem się regularnego koncertu U.D.O. z dużą ilością acceptowych klasyków. Gdy na jakiś tydzień przed tym show zobaczyłem setlistę z trasy, nogi mi się ugięły i lekko mnie zamurowało. Takich frykasów się nie spodziewałem!

Oczekując na koncert w Progresji czułem spore podniecenie - mam wielki sentyment do Accept/Udo i za chwilę miałem otrzymać sporą dawkę tej pięknej muzyki. Tak stojąc i rozmawiając ze znajomymi w oczekiwaniu na koncert, część mojej świadomości odpłynęła do roku 2005 i pamiętnego (dla mnie) koncertu Accept na Wacken, gdy zagrali w oryginalnym składzie. Ależ wspomnienia powróciły... To był niezapomniany wyjazd pełen przygód i niespodzianek. Piękne te retrospekcje, ale szybko odpłynęły, bo w Progresji zapadły ciemności i od koncertu dzieliły nas chwile. Z taśmy poleciała sympatycznie obciachowa piosenka "Just A Gigolo", a techniczny rozpoczął ściąganie wielkiej szmaty, która do tej pory zasłaniała sporych rozmiarów zestaw perkusyjny. Chwila moment i na scenie pojawili się muzycy i od razu przywalili jak należy, bo zaczynamy od "Starlight". Pod sceną niemiłosierny ścisk i jedziemy na maksa. Muzycy bardzo wyluzowani, a trzeba powiedzieć, iż zespół przeszedł spory lifting w ostatnich latach. Mamy dwóch nowych gitarzystów: Andrey Smirnov i Kasperi Heikkinen, a na bębnach gra syn Udo - Sven. Ze starej gwardii pozostał tylko wokalista i basista Fitty Wienhold.

Druga pozycja w setliscie to kapitalny koncertowo "Living For Tonite". Publika niesamowicie nakręcona i doskonale jedzie refreny. Zresztą tak było przez cały koncert, bo jednak Accept ma takie kawałki, że pośpiewać można zasadniczo w każdym z nich, a Udo z muzykami nakręcają imprezę na całego. Kolejny numer, "Flash Rockin' Man", jeszcze bardziej podkręcił atmosferę i z przodu zrobiło się naprawdę ciasno. Oj... Zapowiadało się na sporą walkę do końca koncertu. Tym bardziej, że kolejna pozycja, to moje pierwsze ciarki tego wieczoru: "London Leatherboys". Przegenialny numer i koncertowo uwielbiam go za każdym razem. Refreny oczywiście nasze:

"London Leatherboys
Nightmare's Pleasure,
What You've Done
London Leatherboys
All Together"


Rewelacyjny moment! Pięknie zagrany i kapitalnie odśpiewany! Lubię to! Ale nie ma czasu na rozpamiętywanie, bo już zespół jedzie dalej z "Midnight Mover". Strasznie szalone jest tempo tego koncertu, bo pomiędzy utworami nie ma specjalnie przerw i zespół odpala cios za ciosem. Ten kawałek nigdy nie należał do moich faworytów i tym razem się to nie zmieniło. Jakoś tak z nim mam... No trudno, chwila odpoczynku dla mnie. Długo to nie trwało, bo U.D.O. nie ma dla nas najmniejszej litości. Petarda w postaci "Breaker" przetacza się po całej Progresji. Ależ moc jest w tym utworze. Oczywiście refreny elegancko odśpiewane, a ja czuję, że pomału wysiada mi gardło. Dwa dni przed koncertem pojawiły się u mnie jakieś problemu zdrowotne (gardło i zatoki) i teraz troszkę niedomagam. No ale kto by się przejmował tego typu drobiazgami przy utworze takiego kalibru? Przecież w refrenie śpiewamy: "He'd Kill, Maim, Destroy To The End"...

Po tym utworze chwila przerwy i malutkie popisy instrumentalne, a ja już wiem, że z tego zrobi się "Head Over Heels". To moja kolejna perełka acceptowa. Niesamowicie uwielbiam solo w tym kawałku, które za każdym razem rozwala mnie w drobny pył (nawet teraz właśnie go słucham!). Do tego genialny refren i świetna praca basu... Po prostu ideał. Oczekiwałem pięknych emocji, a tutaj niestety małe rozczarowanie. Zupełnie zabrakło magii w tym numerze. Niby wszystko było tak, jak należy, ale jednak to nie było to, na co czekałem. Strasznie szkoda, bo to zdecydowanie byłby mój "michałek", a tak to musiałem obejść się smakiem. Trudno, nie zawsze jest tak, jak to sobie człowiek wymyśli przed. Nie ma co załamywać rąk, bo Accept... wróć! U.D.O. nie zwalnia tempa i serwuje kolejny numer.

