35th Anniversary Tour Turbo, Vierna Inferno Cafe, Koszalin - 23.10.2015 r.
Zapowiadając trasę z okazji 35-lecia grupy, Turbo obiecało zagrać numery rzadko prezentowane na żywo, czy nawet te, które do setlisty nigdy trafić nie mogły. Z doświadczenia wiem, że po takich deklaracjach najczęściej i tak kończy się na samych "hiciorach", gdyż to głównie dla nich ludzie przychodzą - mimo to nie mogłem nie zrezygnować z zobaczenia po raz kolejny legendy polskiego metalu. Legendy, która w Koszalinie zawsze była witana ciepło przez licznie zgromadzoną publikę. Koncert w ramach jubileuszowej trasy odbył się w Inferno Cafe (gdzie kapela już dwa razy dała mocno do pieca) a bilety kosztowały 30 złotych w przedsprzedaży i 40 zł. w dniu koncertu.
Po dotarciu na miejsce czekało nas pewne rozczarowanie: fanów ledwo garstka, a do rozpoczęcia muzycznego wieczoru tylko parę minut. Coś złego dzieje się ostatnio w tym mieście, gdyż frekwencje są po prostu mizerne: ledwo co Hetman zagrał do niemal pustych ścian, Acid Drinkers dla 1/5 tego co poprzednim razem, a teraz Turbo miało się nauczyć, by do Koszalina powrócić dopiero za kilka lat jak ludzie się ogarną. Szok, zwłaszcza że ostatnie dwa koncerty w tym samym miejscu zgromadziły tłumy. Nawet na akustycznym występie w Kreślarni pięć lat temu była większa frekwencja, a przecież szalała wtedy taka śnieżyca, że ledwo dotarłem na występ mieszkając 15 minut piechotą od klubu. Ludzie... był weekend, bilety w rozsądnych cenach, godzina odpowiednia - co jest z wami nie tak, ja się pytam?!
Oczywiście pozostawała jeszcze nadzieja, że pojawią się jacyś spóźnialscy, natomiast dla tych którzy przybyli w miarę punktualnie wystąpił support w postaci, znanej mi już, grupy Vierna. Zespół ten widziałem dwa tygodnie wcześniej przed Hetmanem i to co usłyszałem zrobiło wtedy na mnie wrażenie. Teraz mogłem na spokojnie raz jeszcze posłuchać poszczególnych kompozycji, zwłaszcza że nagłośnienie było dużo lepsze niż w Kawałku Podłogi. Dzięki temu jeszcze bardziej doceniłem grę poszczególnych muzyków: świetna praca obu gitar (a i śpiew Vojtka OK), solidny bas i perkusja, no i dodajmy do tego wszystkiego ten wokal... Marion Jamickson znów zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, zgrabnie łącząc czyste linie wokalne z growlem i screamem - drobna i niepozorna na scenie hipnotyzuje umiejętnościami. Oczywiście z uwagi na czas jaki dzielił poprzedni koncert od nowego, setlista została niemal bez zmian - tylko kolejność pod koniec była inna. Wcześniej mi się podobało, teraz było jeszcze fajniej, zwłaszcza że ludzi troszkę więcej i nawet było do kogo ze sceny zagadać. Mam już parę faworytów jeśli idzie o utwory, jeden numer ("Kopalnia") do mnie nie przemawia, choć tekst poważny, covery znów wybuchowe - więcej tak dobrych supportów.
Setlista: 01. Zwierciadło 02. Kolejny dzień 03. Znalazłam (O.N.A. cover) 04. Ewolucja 05. Przeznaczenie 06. Zombie (The Cranberries cover) 07. Niewierna 08. Kopalnia 09. Nie ma nas 10. Noc Komety (Budka Suflera) 11. Reset 12. Bez Wybaczenia 13. Jestem zła 14. Przebiegła
Po krótkiej przerwie udaliśmy się pod scenę robić sztuczny tłum przed gwiazdą wieczoru, a więc legendarnego Turbo. Ludzi co prawdo było mało, ale na szczęście nie było tutaj nikogo z przypadku - wszyscy wiedzieli po co i dla kogo przyszli, więc rychło podeszli jak najbliżej grupy i nikt nie chował się z tyłu klubu sącząc złocisty trunek. Struszczyk podziękował tym, którym chciało się ruszyć tyłki tego wieczoru z domu, ale też uświadomił nas, że to najmniejsza grupa dla której śpiewa odkąd dołączył do Hoffmanna (dając nam tym samym motywację do dania z siebie wszystkiego). Zażartował też, że na koncert z okazji 35-lecia przyszło 35 osób, ale w jego głosie wyraźnie czuć było zawód - no ale czy można się temu dziwić? Na szczęście cała piątka muzyków to profesjonaliści w każdym calu, więc jak już zaczęli grać, to nie było lipy - na pełnym gazie, bez hamulców przez niemal dwie godziny, aby ci którzy przyszli mieli chociaż o czym opowiadać.
