Castle Party 2014


Castle Party 2014
Bolków - 17-20.07.2014 r.


Uwielbiam Castle Party. To Festiwal inny niż wszystkie. Największy a jednak kameralny, mroczny a mieniący się feerią barw, gotycko melancholijny a jednak pełen życzliwych uśmiechów. Takie wspomnienia z poprzednich lat pojawiły się w mojej głowie tuż przed tegoroczną edycją. Okazało się, że nie są one tylko wyidealizowaną przeszłością ale rzeczywistością, w której dane mi było uczestniczyć w połowie lipca tego roku.

Do rodzinnego Bolkowa dotarłem już w czwartkowe popołudnie. W mieście można już było poczuć festiwalową atmosferę. Tego dnia koncerty odbywały się na małej scenie w byłym kościele ewangelickim, który od wielu już lat funkcjonuje jako sala gimnastyczna. Wraz z ekipą znajomych powoli wczuwaliśmy się w klimat. Spotkania ze znajomymi, spacer po miasteczku i powolne sączenie złotego chmielowego trunku sprawiły, że pod kościół dotarliśmy gdy wewnątrz swój występ dawała Lacrima. Przyjemne to były dźwięki. Nie ukrywam, że koncert bardziej podsłuchiwałem z zewnątrz a do środka wbiłem się na dwa ostatnie kawałki. Kawał dobrego metalowego grania. Ludzi może nie było bardzo dużo, ale pamiętajmy, że był dopiero czwartek i sporo osób jeszcze na fest nie dotarło.

Po Lacrimie na scenę wkroczył oczekiwany przeze mnie (i sądząc po publiczności nie tylko przeze mnie) niemiecki Golden Apes. Melancholijny gotycki rock jaki zaprezentowali, mógł się podobać. Głęboki, niski głos wokalisty, żywe gitary, niepokojące wizualizacje w tle i ponury nastrój. Bardzo lubię takie granie, które nie sili się na bycie mrocznym. Ono po prostu mrocznym jest. I nie mam tu na myśli kiczowatego mroku spod znaku niektórych tworów black metalowych czy gotycko metalowych. Po koncercie obowiązkowa wycieczka po płytę zespołu a tam niespodzianka. Otóż gitarzysta był tak zaskoczony, że chcemy kupić kilka różnych albumów, że w gratisie dorzucił kilka przypinek - mały a jakże miły gest. Odwdzięczyliśmy się zaproszeniem na after party do jednego z festiwalowych klubów. Panowie podziękowali, ale wykpili się koniecznością porannego wyjazdu na dalsze koncerty w trasie... Tak, jasne...

Stałym punktem po koncertach - czy to kościelnych czy później zamkowych - była wizyta w klubie Sorento, w którym organizowane było całonocne imprezy spod znaku Bat-Cave. Ciekawe sety dj'ów i przede wszystkim dobra zabawa przy gitarowej muzyce przyciągały co wieczór sporą rzeszę fanów. W pierwszą noc przyciągnęły też... chłopaków z Golden Apes. Była okazja do rozmów, wspólnej wódki oraz dogadania szczegółów ich najbliższej wizyty w Polsce. Tak, tak... już we wrześniu Golden Apes zagra we Wrocławiu. Zachęcam!

Drugi dzień zaczął się dla mnie występem rosyjskiego Theodor Bastard. Grupa zaprezentowała folkowe granie. Widać było inspiracje twórczością Dead Can Dance czy... Arkony! Nie jest to jednak zarzut - bynajmniej! Zespół sprawnie żonglował klimatem od typowo folk-zaśpiewów aż do niezłej galopady gitarowej! Chciałbym kiedyś zobaczyć zespół na występie klubowym lub - na zamku lecz w godzinach późnowieczornych. Co tu dużo mówić - palące słońce doskwierało (jak się okazało przez cały festiwal towarem deficytowym był cień), dając się we znaki tak muzykom jak i publiczności.

Kolejny w rozpisce She Past Away zupełnie mnie do siebie nie przekonał. I pomimo szczerych chęci wytrzymałem trzy kawałki, reszty koncertu słuchając w cieniu zamkowych murów, spacerując i racząc się zimnym piwem. Była to też okazja do zapoznania się ze stoiskami pełnymi wszelakich dóbr: płyt, koszulek, akcesoriów skórzanych i lateksowych. Świetnym pomysłem było sprowadzenie na zamek firmy Alchemy Gothic. Produkty drogie jednak posiadające swój urok i oryginalny sznyt. Chcę pochwalić też festiwalową koszulkę! Wreszcie CP doczekało się naprawdę - moim zdaniem - dobrego wzoru koszulki. Niewielkie logo festiwalu na piersi oraz rozpiska kapel na plecach. Cóż za miła odmiana od zeszłorocznych, niby-jubileuszowych koszulek, które jakością wzoru i wykonania nie grzeszyły.