Uff... Troszkę odpoczniemy, bo jednak nie da rady cały czas cisnąć na takiej intensywności. "Neon Nights" idealnie sprawdził się do nabrania odrobiny tchu. Oczywiście sielanki nie mieliśmy, bo śpiewanko było cały czas. No ale numer spokojniejszy, to i człowiek lekko odsapnął. Niewątpliwie to wszystko było okrutnie zaplanowane, bo ten oddech był dany nam tylko w jednym celu - przygotować na kolejną petardę! Gitara zaczyna grać oczywistą melodię i w Progresji następuje szaleństwo. "Princess Of The Dawn" - ten numer na żywo to totalny odlot. Oczywiście kawałek jest klasycznie przedłużony o zaśpiewy publiki. Chyba całkiem nieźle wypadliśmy, bo muzycy stoją z uśmiechami na scenie, a perkusista Sven kręci filmik zza swojego zestawu. Jest ogólnie moc i spore zniszczenie. A co robi zespół po takiej dawce? Oczywiście, że pozwala nam znowu nabrać sił w numerze "Winterdreams". Oj... Naprawdę to było potrzebne. Po "Princess..." poczułem spory spadek energii, ale to pewnie efekt nienajlepszego stanu fizycznego. Na szczęście spokojniejszy numer pozwolił wrócić do jako takiej formy.

Oczywiście to wszystko zrujnowały dwie kolejne pozycje: "Restless And Wild" i "Son Of A Bitch". Szaleństwo, szaleństwo i szaleństwo w jednym. Co tutaj się wyrabiało to nie mam pytań. Po tych dwóch numerach moje gardło było nieźle zajechane. Ale jak tu nie śpiewać TAKICH refrenów? No się nie da się. Po prostu nie potrafiłbym spokojnie stać, gdy ze sceny lecą takie petardy. Po zakończeniu "SOAB" ze zdumieniem stwierdzam, że w jakiś magiczny sposób dobiłem do barierki z tego mojego drugiego rzędu. Nawet nie wiem, kiedy i jak to się wydarzyło. To chyba doskonale pokazuje, w jakim "amoku" przeżywałem ten koncert. A kolejne kompozycje nie odpuszczały ani na moment! "Up To The Limit" - czy można spokojnie przesłuchać ten refren? No nie można. Kolejna pozycja to znowu petarda, tym razem ciśniemy "Wrong Is Right"... Ja pierdzielę, skąd brać siły na takie jazdy? A tutaj jeszcze muzycy nakręcają do jeszcze większej zabawy. Gitarzysta Kasperi Heikkinen cały czas robi do nas jakieś zabawne miny i cieszy się z każdego wspólnie odśpiewanego refrenu. Widać, że doskonale czuje się i w zespole, i na scenie. Fitty to już klasyka - cały czas w ruchu i pełen ogień. Udo niczym młodzieniaszek - przybija piątki z fanami przy barierce i mocno przeżywa momenty instrumentalne.

Hmm... Kolejna pozycja to znowu zbieranie sił, bo numer "Midnight Highway" to chwila spokojniejszego grania. Swoją drogą uwielbiam rockowy feeling tego kawałka. Co ciekawe i dosyć zaskakujące - kolejna pozycja w setliście również nie powalała swoją intensywnością. "Screaming For A Love-Bite" jakimś wielkim killerem nie jest, bo w nim też dominuje klimat jak w poprzedniej kompozycji. Oczywiście, już nauczony doświadczeniem, spodziewam się kolejnych petard od razu po zakończeniu "Screaming...". No i wiadomo, że tak było. Muzycy U.D.O. przygotowali sporą rozpierduchę: "Monsterman" i jego mocarne refreny to był tylko wstęp, bo przy "TV War" już nikt jeńców nie brał. Ależ ten numer pędzi! Refreny oczywiście nasze, bo jakby mogło być inaczej? Końcóweczka to już czysta magia... A wcześniej to solo... To jest to, co uwielbiam w muzyce. No i tym samym przeszliśmy do ostatniego aktu, jeśli chodzi o set zasadniczy. A tutaj... "Losers And Winners".

Cóż mogę powiedzieć. Uwielbiam i ubóstwiam ten numer bezgranicznie. Dla mnie to jest esencja Accept. Ten riff, ten bas, te wokale, te zwrotki, no i oczywiście TE refreny!

"There Are Losers And Winners
Just Like You And Me - Losers And Winners
There Are Losers And Winners
Just Like You And Me - Losers And Winners
Just Like You And Me"


Coś wspaniałego, zaliczyłem oczywiście totalny odlot i odjazd. Bez dwóch zdań - "michałek" tego koncertu. Dobrze, że po tym kawałku zespół zszedł na chwilę ze sceny, bo nie wiem, czy dałbym radę pojechać jakikolwiek kolejny numer. Emocje sięgnęły zenitu i w takiej chwili każda przerwa jest dobra. Odpoczynku dużo nie było i przyszedł czas na najważniejszy numer tego dnia.