Trasa wspominkowa, setlista niby inna niż wszystkie, ale początek powiedziałbym niezbyt zaskakujący: "Przebij mur" z "Piątego żywiołu", klasyk w postaci "Komety Halleya", "Na progu życia" ze "Strażnika światła" oraz kolejny numer z ostatniego dzieła, mianowicie "Serce na stos". Może rzadko grane to one nie są, no ale z uwagi na solidność kompozycji, nie będę się za bardzo czepiać. Kolejny kawałek, "Wszystko będzie OK", ile razy bym nie słyszał zawsze będzie mi się podobać - uwielbiam go, a refren daje możliwość wykrzyczenia się ile sił w płucach. Dopiero po żywiołowym, "maidenowym" "Ktoś zamienił" (grali go poprzednio w Inferno) zaczęło się zapowiadane wyciąganie królików z kapelusza. Konia z rzędem temu, kto spodziewałby się prehistorycznych i zaskakująco przebojowych "Titanic nr 2" oraz "Śmiej się błaźnie" czy zakurzonego, instrumentalnego zakończenia "Smaku ciszy" - "Narodziny demona". Dla takich smaczków warto było się wybrać na ten występ! Żeby fani nie marudzili na starocie, to nie mogło również zabraknąć czegoś bardziej znanego: "Jaki był ten dzień" pozwolił publice na pochwalenie się zdolnościami wokalnymi (albo jak w moim przypadku - ich brakiem), a "Szalony Ikar", numer stworzony do headbangingu, zmusił co bardziej opornych do machania łbami. Po nim Hoffmann zmienił gitarę na tą z niższym strojeniem (Tomek celnie strzelił, że niby C), aby odegrać pieśń z "Awatara". Gdyby ktoś przed koncertem powiedział, że będzie cokolwiek z tego albumu, wówczas wszystkie swoje pieniądze postawiłbym na promującą album "Armię". A tu ogromna niespodzianka, bowiem zagrano aż trzy ciężkie numery z czasów reaktywacji: "Granicę", "Awatar" oraz "Embryo". Dla mnie i moich znajomych był to istny strzał w dziesiątkę - po koncercie nawet kupiłem sobie później limitowaną reedycję tego krążka. Po kolejnej zmianie "uzbrojenia" przez Wojtka, dwa numery bez których nie może być koncertu Turbo: druga część "Kawalerii Szatana" oraz na zakończenie "Dorosłe dzieci", które prawdopodobnie szykowane były na bis, ale postanowiono odegrać je od razu.
Koncert minął zaskakująco szybko; jednak rzut okiem na zegarek - minęło niemal 120 minut! Aż chciałoby się więcej. Grupa zachowała się profesjonalnie i mimo słabej frekwencji się nie oszczędzała, dając nam co chwilę nowy powód do zachwytu. Bobkowski jak szalony zachowywał się za perkusją (przez kilka pierwszych numerów nie zauważył nawet, że gra bez odsłuchu), Hoffmann czarował trudnymi solówkami, Bogusz jak to on - zawsze solidny, a i wspierać wokalnie Tomka też się nie boi. Ciekawy byłem świeżej krwi w postaci Tercjusza, ale jakoś tego wieczoru był on mocno wycofany; chował się z boku sceny i grał swoje. Struszczyk wokalnie dawał radę, choć pod względem konferansjerki to chyba nie był jego dzień: a to mylił autorów starych numerów, a to zdenerwował Rutkiewicza... Dobrze że głos ma jak dzwon i żadnych numerów Kupczyka się nie boi. I wszystko byłoby super, gdyby nie zawiedli fani... mam nadzieję, że następnym razem będzie inaczej. Oczywiście jeśli będzie następny raz.
Setlista: 01. Przebij mur 02. Kometa Halleya 03. Na progu życia 04. Serce na stos 05. Wszystko będzie OK 06. Ktoś zamienił 07. Titanic nr dwa 08. Śmiej się błaźnie 09. Narodziny demona 10. Jaki był ten dzień 11. Szalony Ikar 12. Granica 13. Awatar 14. Embryo 15. Kawaleria Szatana II 16. Dorosłe dzieci
|