Metallica
Stadion Śląski, Chorzów - 31 maja 2004 r.
Ok 21.00 gasną jupitery nad Stadionem Śląskim i zaczyna lecieć intro "Ecstasy of Gold", a na czterech telebimach widzimy urywki z filmu "The Good, The Bad And The Ugly" z 1967 r. Wrzawa jest ogromna... kończy się intro i słychać narastającą muzykę, no tak to musi być "Blackened". Metallica pojawia się na scenie, pierwsze dźwięki i już wiem, że koncert musi być udany. Zespół gra ciężko, ostro i szybko... Kawałek bardzo szybko "przelatuje", głośny krzyk "Blackened Is The End" robi wrażenie. Na koniec mamy pirotechniczny wybuch i już po chwili leci "Fuel" z czerwonymi ogniami na scenie. Jakoś nie bardzo lubię ten kawałek. Następnie mamy powrót do roku 1983 i słyszymy "The Four Horsemen", a tuż po nim jest "Fade To Black". Pojawiają się zapalniczki i publiczność śpiewa tekst. O tak, to jest dobry moment tego koncertu. Zresztą widać, że muzycy są zadowoleni z publiczności, James często zagaduje publikę i zachęca do wspólnej zabawy, a większość reaguje znakomicie. Wiadomo - jesteśmy najlepsi...
Hetfield zapowiada pierwszy utwór z płyty St. Anger, a to znaczy, że teraz będzie "Frantic", a dla mnie rozpocznie się troszkę mniej fascynująca część koncertu, więc w skrócie powiem, że następnie "poszły": "King Nothing", "No Leaf Clover" i "St. Anger". Z tych czterech utworów to (jak dla mnie) najlepiej wypadł "Frantic" i "St. Anger".
Ok, a teraz zaczyna się prawdziwa uczta dla mnie. James zaczyna śpiewać "Sad But True", na razie bez instrumentów, a odzew jest jedyny możliwy w takiej sytuacji - chóralny śpiew publiczności. Nareszcie jest ogień i moc na scenie, po 4 wcześniejszych utworach ten kawałek jest jak miód na moje serce. Ale nie ma czasu na rozczulanie się, gdyż już słychać początek "Creeping Death", obowiązkowe Die!, Die! i adrenalina rośnie. Powoli zapominam o tych słabszych utworach, tym bardziej, że następny jest "Battery". Szybko zagrany przemija nie wiadomo kiedy, a gardło powoli zaczyna dopominać się o swoje prawa. Tymczasem ze sceny słychać tradycyjne: "Thank You" i "Good Night" i Metallica schodzi ze sceny. Oczywiście wiadomo, że to nie koniec koncertu tylko standard w wykonaniu zespołu. Krótka przerwa i wracają z "Wherever I May Roam", po którym Kirk gra jakieś wolne i spokojne solo (czy przez chwilę nie był to początek do "Sanitarium"? Bo nie jestem na 100% pewien), które znakomicie wprowadza wszystkich w klimat następnego utworu, którym jest "Nothing Else Matters". Pojawiają się ogniki na płycie i sektorach (świetnie wyglądało to z perspektywy płyty), kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewa razem z Jamsem, niesamowite wrażenie. A później jest jeszcze lepiej, bo oto zaczyna się "Master Of Puppets". Czuję jak ogarnia mnie jakiś "szał" i tracę kontrolę nad sobą. Słowa "Master!..., Master!..." wykrzykuję jak jakiś szaleniec. Najwidoczniej nie ja jedyny, gdyż słuchać jeden wielki ogłuszający wrzask. Gardło odmawia posłuszeństwa, ale nie zwracam na to uwagi. Niesamowite wrażenie robi echo tego jednego słowa. To dla mnie chyba najlepszy moment tego koncertu. Chwila przerwy, scena spowita w ciemnościach, słychać jakieś dialogi... i słowa "... My Rifle Is My Best Friend..." to z filmu "Full Metal Jacket" Stanleya Kubricka, a to może oznaczać tylko jedno - "One". Nieodłączne wybuchy na scenie, huki, wystrzały, błyskające światła, dym i zaczyna się, najpierw powoli, a później to już wiadomo pełna euforia i ekstaza. Ten utwór przemija tak szybko, jak jest grany, a na dokładkę Metallica serwuje "Enter Sandmann", to jest to, nie mam pytań. Czuję się jak w niebie.
Zespół żegna się z nami, rozdaje gadżety i znika ze sceny, ale oczywiście powraca, bo to już czas na bisy. Hetfield pyta się czy chcemy utwór szybki, czy wolny... głosowanie krzykiem i wygrywa opcja szybka i zaczyna się "Dyers Eve", normalnie szok!!! Tego utworu się nie spodziewałem, pełna niespodzianka. Czyżby za atmosferę? Powiem krótko ja jestem zachwycony. Ciekawe, co było opcją wolną? I już na sam koniec "Seek And Destroy", oczywiście z chóralnymi śpiewami, wszyscy dają z siebie wszystko, i muzycy, i publiczność, gdyż to jest ostatni utwór tego koncertu. Jeszcze pożegnanie zespołu z nami, Polska flaga z napisem Metallica zostaje zawieszona na perkusji Larsa, a później popisy znajomości polskich słówek przez Roberta ("Dziękuja bardzo") i Kirka ("Na zdrowie"), jeszcze Urlich obiecuje, że na następny koncert nie będziemy czekali aż pięć lat (no zobaczymy!) i muzycy schodzą ze sceny. Zapalają się jupitery, pojawiają się techniczni i muzyka z taśmy...
...I tak kolejny koncert dobiegł końca.
Metallica grała około 2 godzin, 18 utworów, przeleciało nie wiadomo kiedy (a w szczególności 10 ostatnich). Koncert jak dla mnie świetny, Metallica w formie, niezłe światła i efekty pirotechniczne. Niesamowita publiczność, która śpiewała, klaskała, krzyczała itp. zresztą sami wiecie. Niewielkie zastrzeżenia można mieć do dźwięku, a raczej nagłośnienia (no może to tak było słychać tam gdzie stałem), ale w niczym to mi nie przeszkadzało. Świetne były telebimy, dzięki nim można było bez problemu obserwować, co się dzieje na scenie. Jednym słowem, jak dla mnie to: REWELACJA!. Szkoda tylko, że nie zagrali utworu "For Whom The Bell Tolls", bo to mój ulubiony utwór Metalliki, no ale reszta i tak w pełni mnie zadowoliła.
Pozdrowienia dla mojej załogi z samochodu (M., B. i R.) - śmiech to zdrowie,a z ciekawostek to powiem, że widziałem i chwilkę rozmawiałem z Radosławem Majdanem, bramkarzem Wisły Kraków.
|