O "Metal Heart" pisałem już wiele razy przy poprzednich relacjach z koncertów Accept, czy U.D.O. i nie da się ukryć, że ten kawałek ma dla mnie bardzo specyficzny wydźwięk. Lata temu uknuliśmy z Krzyśkiem (echh... zawsze ten numer będzie mi się z Nim kojarzył) nasze koncertowe powiedzonko, właśnie o metalowym sercu. Słuchając tej kompozycji, powróciły wspomnienia ze wspólnych koncertów i szaleństw przy barierce... To były piękne chwile, o których zawsze będę pamiętał. I ten genialny w swojej prostocie numer zawsze będzie mi to przypominał. Oczywiście kawałek odpowiednio przedłużony, bo publika swoje "solo" musi też odśpiewać. "Metal Heart" - piękny i pełen emocji moment.

Kolejny bis to mega luzacki numer "I'm A Rebel". Ten kawałek musiał być zagrany na bisach, bo idealnie pasuje w tym miejscu i pozwala poszaleć publice, co też jest sporym plusem. No ale luźne granie odkładamy, bo teraz czas na jeden z szybszych numerów w dyskografii Accept, czyli "Fast As A Shark". To jest moc i pałer! A koncertowe wykonanie zawsze swoje dokłada. Moje gardło totalnie zdewastowane, ale jeszcze coś tam w refrenach udaje się wyśpiewać. Poziom zdarcia najlepiej mogę ocenić teraz (na drugi dzień) - chrypa na całego i o to przecież chodzi! Kiedy wiem, że koncert był mega udany? Właśnie na drugi dzień, gdy cały czas słucham koncertowej muzy, mój głos jest przynajmniej lekko zdarty, a do tego czuję się obolały, a nawet pojawiają się siniaki! Tak właśnie dzisiaj jest, więc sami widzicie.

Ale to jeszcze nie koniec koncertowych emocji - czas na jeden z ważniejszych utworów Accept, bo inaczej o "Balls To The Wall" nie można powiedzieć. Genialna kompozycja, fantastyczny tekst i mega emocje zawarte w tym numerze. Piękny hymn i za każdym razem słucham go z ogromną przyjemnością. Numer również przedłużony ponad normę, bo publika ma czas na swoje popisy, co już też jest oczywiste. To jest od zawsze stały punkt koncertowej setlisty U.D.O. i Accept i nie wyobrażam sobie koncertu nie słysząc "BTTW". Jakoś tak mi się zakodowało, że to już koniec imprezy, bo Accept często gra ten numer na końcu. Jednak muzycy nie opuszczają sceny, a Udo kolejny raz się droczy z nami "czy chcemy jeszcze". Panie Dirkschneider - tu nie ma co pytać, tylko trzeba jechać dalej! My siły mielibyśmy na jeszcze kilka numerów, bez obaw. No ale żarty na bok, bo wiadomo, że to taka kurtuazja. Ostatni akt to przesympatyczny "Burning", w którym można sobie pofolgować i zajechać swoje gardło na maksa, bo to już jest przecież koniec.

Muzycy żegnają się z nami, kilka gadżetów ląduje pod sceną (mi nic nie wpadło, ale MetalSide nie wraca z pustymi rękami!), a ja dłuższą chwilę próbuję poukładać sobie to, czego właśnie doświadczyłem. 24 (kto teraz gra takie długie sety?!) klasyczne numery Accept - bajka. Dla mnie to była Gwiazdka w marcu. Koncert, który na pewno do końca życia będę miał w głowie. Te emocje, wspomnienia już u mnie pozostaną i nikt mi ich nie odbierze. To był kapitalny wieczór - muzycy w doskonałej formie, sporo zabawy na scenie i wielkie szaleństwo przy barierce. Może i moja kondycja nie była najlepsza, bo zdrowotnie nie było idealnie, a ponadto lekko przygnębiła mnie sprawa rodzinna. Ale te dwie godziny z acceptowym U.D.O. pozwoliły mi odpocząć psychicznie i solidnie naładować akumulatory. To był fantastyczny dzień. Wypełniony wspaniałą muzyką w koncertowym wykonaniu i, co równie ważne, spotkaniami ze znajomymi, które także bardzo lubię.

Po koncercie krótki spacer na przystanek autobusowy i przejazd na miejsce odjazdu busa. O 1:30 pakuję się do środka i momentalnie odpadam. Zmęczenie mnie ostro dopadło, a do tego przypomniały się moje zatoki. Nocna podróż do Wrocławia to drzemki i w sumie dosyć szybko to zleciało. W dodatku bus przyjechał jakieś 30 minut przed czasem, więc spoko. Koniec końców koło 7:30 melduję się w domu i po chwili udaję na zasłużony odpoczynek.



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 13.03.2016 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!