Festiwal Solidarności - Uwolnić Muzykę


Festiwal Solidarności - Uwolnić Muzykę
Besides, Malchus, The Sixpounder, Obscure Sphinx
Środa Śląska - 25.07.2015 r.


Toi-toie...! Miałem nadzieje że to nie będzie tylko to co zapamiętam z czwartej edycji Festiwalu Solidarności - Uwolnić Muzykę, bo jednym z pierwszych wrażeń po zameldowaniu się na placu festiwalu była właśnie wizyta w tym przenośnym przybytku wiadomego czynu, który, przywitał nas uderzeniem powiewem czystości, bryzą mieszanki kwiatowych zapachów, zaś w środku do wyboru było po kilka taśm rolkowych... a to się zwyczajnie - nie zdarza

Ten nieco przewrotny wstęp wskazuje na jedno - niezwykły profesjonalizm organizacyjny, a także świetny dobór zespołów na dorobku o ciekawej stylistyce obracających się oczywiście w kręgach muzyki metalowej, jednakże umiejscowionych w niejednoznacznych ramach tego gatunku. Myślą łączącą i spajającą mogło być to, że większości z nich ma progresywne i nieszablonowe podejście do oferowanych słuchaczowi dźwięków.

Festiwal miał charakter dwudniowy, my zaś wybraliśmy w drugi dzień, czyli w sobotę 25 lipca do usytuowanej kilkadziesiąt kilometrów od Wrocławia Środy Śląskiej, na czwartą edycję Festiwalu Solidarności - Uwolnić Muzykę. Wprawdzie o samym gigu dowiedziałem się kilka dni przed imprezą, ale rzut oka na grające zespoły, pozwolił mi szybko zmotywować zarówno siebie jak i ekipę.

Jadąc, zdawaliśmy sobie sprawę kto zagra, zaś co zastaniemy po stronie organizacji koncertu było wielką niewiadomą. Zaskoczyliśmy się już malowniczym umiejscowieniem festiwalu w pobliżu parku wodnego i stawu kajakowego oraz dużą i solidną sceną. Nie zastaliśmy biesiadnego pikniku, gdzie upiec można co najwyżej pyry, ale festiwal zorganizowany bardzo sprawnie i z rozmachem. Kapele zaś pokazały wielki potencjał i równie duży profesjonalizm na scenie.

Po rozeznaniu się w terenie, przybiciu paru piątek z kręcącymi się tu i ówdzie muzykami choćby z The Sixpounder, przyszedł czas na nieśmiertelną kiełbę ze smalcem oraz pogawędki ze starymi znajomymi (pozdro Radii from Malchus)

Wraz ze zbliżającym się wieczorem swój występ rozpocząć miał Obscure Sphinx a więc pierwszy zespół jakiego wyczekiwałem. Kapelę widziałem przed Behemothem we wrocławskim Eterze i zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Tutaj zaś, na otwartej przestrzeni, w klimacie czerniejącego nieba i zapadającego zmroku wypadli w moim odczuciu fantastycznie. Klimat i grozę potęgowała bardzo ciężka, walcowata i hipnotyzująca muzyka, zawieszona w przeszywającym depresją stylu. Nisko nastrojone instrumenty, bulgoczący bas, poruszały wątrobę kojarząc się poniekąd z Meshuggah. Wielkim plusem jest świetna i charyzmatyczna wokalistka, potrafiąca nie tylko operować mocnym growlem, ale i czystym wokalem kojarzącym mi się momentami manierą wokalną z psychodelicznym Warrelem Dane z nieodżałowanego Nevermore. Do tego forma ekspresji i przerażający odjechany psychicznie image dopełniały całokształtu. Momentami można było niestety poczuć monotonię jednak, aby móc wchłonąć przekaz, należało zagłębić się w niego całym sobą i dać się ponieść dźwiękom niosącym klaustrofobiczny, zły i przygnębiający klimat, inaczej zwyczajnie przekaz odbijał się od nas wywołując - niezrozumienie.

