Accept Fabryka, Kraków - 27.05.2015 r.
Accept to jeden z ważniejszych dla mnie zespołów, gdyż obok Iron Maiden, Running Wild czy Judas Priest to właśnie Niemcy ukształtowali mój muzyczny gust. Koncert tej formacji to dla mnie zawsze "świętość". Wystarczy wspomnieć, iż właśnie występ Accept na festiwalu Wacken Open Air w 2005 roku zmobilizował mnie, żeby w końcu tam się wybrać po raz pierwszy.
Krakowski koncert pod koniec maja 2015 roku przypadł dzień później niż warszawski występ Blind Guardian. Trochę niefortunna zbitka, no ale bez przesady. Nie raz robiło się koncerty dzień po dniu w różnych miastach. Podobnie było tym razem. Szybka akcja została zaplanowana w kilka chwil i było wiadomo, że jazda na ten koncert odbędzie się z rozgrzewką w Warszawie.
W krakowskim klubie Fabryka byłem po raz pierwszy, no ale jakoś specjalnie nie było dane mi się po nim porozglądać. Przybyliśmy w trakcie występu supportu i praktycznie dwa kroki po wejściu do klubu spotkaliśmy znajomych. No i oczywiście pogawędki były ważniejsze niż cokolwiek innego. Dopiero dłuższa już cisza z sali koncertowej zmusiła mnie do udania się pod scenę. Tutaj już spore wypełnienie klubu i jakoś tak w miarę spokojnie udało mi się przejść do 3-4 rzędu. Kilka minut oczekiwania i Fabrykę zalała ciemność... z głośników poleciało narastające intro, które sprawnie zamieniło się w numer "Stampede". Po raz drugi miałem przyjemność usłyszeć taki początek koncertu w wykonaniu Accept, bo w 2014 roku na Wacken było podobnie. Z tym, że na tym festiwalu był to specjalny występ opatrzony tytułem "Restless And Wild / Best Of Show". Jednak latem jedynym "wyłomem" był właśnie przedpremierowo wtedy grany "Stampede". W Krakowie mieliśmy do czynienie z trasą promująca album "Blind Rage" i należało się spodziewać kilku kompozycji z tego krążka. I rzeczywiście tak było, no ale nie uprzedzajmy faktów.
Otwierający koncert numer dosyć szybko przeleciał i płynnie przeszedł w "Stalingrad". Bardzo dobry ruch na początek show, bo ten numer ma w sobie spory potencjał do grania na żywo. W połowie tej kompozycji lekka konsternacja w klubie, bo zespół z premedytacją pominął fragment w którym wpleciono hymn Rosji. Swoją drogą ciekawi mnie bardzo dlaczego tak się stało. Może muzycy pomyśleli, iż w Polsce nie będzie to mile widziane? No ciekawostka na pewno jest. Na szczęście czasu do rozmyślania nie było zbyt wiele, bo Accept od razu zaserwował kolejną petardę pod tytułem "Hellfire". Jak na razie początek koncertu to nowsze kompozycje, no ale wiadomo, że i na "klassikiery" przyjdzie czas. No i ledwo tak pomyślałem, a to już jazda z "London Leatherboys". Obowiązkowe zaśpiewy w refrenach (ale to w zasadzie na każdym kawałku się działo) i od razu poprawka w postaci "Losers And Winers". O tak... uwielbiam ten kawałek i za każdym razem mam sporo zabawy przy nim. Zresztą nie tylko ja, bo pod sceną w tym momencie było już po prostu piekielnie. W tak zwanym "międzyczasie" spokojnie przemieściłem się do drugiego rzędu i już z tego miejsca na spokojnie oglądałem sobie koncert do jego końca.
A tutaj dalej działy się doskonałe rzeczy - kolejna pozycja to był "Bloodbath Mastermind" od razu poprawiony klasycznym "Midnight Mover". Dopiero po takiej dawce utworów zespół zaplanował swoją pierwszą przerwę. Jednak to było tylko krótkich chwil na "dwa łyki wody" i jedziemy dalej z "Dying Breed". Jak się okazało był to czteroutworowy pakiet nowości, bo jako kolejne poleciały: "Final Journey", "Shadow Soldiers" (świetny numer!) i "The Curse". Po takiej dawce nowości kolejna przerwa i dopiero w tym momencie Mark Tornillo przywitał się z nami kilkoma słowami. Jak wiadomo ten wokalista nie należy do zbyt gadatliwych i tym razem było podobnie. Zresztą największe show robią gitarzysta Wolf i basista Peter. No i w tym momencie należałoby wspomnieć o nowych nabytkach w obozie Accept. Bo przecież nowym perkusistą niedawno został dosyć anonimowy Christopher Williams, a posadę gitarzysty objął Uwe Lulis (znany z Grave Digger, czy też Rebellion). Jak sprawiły się nowe nabytki? Całkiem nieźle, no ale nie oszukujmy się. Lulis cały koncert stał z tyłu i zagrał może ze dwie solówki. No cóż... z drugiej strony sam był niedawno technicznym... w Accept. Miejmy nadzieję, iż przy okazji komponowania nowego materiału będzie miał okazję więcej się wykazać. To jeszcze z personalnych ciekawostek - technicznym od perkusji był sam... Jörg Michael (znany m.in. z Running Wild, Grave Digger, Mekong Delta, HeadHunter, Rage, czy Stratovarius).
