Blaze Bayley - Olsztyn


Blaze Bayley, Steelfire
Pub Andergrant, Olsztyn - 31.05.2015 r.


Blaze Bayley to człowiek, który wiele lat temu zdobył sobie moje uznanie i szacunek. Swoją niezłomnością i dążeniem do celu przeciwko wszelkim kłodom jakie mu życie rzucało pod nogi. Chłop nigdy nie miał lekko i nie raz już przy okazji innych relacji o tym pisałem. Pod koniec maja 2015 roku Blaze zaplanował pięć koncertów w naszym kraju. Wokalista jak zwykle nie zawodzi swoich polskich fanów i systematycznie u nas koncertuje. Tegoroczny koncert to było moje 9 spotkanie z Mr. Blaze.

Pierwszy z tej serii koncertów odbył się we Wrocławiu, czyli w moim mieście. Niestety - pech. Tego samego dnia w Krakowie gra Accept. No nic - dzień później jest koncert w Poznaniu i to przez długi czas był dobry pomysł. Jednak później okazało się, iż dzień przed Accept pojadę do Warszawy na Blind Guardian. No i tutaj porobiło się lekko skomplikowanie. Ze względów logistycznych ten Poznań niestety mi nie pasował i zostały 3 opcje. Warszawa i Kraków, albo najdalej - Olsztyn. Chwilę trwało zanim udało mi się ten temat ogarnąć, no ale koniec końców stanęło na... Olsztynie. Ale to tylko dlatego, iż połączyłem ten wyjazd z odwiedzinami w Szczytnie. Tam już zawsze będzie "kawałek mnie" i z przyjemnością połączyłem przyjemne z przyjemnym.

Tym samym zaliczyłem najdalszy (jak na razie) koncert w naszym kraju. Klub Andergrant to całkiem przyjemna miejscówka i bardzo fajne miejsce na takie koncerty. Przed gwiazdą wieczoru wystąpił support, którym był nasz rodzimy SteelFire. Na całej trasie supportować Błażeja miał zespół Chainsaw, który jednak na kilka dnie przed pierwszym koncertem musiał się wycofać z powodów logistycznych.

A SteelFire? Chłopaki zaprezentowali kawał solidnego hard'n'heavy ze sporą domieszką rock'n'rolla. Widać było spory luz na scenie, mnóstwo dobrej zabawy i totalne wyluzowanie. Muzycy sporo ruszali się podczas swojego występu i wdać było, iż doskonale się bawią, pomimo tego, iż przy barierce była garstka ludzi. Sporo pozytywnego zamieszania wprowadzał wokalista Paweł Markowski, który spożytkowaną energią podczas swojego występu mógłby obdzielić ze dwa-trzy inne zespoły. Dawno nie widziałem tak "szaleńczego tańca" (zachowanie a'la młody Axl Rose!) przez cały show. Chłopak jest tak nabuzowany, że kilka sekund w bezruchu wydaje się czymś niemożliwym do osiągnięcia. Do tego swoje dokładają gitarzyści, którzy bardzo często zmieniali swoje pozycje, co tylko ubarwiało ten występ. Widać, iż ruch sceniczny ta kapela opracowała sobie idealnie. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo. Po prostu uwielbiam jak tyle dzieje się na scenie. Muzycznie też było nieźle, więc jeśli chodzi o support to oczywiście jak najbardziej na plus. SteelFire zagrali 40 minut i pozostawili po sobie bardzo dobre wrażenie.

Pół godziny później pod sceną zrobiło się tłoczniej, a ja na spokojnie oczekiwałem przy barierce. Blaze i 3/4 zespołu Absolva (bez drugiego gitarzysty, którym jest znany z Iced Earth - tam gra na basie - Luke Appleton) weszli na scenę i bez większego przygotowania odpalili numer zatytułowany "Born As A Stranger". Nie był to przypadkowy wybór, gdyż obecna trasa odbywała się w 15-tą rocznicę wydania debiutanckiej płyty (wtedy pod szyldem Blaze) zatytułowanej "Silicon Messiah". Przygotowano okolicznościowe koszulki i album w wersji vinylowej. Bayley wspominał ze sceny jak to wyglądało po jego odejściu z Maiden. Nagrał płytę (świetną zresztą) a ówczesna wytwórnia nie zorganizowała mu ani jednego koncertu promującego to wydawnictwo. Blaze żartobliwie dodał, że to jest jego zemsta po latach, a już bardziej serio dodał, iż to jest trasa jaką po prostu chciał wtedy zagrać i myślał o niej od lat.

Z tego celebrowanego albumu zostały zagrane jeszcze numery: "Ghost In The Machine, pięknie zaśpiewany "Silicon Messiah", rozpędzony "The Brave", "Reach For The Horizon" i "Stare At The Sun". Był jeszcze utwór "The Day I Fell To Earth", który pełnił rolę bonusowej kompozycji na wydawnictwach w Japonii i Południowej Ameryce. Jak dla mnie te utwory to była świetna sprawa. Uwielbiam w zasadzie wszystkie solowe albumy Blaze, ale to właśnie debiut chyba cenię sobie najbardziej. Myślę, że te siedem kompozycji doskonale wypełniły temat "promocji" płyty "Silicon Messiah".

Wiadomo jednak, że jak koncert to i inne albumy muszą zostać zaprezentowane. I tak to wyglądało jeśli chodzi o poszczególne krążki: z "Tenth Dimension" było grane tylko genialne "Kill And Destroy". Z kolejnej pozycji w dyskografii Blaze, czyli płyty "Blood & Belief" poleciało: "Ten Seconds" i wspaniały utwór tytułowy. Tutaj był piękne śpiewy publiki:

"Blood And Belief
They Take From Me My
Blood And Belief
They Take From Me My
BLOOD!"