Jako drugi (dla nas) na scenie zainstalował się wrocławski (? - hehe) The Sixpounder który zniszczył, wyrwał i pozamiatał… Kapela od razu porwała publikę i pokazała kto tutaj rządzi. Widać i słychać było że świetnie czują się na scenę i mają dużą frajdę z grania. Zupełnie inna forma wyrazu w porównaniu z Obscure Sphinxem, mocne i cięte riffowanie, podszyte thrashowym zacięciem porwało mnie i kupiło. Fajna konkretna jazda bez trzymanki, bezkompromisowość przekazu, świetna forma całego bandu i bijący od muzyków wielki potencjał i fun z gry pokazuje, że kapela zajść może naprawdę daleko. Spotkałem się z głosami (raczej głosem - halo Gumbyy!) że ruch sceniczny nie taki i brakuje dynamiki... i dokładnie w tym samym momencie, gitarzyści jakby dotknięci czarodziejską różdżką (albo czytający z ruchu ust - who knows) dolali nieco do ognia, zaczęli hasać po scenie i zamieniać się stronami a może po prostu się - rozgrzali. Całość uzupełniał charyzmatyczny wokalista, motywujący publiczność. No a publiczność... część publiczności... no dwuosobowe najbardziej reprezentatywne grono - motywowało zespół... skandując "idźpanwchuj, idźpanwchuj, idzpander, idzpander, sixponder..."

Widać było że część ludzi przyjechała na The Sixpounder, ponieważ zaraz po koncercie publiczność nieco się przerzedziła, na scenie sprawnie instalować zaczął się podkarpacki Malchus dowodzony niezmiennie przez Radka Sołka. Tym, którym wskazówka limitu paliwa w baku przesunęła się niebezpiecznie w rejony "E" szybko poszli dotankować czego trzeba, pozostali (ja!) w poszukiwaniu smalcu, a za plecami już poleciały pierwsze dźwięki. Najnowsza płyta Malchus bardzo mi się podobała, dlatego dużo obiecywałem sobie po tym koncercie, zaś poprzednia kapela ustawiła wysoko poprzeczkę. Początek nie był obiecujący, gdyż coś w przerwie stało z nagłośnieniem i otrzymaliśmy sound stłamszony, zupełnie bez energii i wyrazu - taki całkowicie zduszony. Wraz z kolejnymi utworami zaczęło się to zmieniać in plus, sytuację zaś poniekąd wyratował świetny "Dom zły" który podobnie jak na płycie mógł się podobać. Brzmienie zostało podniesione, kapela zaś mogła kontynuować swój chrześcijański przekaz, by coraz bardziej rozkręcając się wraz z kolejnymi numerami. Odniosłem wrażenie, że chłopaki jakby nie weszli w koncert na najwyższym biegu, zaś osobiście w odbiorze muzyki przeszkadzały nieco długie przerwy między kawałkami, bądź intra, psujące frajdę ze słuchania. Wizualnie zaś praktycznie brak scenicznego ruchu. Występ jest dobrym prognostykiem dla zespołu i trzymam kciuki za dalszy rozwój kapeli.

Później nastała jasność i cisza, choć była noc ponieważ Besides wprowadziło publikę w hipnotyzujący pejzaż dźwiękowych barw. Wypadało tylko zamknąć oczy, pogrążyć się w muzyce i płynąć niczym księżyc na tafli nieba. Muzyczny majestat, kosmiczny klimat i zaprezentowana niesamowita przestrzeń stworzyła świetny klimat. Jeżeli ktoś wskoczył w muzyczną podróż oferowaną przez kapelę, mógł bardzo emocjonalnie przeżywać występ karmiąc duszę. Magnetyzm i trans był wszechobecny również w samych muzykach, a atmosfera wybitna i skłaniająca do refleksji. W twórczości Besides kojarzącej mi się z Tides From Nebula nie uświadczymy wokalu, ale atmosfera muzyki w pełni to rekompensuje. Koncert który rozpoczął się po 24:00 był niezwykły i dostarczył mi wiele pozytywnych wrażeń. Odpłynąłem podobnie jak inni obecni, ponieważ Besides malowało dźwiękami niczym wprawny artysta dostarczając moc wrażeń i emocji.

Po koncercie mając uśmiech od ucha do ucha od Frantic Phila z The Sixpounder dowiedziałem się jeszcze od kogo można pożyczyć śrubokręt, a komu nie należy go oddawać, zakupiłem płytę Besides i zachłyśnięty ich muzyką, ale również świetnymi występami wspomnianych powyżej kapel oraz zadowolony z fajnego gigu zaoferowanego przez organizatora udałem się w podróż powrotną i wiem, że do Środy Śląskiej, jeżeli obsada będzie podobna - wrócę za rok.



Autor: Patryk Sochan

Data dodania: 27.07.2015 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!