8 Festiwal Legend Rocka


8 Festiwal Legend Rocka
Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska - 04-05 lipca 2014


Twórcy Festiwalu Legend Rocka mieli w tym roku niełatwe zadanie: musieli przeskoczyć wysoko umieszczoną poprzeczkę, którą zawiesili koncertami Alice'a Coopera, Johna Mayalla i Carlosa Santany - a większych wykonawców zostało juz przecież niewielu. Pojawiały się plotki i ploteczki o tym, kogo będzie można zobaczyć w malowniczej Dolinie Charlotty, ale przez długi czas nic nie było pewne. W końcu przyszły oficjalne potwierdzenia: 8 FLR miał potrwać dwa dni, w ciągu których zobaczyć mieliśmy trzy legendy muzyki. Mało. Jeśli wzięło się jednak pod uwagę to, że jedną z nich miał być jedyny i niepowtarzalny Bob Dylan, to cholera!, można było to przeboleć! No bo są gwiazdy i gwiazdeczki, legendy zapomniane i wciąż popularne. I jest Bob Dylan. Jedyny, niepowtarzalny. Wielki.

04 lipca 2014 - Fish, Ian Anderson

Bob Dylan miał być jednak wisienką na torcie. Do niego należeć miał drugi dzień festiwalu, natomiast pierwszego na deskach amfiteatru zaprezentowali się dwaj dżentelmeni ze Szkocji. Pierwszym z nich był 56-letni Derek William Dick, szerzej znany światu jako Fish. Popularność zdobył w grającej progresywnego rocka grupie Marillion, w której śpiewał od 1981 do 1988 roku. Po opuszczeniu szeregów grupy rozpoczął karierę solową i do dziś wydał 10 albumów, z czego ostatni - "The Feast Of Consequences" - pojawił się na rynku we wrześniu 2013. Dodać trzeba, że był to krążek bardzo udany. Mimo to dla dużej ilości jego fanów przede wszystkim jest, był i zawsze będzie głosem Marillion, co nie do końca jest sprawiedliwe, gdyż jego następca wokalistą jest nieprzeciętnym, a i sama grupa ma na swoim koncie wiele znakomitych kompozycji. A ciągle słyszy, że bez Fisha to jednak nie to samo...

Fish pojawił się na scenie około godziny 20 by dać niemal półtorej godzinny występ. Usłyszeliśmy nie tylko uznane klasyki z początków jego kariery (choć bez największego hitu: "Kayleigh"), jak również solowe hity. Nie zabrakło także utworów z ostatniego krążka - tutaj największe brawa należą się za przepięknie zaśpiewaną balladę "Blind To The Beautiful". Muzycznie Derek nie oddalił się zbytnio od swoich korzeni (neo-progresywny rock) a i głos ciągle ma bardzo dobry, choć może o niezbyt oryginalnej barwie. W zasadzie tylko kilka dodatkowych kilogramów i brak włosów przypomina nam o tym, że mamy do czynienia z panem przed sześćdziesiątką - zapewne wielu artystów chciałoby w tym wieku śpiewać tak jak on. Formę miał bardzo dobrą i często wychodził do publiczności, zagrzewając ją do wspólnej zabawy (w pewnym momencie bawił się jakieś 10 cm od mojej twarzy). Pomiędzy poszczególnymi kawałkami opowiadał o ich przesłaniu i genezie powstania, co pokazywało, że nie tylko muzyka jest ważna, ale również przesłanie.

Koncert zakończył się około godziny 21:30 i tu pojawił się pewien zgrzyt: brak jakichkolwiek bisów, mimo iż publiczność dość mocno się tego domagała. Niemal od razu zapowiedziano przerwę i na scenie pojawili się technicy. Zawsze mi się wydawało, że to naturalne mieć w zanadrzu jakiś numer na wypadek, gdyby fani nie mieli dość, a tu proszę. Oprócz tego wszystko teoretycznie było OK: muzycznie solowe dokonania Dicka przypominają dzieła Rothery'ego i spółki, formę wokalista ma dobrą, zespół daje radę, a jednak... Jednak czegoś zabrakło. Czegoś, co miał występ Marillion, który odbył się podczas jednej z poprzednich edycji Festiwalu Legend Rocka: magii. Mimo iż muzyka podobna, to jednak Marillion oglądałem niczym zahipnotyzowany, całym ciałem wchłaniając każdy dźwięk - Fisha słuchałem z ciekawością ale bez większych emocji. Było dobrze, ale nie rewelacyjnie. Przebłysk geniuszu objawił się w "Blind To The Beautiful", ale to troszeczkę za mało. No i nie było "Kayleigh"... Nawet Hogarth śpiewa "Kayleigh"... Dostaje później baty za to, że nie jest Fishem, ale jednak śpiewa...