świetna sprawa. Album zatytułowany "The Man Who Would Not Die" miał tylko jednego reprezentanta w postaci czadowego "Samurai". Podobnie sprawa wyglądała z kolejnym krążkiem "Promise And Terror" z którego zagrano "Watching The Night Sky". Przyznam, iż wybór tych solowych numerów jak dla mnie był doskonały. Oczywiście wolałbym jeszcze ze dwa-trzy numery których mi zabrakło, no ale nie wypada narzekać w tym przypadku. Jak wiadomo Blaze Bayley to nie tylko solowe kawałki, ale też covery. I tutaj tradycyjnie Wolfsbane miał jednego reprezentanta w postaci "(Tough As) Steel". No i oczywiście Iron Maiden. Tutaj też klasycznie, ale nie do końca... no ale o tym na sam koniec. Blaze tym razem zdecydowała się na numery które gra od zawsze, czyli "Futureal", "Lord Of The Flies", "Man On The Edge" i "The Clansman". Ku mojej wielkiej radości był też uwielbiany przeze mnie "Virus" ("The Rats In The Cellar, You Know Who You Are"!). No i na sam koniec... spora niespodzianka. Na bis był wspomniany już "Man On The Edge" i pod sam koniec zespół efektownie "zawiesił" się na końcówce tego kawałka... chwila przedłużonego grania i budowania napięcia... i bum! "Fear Of The Dark". Ależ radości Blaze i zespół tym numerem sprawił wszystkim zgromadzonym w klubie. Zabawa była przednia, a szaleństwo sięgnęło zenitu. Ten numer na koniec to było genialne posunięcie. Kapitalne ukoronowanie tego bardzo dobrego przecież koncertu.

Zresztą dla mnie to nie była najmniejsza niespodzianka. To był mój 9 raz z Blaze i po raz kolejny przekonałem się, co to znaczy mieć tę muzykę w sercu. Ten facet daje z siebie za każdym razem 100% i to bez znaczenia dla ilu osób gra. Nawet jak w klubie jest garstka ludzi, to Blaze traktuje ich po "królewsku". Od pierwszej do ostatniej sekundy zachęca do wspólnej zabawy. Do śpiewania, klaskania, wydzierania się itp. Mało tego - jak się patrzy na niego i widzi jak on się cieszy za każdym razem gdy publika ciut głośniej zaśpiewa to aż serce się raduje. To wygląda jak radość małego dziecka, które właśnie otrzymało lizaka. I tak właśnie szczery jest nasz Blaze. Na każdym koncercie powtarza, że nie ma wytwórni, nie ma managera który dba o jego interesy. Wszystko co ma - to fani, którzy go wspierają kupując płyty, gadżety i bilety na koncerty. I to dla nich angażuje się w pełni na każdym kolejnym koncercie. Po koncercie prosto ze sceny podszedł do wszystkich przy barierce i osobiście podziękował przybijając piątki. I to nie takie "pac, pac, pac..." tylko każdemu z osobna powiedział, iż "dziękuję za przyjście na koncert". Po czym oczywiście (jak tradycja nakazuje) poszedł na stoisko z merchem i czekał aż wszystko zdobędą od niego autograf, zdjęcie, czy te kilka słów rozmowy.

I jeszcze jedna sytuacja... podczas utworu "Virus" w pewnym momencie Blaze zbiegł ze sceny i zostawił muzyków samych na części instrumentalnej. Ta się troszkę przeciągnęła i muzycy rozsądnie zrobili elegancką pętelkę. Po chwili wokalista wrócił na scenę i gestem pokazał muzykom, żeby przerwali na chwilę swoją grę. Po czym w kilku dosadnych zdaniach opierdolił kogoś z tyłu klub i poprosił go, żeby po prostu... "wypier.....". O co chodziło? Blaze chwilę tłumaczył, iż jakiś narąbany gość "nie szanował jego fanów". Co się działo? Trudno powiedzieć. Chwilę później pomiędzy kolejnymi utworami Blaze podszedł do młodego chłopaka przy barierce i... przeprosił go za zachowanie tego wywalonego z klubu typka. Taki właśnie jest Blaze. Facet który szanuje każdego swojego fana, bo jak sam twierdzi tylko ich ma. No i coś o czym dowiedziałem się dzisiaj, czyli dwa dni po koncercie. Napisał do mnie na Facebooku gitarzysta Chris Appleton czy nie chciałbym się wybrać na... "Secret Gig". Bo jak się okazało Blaze i muzycy są jeszcze w Olsztynie i wymyślili sobie, że zagrają mały akustyczny koncert. Oczywiście... niebiletowany. Dzień wcześniej poszli sobie na kolację i wieczorne piwo i wylądowali w miejscu w którym jakiś inny zespół grał koncert. Tak im się spodobało to miejsce, że wymyślili ten akustyczny koncert następnego dnia. Ależ szkoda, że już zjechałem do domu, bo bardzo chętnie spotkałbym się po raz kolejny z Blaze i jego ekipa.

Ten koncert był dla mnie genialną sprawą. I jeśli chodzi o Blaze to następnym razem też pojadę... choćby te 500 kilometrów jak będzie trzeba. Bo wiem, że warto i powtarzam to przy każdej okazji. A szansa na kolejny koncert pojawi się już w kwietniu, o czym Blaze poinformował ze sceny.

ps.
na koniec dwa serdeczne pozdrowienia dla moich współtowarzyszy na tym koncercie. Ślicznie dziękuję Anetko ("Dzień Dziecka"!) za towarzystwo i opiekę, oraz Panu Panie Tajemniczy O Którym Nie Wolno Mówić W Kontekście Tego Koncertu (haha!)



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 10.06.2015 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!