Na następne dwa występy spuszczę zasłonę milczenia. Nigdy nie rozumiałem - jak to nazywam - gotyckiego techno. A takie było prezentowane przez Grendel i The Klinik. Zespoły jednak zgromadziły całkiem sporą rzeszę fanów, potwierdzając, że nie znalazły się na zamku przypadkowo. Swoją drogą - taką różnorodność uważam za zaletę festiwalu. Zawsze jest czas aby uzupełnić płyny, coś zjeść czy.. pójść na drugą scenę. W piątek bowiem na małej scenie rządził black metal. Osobiście odpuściłem sobie bieganie między scenami, jednak z relacji znajomych wiem, że była siara i szatan!

Moonspell - to na nich czekałem najbardziej w tym roku. Nie twierdzę, że jestem ogromnym fanem zespołu, jednak po zeszłorocznym, świetnym koncercie, jaki dali we Wrocławiu zawsze chętnie ich posłucham i zobaczę. Byłem też ciekaw jak ich muzyka zabrzmi w pięknej scenerii bolkowskiej twierdzy. Zabrzmiała genialnie! Zespół zagrał praktycznie kalkę koncertu z wrocławskiego Alibii. W niczym mi to jednak nie przeszkadzało! Rozpoczęli od "Axis Mundi" w którym Fernando Ribeiro wkroczył na scenę marszowym krokiem w hełmie rzymskiego legionisty na głowie. Dalej było wszystko czego potrzeba: ciężkie gitary, żywa i głęboka perkusja, niepowtarzalny wokal. Publika najgłośniej reagowała oczywiście na hity jak choćby "Opium" czy "Full Moon Madness". Świetnym momentem było zagranie utworu dedykowanego pamięci Petera Steel'a. Ach te gitary stylizowane na piłowanie Type O Negative... Co więcej? Pośpiewaliśmy razem przy "Alma Mater" (swoją drogą - ten utwór to koncertowa petarda!), potańczyliśmy przy portugalskim folku "Ataegina". Koncert zleciał bardzo szybko ale dla mnie był najlepszym koncertem tegorocznego Castle Party! Niezmiernie cieszy, że organizatorzy od jakiegoś czasu stawiają zespoły metalowe wpisujące się w konwencję. W zeszłym roku Lacrimosa, w tym Moospell. Ciekawe kto z tej ligi pojawi się za rok. Marzy się pewien zespól na literkę "T".

Sobotnie koncerty otwierał legnicki This Cold. Jak wskazuje nazwa, zespół zaserwował nam zimnofalowe granie. Dobrze, że na wokal wróciła już, znana wcześniej z Desdemony - Agata (w listopadzie zeszłego roku po wypadku Agaty zespół musiał ratować się na koncertach inną wokalistką). Jej głos świetnie pasuje do serwowanych przez zespół chłodnych dźwięków. To był dobry koncert, chociaż myślę, że zespół przyjemniej oglądałoby się tuż przed np. Golden Apes lub choćby o późniejszej porze. Godzina 15 i żar lejący się z nieba nie pomagał.

Sui Generis Umbra i Desdemona w rozpisce - pomimo posiadania wielu oddanych fanów - nie wzbudzały we mnie większych emocji. W związku z tym ich koncerty poświęcone zostały na integrację towarzyską.

Castle Party jest dla mnie co roku miejscem ciekawych muzycznych odkryć. W tym roku miano odkrycia festiwalu należy się zdecydowanie francuskiemu Alcest. Jeśli wierzyć Wikipedii zespół wyrósł z korzeni black metalowych a teraz gra coś co nazywa się shoegaze (termin oznaczający tyle co wpatrywanie się gitarzystów zespołów w swoje buty w trakcie koncertu... kochane szufladki). Grupa zagrała solidny gotycko-rockowy koncert, ocierając się momentami o melancholijny metal. Było ciężko, było melodyjnie, było naprawdę ciekawie. Kolejny zespół do bliższego poznania i obejrzenia na klubowej scenie. Jeszcze o nich usłyszymy! Swoją drogą - co ta Francja ma w sobie, że jest wylęgarnią ciekawych, gotyckich zespołów, które gdy trzeba są smutno-mroczne ale gdy jest okazja - potrafią przypieprzyć gitarową nawalanką czy graniem na dwie stopy?

The 69 Eyes. Dla mnie ten zespół zawsze istniał gdzieś z boku. Nigdy nie wsłuchiwałem się w ich twórczość, traktując ją raczej jako drugą czy nawet trzecią ligę metalu. Trzeba przyznać, że przeżyłem spore zaskoczenie! Fajny, podany na luzie goth'n'roll. Przyjemne riffy, niezła praca perkusji, dobry wokal. Panowie nie wynaleźli prochu tylko po prostu wyszli na scenę i bez kompleksów zaprezentowali swoją twórczość. Wrażenie mogła robić na pewno widowiskowa gra perkusisty, pozbawionego - ku uciesze płci pięknej - koszulki. Byli dobrą odskocznią po Alcest. Chętnie zobaczę raz jeszcze przy jakiejś okazji.