Setlista:

01. Perfume River
02. Feast Of Consequences
03. Script For A Jester's Tear
04. What Colour Is God?
05. Crucifix Corner
06. The Gathering
07. Big Wedge
08. All Loved Up
09. Blind To The Beautiful
10. Assassing / Credo / Tongues / Assassing (Reprise) / Fugazi / White Feather / View From The Hill


Po krótkiej przerwie na kolację i zaopatrzenie się w napoje (wszak nawiedziły nas piekielne upały) przyszedł czas na gwiazdę wieczoru: Iana Andersona. Pan ten, mimo bogatego solowego dorobku, znany jest głównie z tego, że od 1967 do 2011 roku przewodził grupie Jethro Tull - absolutnej legendzie progresywnego rocka. Grupa ta cieszyła się w latach 70-tych ogromną popularnością, a do inspiracji ich muzyką przyznają się nie tylko takie gwiazdy jak Geddy Lee (Rush), Steve Harris czy Bruce Dickinson (obaj z Iron Maiden) ale również młoda krew pokroju Blood Ceremony. Jakieś 85% muzyki skomponowana była właśnie przez Andersona - wokalistę i człowieka, który, cytując kolegę, zrobił z fleta gitarę prowadzącą. To właśnie jego ekscentryczne zachowanie na scenie i szalone solówki na flecie stały się znakiem rozpoznawczym zespołu. W latach 80-tych Jethro Tull wzorem wielu grup miało mały romans z elektroniką, ale na szczęście szybko otrząsnęli się ze złego snu, odzyskując nadszarpniętą sławę, zgarniając nawet przy tym Metallice sprzed nosa nagrodę dla najlepszego albumu rockowego/metalowego. Po kolejnych albumach i setkach koncertów, drogi Andersona i wieloletnich członków rozeszły się i Jethro Tull przestało istnieć. Bez skandalu i obrzucania się błotem. Cicho, naturalnie. Anderson muzyki jednak nie porzucił i regularnie wypuszcza nowe krążki, z czego ostatni, "Homo Erraticus", ukazał się całkiem niedawno.

W Charlottcie Anderson zaprezentował nam program "Best Of Jethro Tull", na który składały się głównie utwory brytyjskiej grupy (choć nie zabrakło również przedstawicieli solowej twórczości Szkota). Koncert rozpoczął się niemal równo o 22 utworem "Living In The Past". Ian był tego wieczoru w niezłej formie fizycznej: wszędzie go było pełno i zachwycał wspaniałymi solówkami na flecie granymi, a jakże!, na jednej nodze (jest znak rozpoznawczy Jethro Tull). Przed poszczególnymi utworami przybliżał historię ich powstania, dzięki czemu nowi fani mogli dowiedzieć się czegoś ciekawego. Gwieździe towarzyszył bardzo dobry zespół, w skład którego weszli m.in. znakomity gitarzysta Florian Ophale jak i dwaj członkowie Jethro Tull: basista David Goodier i klawiszowiec John O'Hara. Przed koncertem obawiałem się jednak o formę wokalną Andersona - jego ostatni album "Homo Erraticus" był krytykowany za śpiew, a i fragmenty koncertów znalezione w sieci wskazywały na problemy gwiazdora z głosem. Obawy niestety okazały się słuszne.

Trzeba powiedzieć wprost: Anderson nie potrafi już się śpiewać - ucho bolało już po pierwszych wersach. Fizycznie trzyma się znakomicie, wokalnie niestety jest już bardzo źle. Całe szczęście przed katastrofą ocalił go Ryan O'Donnell, wspomagający swojego mentora w trudniejszych momentach. Facet posiadał barwę głosu łudząco podobną do Iana, tak więc gdy przymknęło się oczy, wydawało się, iż oto Jethro Tull za młodych lat. Anderson najlepiej poradził sobie z utworami z ostatniego, solowego krążka, który widać, że robiony był pod jego obecne możliwości wokalne - je zaśpiewał niemal bez pomocy (były "Doggerland", "Enter The Uninvited" i "The Engineer"). W hitach Jethro niektóre wersy należały do niego, inne do Ryana. Miłym dodatkiem do koncertu był gościnny udział jednej z gwiazd dnia następnego: w pewnym momencie na scenie pojawiła się Anna Pheobe, która pełnić miała rolę supportu przed Dylanem. Ta utalentowana artystka wspomogła grupę grą na skrzypcach - wyszło pięknie.

Koncert Jethro Tull był ciekawym doświadczeniem. Mimo iż wokalnie pozostawiał wiele do życzenia, to nadrabiał fenomenalną warstwą muzyczną: utwory takie jak "Aqualung", "Teacher" czy "Bourée" nigdy się nie znudzą, a "Locomotive Breath" ciągle miażdży swoim ciężarem. Bardzo dobry zespół, znakomite solówki, niezła Setlista: i legendarny frontman - czego chcieć więcej? Chyba tylko tego głosu jak z dawnych lat, no ale do niego Anderson już nie powróci. Widać, iż mamy do czynienia ze zmierzchem jednego z tytanów rocka - śpieszcie się go oglądać, póki jeszcze ma siły biegać czy skakać i jeszcze jest w stanie wydobyć z siebie jakieś dźwięki.

