Testament Klub Fabryka, Kraków - 03.06.2015 r.
Krakowski koncert zespołu Testament kończył moje wojaże które rozpoczęły się w Warszawie na Blind Guardian a po drodze był jeszcze Accept w Krakowie, Covan Wake For Us w Szczytnie i Blaze Bayley w Olsztynie. A to wszystko w ciągu dziewięciu dni. Jak widać - było intensywnie, ale o to właśnie chodzi.
Wyjazd do Krakowa zaplanowałem sobie przez Katowice, gdzie znajomi mieli mnie "przechwycić" i dalej już mieliśmy wspólnie podróżować. Droga prosta jak drut, odległość niezbyt wielka, więc niespodzianek nie powinno być. A jednak. Środowe popołudnie przed długim weekendem i masakra na ulicach w mieście i drogach poza nimi. Do Katowic przyjeżdżam godzinę po planowanym czasie. Wyjazd z Wrocławia lekko problematyczny, później korki na autostradzie, a sam wjazd do Katowic to istny horror. Znajomi też grzęzną w mega korkach i odbierają mnie około godziny 18-tej (2 godziny później niż pierwotnie było zaplanowane). Kolejne minuty uciekają na wyjeździe z Katowic i zaczyna się robić nieciekawie, bo widmo srogiego spóźnienia na koncert jest bardzo realne. Wreszcie udaje nam się opuścić miasto i zaczynamy odliczać kilometry do dawnej stolicy Polski. Support (Virgin Snatch) mamy zasadniczo z głowy, teraz tylko nadzieja, żeby zdążyć na gwiazdę wieczoru. W momencie gdy VS zaczyna swój występ (19:00) my jeszcze pędzimy autostradą A4. Zasadniczo na Testament powinniśmy zdążyć - jedyna kwestia jakie korki będą w Krakowie. Nadzieją jest dosyć późna pora... może nie będzie tak źle? Na szczęście sytuacja nie była tragiczna i w miarę sprawnie podjeżdżamy pod klub około 19:45. Uff... niewiele brakowało, gdyż Testament rozpoczyna według rozpiski o 20:10. Było trochę nerwowo, no ale na szczęście wszystko się skończyło pozytywnie. Spokojnie wchodzimy do klubu i oczywiście na dzień dobry spotykam znajomych. Szybkie przywitania, wymiana opowieści o problemach z dojazdem i pomału uciekam, żeby pomaszerować pod scenę.
Fabryka już dosyć mocno wypełniona, co nie dziwi, bo koncert był "sold out" i powoli przemieszczam się do przodu. Spokojnie zajmuję miejsce w 6-7 rzędzie i wygląda na to, że o barierce mogę zapomnieć. Jeszcze przez chwilę się rozglądam, analizuję i wyłapuję z mojej prawej strony bardzo "ciekawy" układ ludzi. Hmm... szybka decyzja, bo od początku koncertu dzielą nas już dosłownie minuty... no to ryzyk-fizyk. Mała "pętelka", grzeczne "przepraszam" raz i drugi... i jestem... w trzecim rzędzie! Doskonale. Tutaj po chwili robi się przyjemna luka i można z niej skorzystać, żeby podejść jeszcze bliżej. Obok mnie chłopak pomyślał dokładnie to samo, bo kilka kolejnych ruchów robimy identycznych. Na "szczęście" mój "instynkt" był ciut szybszy i jestem prawie w domu. Reszta to już formalność. W momencie gdy w klubie zapadła ciemność i z głośników zaczęło sączyć się intro - jestem przy barierce. Od lewej strony sceny, czyli tam gdzie urzęduje Eric Peterson. Po raz kolejny przekonałem się, iż sprytem i grzecznym przepraszam można więcej "ugrać", niż chamskim parciem do przodu nie patrząc na innych. No ale co kto woli...
Krótkie intro sprawnie przechodzi w utwór "Over The Wall" i tym samym koncert Testament rozpoczyna się od solidnego ciosu. A takich zaplanowano sporo i mam tego świadomość. Na scenie od samego początku zaczyna się solidna zabawa. Gitarzyści przez cały koncert szaleją. Eric co chwila doskakuje do mikrofonu i dokrzykuje chórki, Alex wycina swoje szalone solówki, a basista Steve DiGiorgio pokazuje klasę na swoim bezprogowym basie. Co ciekawe jego instrument wyposażony jest tylko w trzy struny. Ot taka awangarda chciałoby się rzec. No ale Szefem tej całej "zadymy" jest oczywiście Chuck Billy. Potężny (choć wydaje mi się, iż trochę stracił na wadze od ostatniego koncertu) z nieodłącznym mini statywem (podświetlanym!) na którym wycina większość riffów (gdy tylko nie śpiewa) i oczywiście wszystkie solówki. Efektownie to wygląda, gdy stanie obok gitarzysty który akurat gra solo i można popatrzeć jak sprawnie "odgrywa" to samo co Peterson, czy Skolnick. Podczas tych popisów Chuck ma swoje kostki gitarowe, więc profesjonalizm pełną gębą. Oczywiście po chwili zabawy te kostki lądują w publice i jedną z nich w późniejszej części imprezy udaje mi się złapać (dzięki ci Ty o moje koncertowe szczęście!).
