Accept - Wacken Open Air 2014


Accept
Wacken Open Air - 31.07.2014 r.


Występ zespołu Accept na tegorocznej edycji Wacken Open Air był da mnie osobiście świetną klamrą spinającą 10 lat mojego jeżdżenia na ten festiwal. To właśnie z powodu koncertu tej kapeli w 2005 roku pojechałem tam pierwszy raz. Było to dla mnie wielkie wydarzenie - zobaczyć Accept reaktywowany w oryginalnym składzie z Udo na wokalu... to były niezapomniane chwile. Ponadto "wsiąkłem" w klimat tego miejsca i teraz rok w rok się tam pojawiam.

Wackeńskie koncerty mają to do siebie, iż często mają specjalną oprawę, pojawiają się zaskakujący goście i podobnie było tym razem. Zespół wraz z organizatorami zapowiadał owy występ jako "Restless And Wild / Best Of Show". Pierwsza myśl była taka, że zespół zamierza m.in. odegrać w całości wiadomą płytę. Muszę przyznać, że taki wybór całkiem mocno mnie zaskoczył, bo przecież nie jest to jakiś acceptowy pomnik. Jak się jednak później okazało nic takiego nie miało miejsca, a geneza nazwy tego występu była całkiem inna. No ale nie uprzedzajmy może faktów i wrócimy do tego pod koniec relacji.

W czwartkowy wieczór, punktualnie o godzinie 22:30 rozpoczęło się szaleństwo pod tytułem koncert Accept. Krótkie intro i zaczęli od "Stampede", który zapowiada płytę "Blind Rage" (premiera 15.08). Było to premierowe wykonanie owego utworu na żywo, a sam kawałek znany już jest z teledysku. Przyznam szczerze, że wielkiego szału ten numer nie robi, ale to nie miejsce, by o tym pisać... Kolejną pozycją w koncertowej setliście był "Stalingrad". Kapitalny numer na żywo i tutaj po raz pierwszy publika ma szansę się wykazać. Wyszło naprawdę okazale. Podobnie jak charakterystyczna solówka Wolfa. Jednak nie ma czasu na większe zastanawianie się, bo Accept serwuje pierwszego "klassikiera", którym jest kompozycja "Losers And Winners". Od razu mówię, że to był jeden z moich "michałków" na tym koncercie. Uwielbiam bezgranicznie ten numer, a słysząc jak publika śpiewała refreny:

"There Are Losers And Winners
Just Like You And Me - Losers And Winners
There Are Losers And Winners
Just Like You And Me - Losers And Winners
Just Like You And Me"


to na pewno nie byłem odosobniony. I ponownie nie ma chwili do przetworzenia emocji, bo już lecimy z kolejnym kawałkiem, którym był "Monsterman". Kolejna perełka z lat dawnych.

Po tak piorunującym początku musiało nastąpić lekkie zwolnienie tempa i w tej roli kapitalnie sprawdził się numer "London Leatherboys" z płyty "Balls To The Wall". Jednak Accept zbyt litościwy nie był i od razu mamy poprawkę w postaci czadowego "Breaker". Ależ moc siedzi w tym kawałku na żywo... I ponownie czas na chwilę oddechu w postaci "Shadow Soldiers". Trzeci numer z nowszych czasów jeśli chodzi o ten zespół. Było troszkę spokojniej to czas na kolejny gwóźdź tego wieczora: "Restless And Wild". Co tu dużo pisać... totalna rozpierducha i tyle. Utwór się kończy i już lecimy z kolejnym, którym jest... "Ahead Of The Pack". No nieźle, nieźle... w tym momencie pomyślałem, że coś musi być na rzeczy z graniem w całości wiadomej płyty, bo przecież na "normalnym" koncercie ta kompozycja nie miałaby szansy zaistnieć, prawda? Kolejny numer ("Flash Rockin' Man") tylko utwierdził mnie w tym co sobie wymyśliłem, a jakby tego było mało Accept dowalił dwie kolejne petardy z płyty "Restless And Wild": mocarny "Princess Of The Dawn" i pędzący na złamanie karku "Fast As A Shark". Co się działo pod sceną, tego nie da się opisać. Szaleństwo, szaleństwo i jeszcze raz szaleństwo.

W tym momencie moje "kombinowanie" się zakończyło, bo zespół zaserwował bez większego marudzenia utwór "Starlight". No właśnie... Mark Tornillo nawet nie miał czasu się przywitać z fanami. Nie było ani jednej przemowy pomiędzy kolejnymi utworami, a przerwy trwały dosłownie kilka sekund. To też dało do myślenia i podsunęło pewien trop, o którym słówko napiszę na końcu. Teraz nie ma czasu na zastanawianie się, bo zespół serwuje nam "Pandemic" - kolejny z nowszych kawałków.

No i wreszcie przyszedł czas na mojego kolejnego "michałka". Ten numer był oczywistą oczywistością na tym koncercie i tutaj nie ma najmniejszego zaskoczenia. "Metal Heart" i w zasadzie wszystko jasne.

"Metal Heart - Metal Heart
Unplugged They're Dying
Metal Heart - Metal Heart
Unplugged They Die"


Bezgranicznie uwielbiam ten numer... mam z nim związanych masę wspomnień i różnych historii. Po prostu dla takich chwil jeżdżę na koncerty. Jak już wspominałem wcześniej - Accept nie dał ani chwili wytchnienia... po tym klasyku od razu łupnęli "Teutonic Terror" i już w zasadzie nie było co zbierać. Poprawka w postaci "Balls To The Wall" tylko dokończyła dzieła zniszczenia. Było to epickie i potężne zakończenie koncertu. Ach.. oczywiście na koniec była chwila zabawy i odprężenia przy kawałku "Burning", ale to już było ciężkie do zarejestrowania.

I tym utworem Accept zakończył swój występ na Wacken Open Air 2014. Była to solidna dawka muzyki, bo zespół w półtorej godziny zagrał 18 kawałków. Nieźle prawda? Ale tak jak niejednokrotnie wspominałem - przerw pomiędzy nimi w zasadzie nie było. Nie było też "marnowania czasu" na pogawędki wokalisty, a o solowych popisach muzyków nawet nie wspominając. Był tylko Accept, muzyka tego zespołu i fani pod sceną. Nawet nie było specjalnych pokazów wizualnych. Zero pirotechniki, dosyć skromny (jak na wackeńskie standardy) wystrój sceny i jedynie światła na konkretnym poziomie. I tak sobie wracając na pole prasowe (bo to był ostatni koncert w czwartek) myślałem i o tym wszystkim co przed chwilą przeżyłem i w pewnej chwili mnie olśniło. Przecież to właśnie było to, co zespół wcześniej zapowiedział, czyli "Restless And Wild". Bo przecież było i "Restless" i jak najbardziej "Wild". Sprytnie to rozegrali panowie z Accept.

Jak dla mnie był to najlepszy koncert tego festiwalu. Prawdziwa muzyczna petarda i tutaj nie mam wątpliwości, bo Accept na żywo jest po prostu nie do zdarcia. Należy jeszcze wspomnieć, iż muzycy mają wielką frajdę z grania koncertów. To widać w ich scenicznym zachowaniu - radość, przyjemność i spory luz. Wybór setlisty - jak dla mnie bomba. Klasyki pomieszane z nowszymi (świetnymi) numerami - po prostu "Lubię to!". Do pełni szczęścia mi osobiście zabrakło tylko kawałka "Head Over Heels", który zawsze sprawia, że mam gęsią skórkę... ale nie ma co marudzić. Było zacnie!



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 13.08.2014 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!