W czasie gdy na głównej scenie swój popis dawali Finowie w kościele grali krajanie z Blindead. Jak wynika z relacji jednego z Przyjaciół koncert "urwał dupę". Ciekawe gitary, niebanalne podziały rytmiczne oraz bardzo dobry wokal stanowiły o jakości tego występu.

Natomiast na zamku instalował się London After Midnight. Jedna z gwiazd festiwalu, wyczekiwana przez sporą część publiczności. Również przeze mnie. I niestety ale gdzieś mi nie wszystko w tym koncercie zagrało. A raczej na początku tego koncertu gdyż po kilka pierwszych kawałkach zdecydowałem się słuchać koncertu z oddali, posilając się przy zamkowym murze. Mówią na mieście, że koncert był świetny. Mnie jednak Amerykanie nie porwali.

Ostatnią propozycją tego dnia było dobrze już znane bolkowskiej publiczności Deine Lakaien. Alexander Veljanov i Ernst Horn już po raz trzeci mieli okazję wystąpić na bolkowskim zamku. Nie zapomnę pierwszego spotkania z twórczością grupy w 2004 roku gdy dali koncert akustyczny. Nie zapomnę emocji z drugiego występu na CP gdzie przyjechali z pełnym składem z gitarą, wiolonczelą, skrzypcami... Były to koncerty magiczne. W tym roku zespół obiecywał odegrać swoiste "The Best Of", występując w jeszcze innej konfiguracji. Na scenie mieliśmy okazję zobaczyć perkusistę (za ciekawym hybrydowym zestawem), gitarzystę, Alexandra na wokalu oraz pana Horna z tonami swoich zabawek - analogowych syntezatorów. Koncert powalił brzmieniem! Czyste, selektywne, piękne... Chociaż słyszałem głosy, że w pewnych miejscach dziedzińca nie było słychać gitary. Miałem szczęście lokując się na środku placu. Jeśli chodzi o setlistę zagrali praktycznie wszystko z czego są najbardziej znani. "Over And Done", "Into My Arms", "Dark Star", "Reincarnation", "Overpaid" i oczywiście kończące dzieło "Love Me To The End" to tylko niektóre z utworów, które mieliśmy okazję usłyszeć tego wieczoru. Dobrze, że zespół co kilka lat przyjeżdża do Bolkowa. Pozostając teraz przez chwilę w sferze marzeń: było akustycznie, było z zespołem, było (w tym roku) mocno elektronicznie to może by tak kiedyś koncert z orkiestrą jaki znamy z DVD "20 Years Of Electronic Avantgarde"?

Koncerty na zamku dobiegły końca, więc wypadało kontynuować imprezę w Sorento. Zabawa i rozmowy towarzyskie były przednie jednak znalazł się ktoś, kto musiał dolać łyżkę dziegciu do tej beczki miodu. Nie rozumiem jaki cel mają miejscowi, którzy przychodzą do klubów festiwalowych i bez powodu obrażają festiwalowiczów prowokując nieprzyjemne sytuacje? Żeby było ciekawiej za cel obierają sobie najczęściej kobiety, które zostały na chwilę same przy stolikach. Żenada i bardzo duża antyreklama dla Bolkowa i jego mieszkańców. A dla mnie osobiście duży wstyd za współziomków - sam wszak z tego miasteczka pochodzę.

Niedziela była ostatnim dniem festiwalu i przyczyn logistycznych dość uboga dla mnie i mojej ekipy w koncerty. Udało się zobaczyć sporą część występu Fuka Lata w kościele - bardzo ciekawa elektronika. Załapałem się na fragment Obscure Sphinx - jednak pora i temperatura nie zachęcała do skupienia się na koncercie. Obejrzałem kawałek Super Girl And Romantic Boys - niestety na żywo mnie nie przekonali swoim dyskotekowym post punkiem.

Trzeba było się powoli zbierać aby już kolejnego dnia ruszyć do pracy i codziennych obowiązków. Opuszczałem Zamek trochę z żalem że te dni minęły tak szybko. Opuszczałem ze sporym niedosytem koncertowym. Opuszczałem wiedząc, że za rok tu wrócę. I znowu będzie masa dobrych koncertów, znowu zje się pierogi z okna, wypije ohydne lane piwo, przebaluje noc na afterku i spotka kilka osób znanych tylko z festiwalu. Castle Party 2015 rozpocznie się już 16 lipca przyszłego roku...



Autor: Michał Szczypek

Data dodania: 15.08.2014 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!