No ale wracajmy do Krakowa. Krótkie powitanie od zespołu i lecimy dalej z koncertem. A tutaj lekko nie ma, bo bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zostaliśmy potraktowani numerem "Restless And Wild". Oj naprawdę musiało być głośno bo uśmiech nie schodził z twarzy Wolfa, który co chwilę nakręcał nas do jeszcze głośniejszego śpiewu. No ale to jest taki numer, że nie sposób przejść koło niego obojętnie, prawda? A jak jest petarda, to po niej często trzeba odetchnąć i tutaj idealnie sprawdził się numer "Demon's Night", czyli kolejna wycieczka do roku 1982 i płyty "Restless And Wild". Jak łatwo można było się domyśleć - nie ostatnia tego wieczoru. Ale wcześniej Accept zaserwował coś z nowszego repertuaru i był to numer "No Shelter". Kolejna pozycja to żelazny klasyk - "Princess Of The Dawn" ze wspomnianej przed chwilą płyty. Wspaniale zaśpiewany przez publikę, z obowiązkowym przedłużaniem i efektownym zakończeniem. I znowu wyszło doświadczenie zespołu - po takim solidnym łomocie chwila przerwy i uspokojenie emocji w postaci kawałka "Dark Side Of My Heart". Przyznaje, iż na płycie ten numer robi na mnie piorunujące wrażenie (refreny!), a w wersji "live" po prostu się "rozpłynąłem". coś genialnego po prostu. Nie mam pytań!
Jednak znowu Accept nie dał mi szans na dłuższe delektowanie się "przyjemnościami", bo od razu odpalili "Pandemic", a po nim dowalili klasykiem w postaci "Fast As A Shark". I w przypadku tego kawałka mieliśmy brak ostrzeżenia, co za chwilę się będzie działo, bo zespół zrezygnował z tego pociesznego "intro". Coś mi się wydaje, że wciąż pamiętają "aferę" z 1986 roku, gdy ludzie w Polsce strasznie gwizdali i buczeli na te "germańskie zaśpiewki". Po takiej dawce szaleństw - wszak to był już 18 numer na tym koncercie (!) zespół opuścił scenę. No cóż... okrutnie szybko zleciał mi ten koncert... bez dwóch zdań za szybko, no ale wiadomo, że muzyk to też tylko człowiek i zasób sił ma ograniczony.
Oczywiście były jeszcze trzy bisy i tutaj wiadomo było, że nie będzie najmniejszej litości. Po krótkim wywoływaniu Accept powraca na scenę, a Mark dodatkowo pozbył się koszulki. Trzeba przyznać, iż facet wygląda imponująco jak na swoje 61 lata. Zespół zaplanował trzy bisy i w zasadzie nie było niespodzianki co to będzie. Zaczynamy oczywiście od "Metal Heart" - dla mnie to oczywiście mój hymn i w zasadzie nic więcej nie muszę dodawać. Wspaniale odśpiewany, kapitalnie zgrany, no i oczywiście byłem na granicy totalnego wzruszenia. Jak zwykle zresztą i to się pewno nigdy nie zmieni. Numer dwa to "Teutonic Terror". Niby jest to zaskakujące, iż numer z 2010 roku tak szybko awansował to bisowych numerów obowiązkowych, no ale mnie to zupełnie nie dziwi. Ten numer tak genialnie połączył stare Accept z tym nowym (pamiętacie teledyskowe spalenie gitar na modłę okładki "Restless & Wild"?), że to była kwestia jednej-dwóch tras, iż tak się stanie. Co obecnie właśnie obserwujemy. No i oczywiście na sam koniec otrzymaliśmy "Balls To The Wall", którym to Accept od lat kończy swoje występy. Te trzy bisy to taka kwintesencja występu tego zespołu na żywo. Albo koncert w pigułce, gdyż te numery zawierają w sobie wszystko to co w muzyce Accept jest dla mnie najpiękniejsze. Świetne riffy, cudne melodie, charakterystyczne wokale i śpiewne refreny. Muzycy żegnają się z nami, trochę gadżetów ląduje pod scenę (bez zdobyczy tym razem) i po chwili na scenie meldują się techniczni. Kolejny koncert za mną i czas na pierwsze wrażenia.
To był magiczny wieczór w Fabryce. Szczerze mówiąc tego się spodziewałem, bo Accept na żywo to cholernie dobry zespół. Widziałem ich po raz piąty i po raz piąty zostałem powalony. Coś pięknego ileż pozytywnych emocji pozostawia ten zespół w moim sercu. I wiem na pewno, że to nie był nasz ostatni raz. Jak tylko zdrowie dopisze i będzie okazja gdzieś w pobliżu zobaczyć Accept - na pewno to zrobię. Nie będę się zastanawiał ani chwili. Dla tych pięknych chwil, dla tego zaangażowania muzyków po prostu warto.
ps. pozdrowienia dla: Strati & Marcin za całą warszawsko-krakowską przygodę, oraz Aneta, Lucy, Żelazny, Ramza, Bulik, oraz dla znajomych spotkanych na koncercie ze szczególnym uwzględnieniem: Anioł (Hell Yeah!) & Family.
|