Kolejny numer i kolejna petarda - "Rise Up" z ostatniej płyty zatytułowanej "Dark Roots Of Earth". Świetny numer, a na żywo po prostu rozwala... "Rise Up... War!" te refrenowe okrzyki mało co nie rozwaliły klubu. Muzycy uśmiechnięci, więc nasze śpiewy zrobiły na nich wrażenie. Testament nie zwalnia tempa i serwuje numer "More Than Meets The Eye" z płyty "The Formation Of Damnation". Ach... kolejny solidny łomot. Wreszcie chwila przerwy, którą wszyscy przyjmują z zadowoleniem, bo temperatura w klubie dawno przekroczyła standardy przyzwoitości. Na dworze upał, a w środku ukrop, bo nie ma mowy o jakiejkolwiek klimatyzacji. Po tych trzech numerach jestem już totalnie mokry, no ale kto by się tym przejmował. Chuck Billy wita się z nami i zapowiada kolejny numer. Opowiada, że to będzie coś o "jego ludziach", oraz o tym, że jest dumny ze swojego pochodzenia. No to wiadomo, że za chwile poleci "Native Blood". Tak się oczywiście dzieje i co tu dużo mówić. Bardzo lubię ten numer i jego zagranie sprawiło mi sporo frajdy.
Kolejna pozycja to przeskok do roku 1988 i płyty "The New Order" z której otrzymujemy "The Preacher". No i to thrash metalowe niedźwiadki lubią najbardziej, prawda? Świetnie zagrany, świetnie zaśpiewany z obowiązkowymi dodatkami od publiki - bardzo fajnie to wychodzi gdy ludzie dośpiewują te melodyjki. Rewelacja. Testament jednak nie zwalnia tempa i od razu poprawia numerem "First Strike Is Deadly" ze swojego debiutu ("The Legacy" z 1997 roku). Generalnie - pozamiatane! Pod sceną szaleństwo, na scenie niezła petarda i o to właśnie chodzi. Ależ ten koncert pędzi... nie ma chwili na zastanowienie się, bo już DiGiorgio podaje charakterystyczny wstęp na basie i wiadomo, iż "odwiedzimy" kolejną płytę z dyskografii Amerykanów. Tym razem jest to album "Souls Of Black" i kompozycja tytułowa. Trochę mniej szalone tempo, to można nabrać oddechu. Ja również przyglądam się scenie, bo ta jest niezwykle efektowna. Wystylizowana na jakąś starą świątynię ze zmurszałych cegieł, po bokach posągi aniołów, a za nimi u góry charakterystyczne testamentowe czachy. Perkusja na środku, na takich jakby schodkach, a z tyłu jakaś starożytna budowla. Do tego światła z przewagą czerwieni i niebieskiego, oraz zapach... kadzidełek. Muszę przyznać, iż bardzo efektownie to wszystko wyglądało. Świetna otoczka tego koncertu. Oczywiście wiadomo, iż to muzyka jest najważniejsza, no ale taki dodatek to też jest wartość dodana.
No i teraz czas na największą "niespodziankę" tego koncertu. Cztery kolejne utwory zostały zagrane według pewnego i bardzo prostego klucza: "Eerie Inhabitants", "The New Order", "Trial By Fire" i "Into The Pit". Załapaliście? Oczywiście, że to są cztery pierwsze kawałki z płyty "The New Order". Jak dla mnie kapitalna sprawa. To był niezły odlot, a jeszcze przed tym ostatnim Billy zapowiedział, że to coś specjalnie dla nas i oczekuje tego, co oczywiste. Jak łatwo się domyśleć - tańce pod sceną były konkretne. I znowu po takiej petardzie zespół dokłada do pieca. Kolejne odwiedziny na kolejnej płycie i znowu słuchamy utworu tytułowego, czyli "Practice What You Preach". Tutaj oczywiście publika ma swoją rolę do wykonania i można sobie sporo pośpiewać. Po tym kawałku krótka przerwa, gdyż naprawdę zaczyna być okrutnie gorąco. I tutaj spore słowa uznania dla organizatorów - momentalnie w fosie pojawia się kilka zgrzewek wody mineralnej, którą ochrona rozdaje ludziom. Kapitalna sprawa! To spokojnie pozwoliło wielu osobom przetrwać w tych dosyć trudnych warunkach bez uszczerbku na zdrowiu.
