In Flames, Wovenwar, While She Sleeps Studio, Kraków - 27.09.2014 r.
Bilety na krakowski koncert szwedzkiej supergwiazdy zostały w całości wyprzedane - niby nic dziwnego, ale biorąc pod uwagę zawartość najnowszego krążka In Flames można by zastanowić się przynajmniej nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, co rządzi kupującymi bilety fanami, sentymenty czy duża doza odporności na muzyczne eksperymenty zespołu? A po drugie, na ile starych, klasycznych i nieśmiertelnych hitów można liczyć, wybierając się na występ metalowego kwintetu? Koncert w Studiu nie dał jasnej odpowiedzi na żadne z tych pytań, ale mimo to warto go opisać.
Wydaje się, że wyborem supportów dla szwedzkiej fabryki melodii nie rządzi przypadek, dlatego też skłoniłbym się ku stwierdzeniu, że na obecność amerykanów z Wovenwar na tej trasie wpłynęły zażyłe stosunki z muzykami As I Lay Dying, którzy w dużej mierze zasilili szeregi tej debiutującej kapeli. Cóż, tyle historii. Sam występ na żywo uznałbym co najwyżej za poprawny, próżno szukać było dobrze znanej metalcore'owej energii, tak solidnie reprezentowanej w czasie występów z niesławnym Timem Lambesisem. O wiele lepiej natomiast zaprezentował się drugi z zespołów, mających za zadanie rozgrzanie publiczności przed występem Szwedów. Wywodzący się z Sheffield Brytyjczycy zebrani w While She Sleeps zaprezentowali świeże, żywiołowe podejście do hardcore'owego grania, do jakiego przyzwyczaiły nas amerykańskie załogi. Jednocześnie na swój sposób blisko im do nowoczesnych grup uprawiających muzykę metalową rodem z Europy. Ewentualne porównania do Bring Me The Horizon uznaję za korzystne.
Gwiazda wieczoru podczas kilkukrotnych już wizyt w Polsce, które zresztą miały miejsce w nie tak odległej przeszłości, przyzwyczaiła fanów zespołu do przynajmniej dwóch rzeczy: występów na żywo na wysokim, światowym poziomie i, ku przerażeniu bardziej zatwardziałych entuzjastów gatunku, żelaznej konsekwencji w doborze utworów do setlisty. Dlatego też nikt nie powinien być zdziwiony, że lwią część koncertu poświęcono promocji ostatniego albumu "Siren Charms". Powiedzieć, że płyta to kolejny krok w ewolucji zespołu, to mało - wydaje się wręcz, że pewien etap metalowa marka ma już za sobą. Miło zaskoczyli muzycy, powracając do żelaznych niegdyś standardów w rodzaju "Triggera" czy "Only For The Weak". Zupełnie natomiast musiało wprawić w osłupienie młodszą część publiczności wykonanie "Resin", który ani specjalnie często nie był grany na żywo przed kilkunastoma laty, ani też chyba nie cieszy się zbytnim powodzeniem wśród fanów. Jednak starsi ze znawców tematu, wliczając w to autora niniejszego tekstu, byli wniebowzięci. Zebrana w krakowskim klubie publiczność żywiołowo reagowała na prezentowany materiał, trudno zresztą żeby było inaczej, biorąc pod uwagę naszpikowanie setlisty potencjalnymi hitami. Dziwić może wybór "The Chosen Pessimist" - ot, wydaje się to kaprysem grupy. Akurat ten utwór można było zastąpić dwoma krótszymi i bardziej energicznymi kawałkami - jak wspominałem, konsekwencja w wyborze pozostaje żelazna.
Jak by nie patrzeć, In Flames na żywo to wciąż rzetelny kawał ciężkiego grania, a że coraz bardziej oddala się od swojego pierwowzoru - zespołu niestrudzenie koncertującego na całym świecie, wykuwającego sobie drogę do sławy metalowymi hymnami - to już inna historia. Jeśli byliście w Studiu w końcówce września, z pewnością nie wyszliście z klubu zawiedzeni. Jednak jeśli zabrakło wam szczęścia na kupno biletu - nie martwcie się, Szwedzi wkrótce znów odwiedzą nasz kraj. Czy promując materiał równie udany, jak ten sprzed kilkunastu laty - czas pokaże.
|