Krótka przerwa na scenie kończy się wraz z narastającym intrem, co zwiastuje tylko jedno... "D.N.R. (Do Not Resuscitate)"!!! No to już wiadomo, że będzie zniszczenie i pożoga... Ależ moc jest w tym utworze... Nawet Steve DiGiorgio jest odpowiednio przygotowany, bo na scenie tym razem paraduje z pięciostrunowym basem. Szaleństwo wśród publiki, a całość nakręca jeszcze bardziej Chuck Billy "rysując" (i podpowiadając wszystkim) kolejne literki z refrenu, czyli odpowiednio "D", "N" i oczywiście "R". Solidne lanie dostaliśmy tym numerem od Testament. Miało "boleć" i "bolało". Zespół ewakuuje się ze sceny i wygląda na to, że to koniec imprezy. Oczywiście bisy muszą być i też tak się dzieje. Chwila nawoływania i muzycy ponownie meldują się w komplecie. Tutaj taka mała historia - coś chłopakom się "pomieszało", bo zejście ze sceny miało być przed "D.N.R.". Nawet tak mieli to oznaczone na koncertowej setliście. Wtedy to intro przed tym numerem idealnie pasuje do ponownego wyjścia na scenę. No ale jakie to ma znaczenie?
Po powrocie Chuck zapowiada, że zagrają jeszcze dwa numery. Zerkam na DiGiorgio i widzę, iż dalej ma ten sam bas. No to obstawiam, że to będzie coś z płyty "The Gathering". Moje spostrzeżenia i wnioski są jak najbardziej słuszne, bo Testament serwuje "3 Days In Darkness". Bardzo fajnie połamany kawałek, który również sprawił mi sporo frajdy. No ale czas na ostatni akt tego koncertu. "Disciples Of The Watch", czyli to już szósty numer z płyty "The New Order"... aaa... kapitalna sprawa! Ostatnie dźwięki wybrzmiewają, muzycy żegnają się głębokimi ukłonami, trochę gadżetów ląduje w rozpalonej publiczności i to już jest koniec.
Widziałem Testament po raz szósty i był to jeden z lepszych koncertów. Na pewno wyżej oceniam niż ten z Poznania w 1999 roku (bo tam brzmienie było skopane - ściana dźwięku), jak i również ten z Metalmanii w 2007 roku. Wśród pozostałej "czwórki" nie jestem w stanie wybierać. Z drugiej strony też nie o to chodzi, bo muzyka to nie zawody sportowe, tylko emocje. A te były niesamowite w Fabryce. Świetnie bawiący się na scenie zespół, kapitalna setlista (lekko bym pomarudził, bo zabrakło mi "Alone In The Dark" i "True American Hate", a z tymi dwoma numerami byłoby genialnie) i sporo dobrej zabawy pod sceną. Po koncercie można spokojnie porozmawiać ze znajomymi, bo jak wiadomo przed nim to nie miałem na to czasu. Wrażenia są podobne... niby krótki koncert bo jakieś 75 minut, ale zadowolenia nie brakuje. Do ideału brakuje tylko... fotek z muzykami. No ale godzina jest bardzo wczesna, nam się zupełnie nie śpieszy, to postanawiamy sobie poczekać. I to był dobry pomysł, bo muzycy Testament pojedynczo wychodzą do zgromadzonych fanów. Pierwszy Chuck Billy, który dosyć szybko jednak się ewakuował (na szczęście udało się cyknąć wspólną fotkę), a następnie Gene Hoglan, Eric Peterson i Alex Scolnick. Na DiGiorgio już nie czekaliśmy (a wyszedł też), gdyż trzeba było wracać do Katowic, żeby nie uciekł mi pociąg do Wrocławia. Tutaj niemiła "niespodzianka", bo okazuje się, iż nie ma opcji miejscówki, bo cały skład już jest dawno wykupiony. No trudno - będzie urocze koczowanie na korytarzu. Jakoś te trzy godziny przebiedowałem i o 5:30 wysiadam z pociągu. Chwila moment jestem w domu. I tym samym zakończyłem swój mini maraton koncertowy. To było naprawdę fantastycznie szalonych dziewięć dni. Teraz kilka dni odpoczynku i następny przystanek - Exodus w Poznaniu!
ps. tradycyjnie kilka pozdrowień: Aneta, Żelazny, Bulik - dzięki za wspólne "współpodróżowanie" na trasie Katowice-Kraków-Katowice, oraz: Thomen(-ik!), Anioł, Leszek (do zobaczenia na Exodus!), Przemo z Latoroślą, Cormac & Asia i przespecjalnie pozdrowienia dla Oli (obiecałem hehe).
|