Setlista:

01. Living In The Past
02. With You There To Help Me
03. Nothing Is Easy
04. Doggerland
05. Enter The Uninvited
06. Bourée (feat. Anna Phoebe)
07. The Engineer
08. Teacher
09. Critique Oblique (A Passion Play Excerpt)
10. Too Old To Rock'n'Roll - To Young To Die
11. Songs From The Wood
12. Farm On The Freeway
13. My God
14. Aqualung
---------------------------------------
15. Locomotive Breath (feat. Anna Phoebe)


04 lipca 2014 - Anna Phoebe, Bob Dylan

Drugiego dnia festiwalu zjawiliśmy się na amfiteatrze dużo wcześniej, aby zająć miejsca z których będzie cokolwiek widać. Żar lał się z nieba, więc zaopatrzyliśmy się w zapasy picia i oczekiwaliśmy na Mistrza. Zanim jednak przyszedł czas na gwiazdę nie tyle wieczoru, co całego festiwalu, to obejrzeć mogliśmy występ dziewczyny, którą już zdążyliśmy poznać na występie Jethro Tull. Anna Phoebe to 33-letnia, brytyjska skrzypaczka najbardziej znana z Trans-Siberian Orchestra, z którą grała (z przerwami) od 2004 do 2010. Współpracę z TSO zakończyła, aby spróbować swych sił solo i oto po dwóch albumach i jednej EP-ce stanęła razem ze swoim własnym, wielokulturowym bandem na scenie na której pojawić się miał sam Bob Dylan. Nieźle.

Muzykę jako zaserwowała nam ta utalentowana i sympatyczna skrzypaczka to ciekawy miks progresywnego rocka, muzyki klasycznej i folku z różnych stron świata. Anna pląsała boso po scenie w długiej, czarnej sukni i wyglądała doprawdy zjawiskowo - aż szkoda, że tego dnia nie odpalano telebimów (o tym nieco później), przez co niektórzy nie mogli tej urodziwej brytyjski zobaczyć z bliska. Wszystkie kawałki były instrumentalne i nawet jeśli pojawiał się jakiś głos, to również i on traktowany był niczym kolejny instrument. Było miło i niezwykle klimatycznie, a popisy samej Anny wprawiały w zachwyt - nic dziwnego, że swego czasu zwróciła ona swoją uwagę samego Jona Lorda. Koncert trwał nieco ponad godzinę i niedługo po nim można było zobaczyć zespół na amfiteatrze w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru. Jak widać nawet support wiedział, że będzie się działo...

Setlista:

01. Shadow
02. Goddess
03. Balkan
04. Prog
05. Moments Deception
06. Embrace
07. Bombay To Beirut
08. Ballingoola (acoustic)
09. Awaken
10. Nines
11. Duel
12. In Continuum


Nie będę pisał kim jest Bob Dylan i jaki wpływ miał nie tyle na rozwój rocka, co muzyki w ogóle. Jest to bowiem artysta, którego zna każdy: i fan black metalu, muzyki klubowej czy disco polo. To nawet nie jest legenda rocka - to prawdziwy bóg. I oto przybył do maleńkiej miejscowości pod Słupskiem, aby zagrać dla niemal 8-tysięcznej widowni. Jak Pan Wawrowski to zrobił? Nie mam pojęcia, ale chyba wiążą się z tym jakieś cyrografy i ofiary z ludzi. Było ciężko - Dylan wie, że jest wielki i potrafi swoimi warunkami doprowadzić organizatorów na skraj załamania nerwowego. Tutaj nie było inaczej: podobno odrzucił niemal 80 propozycji supportów z kraju i zza granicy - a były tam duże nazwy. Na czas koncertu musiano wyłączyć wszelkie telebimy, nie można było robić zdjęć i filmować, na backstage'u nie mogło być nikogo, kto nie był z jego ekipy. Cuda i dziwy. No ale to Dylan: facet, który potrafił specjalnie nagrywać złe albumy, aby się od niego dziennikarze odczepili; człowiek, który potrafił zagrać cały koncert tyłem do publiczności; muzyk, który nie gra swoich największych hitów, bo nigdy nie ogląda się za siebie; artysta, który nie wiadomo kiedy coś wywinie. A wywinął w samej Charlottcie...

Przez całą obecną trasę grał on dokładnie ten sam set złożony głównie z utworów z ostatnich kilku płyt, a wcześniejsze dokonania reprezentowały tylko "Blowin' In The Wind" i "All Along The Watchtower". Tak było i patrząc na setlisty z koncertów po FLR, ciągle jest. I oto na Festiwalu Legend Rocka Dylan na ten jeden, jedyny występ wywrócił wszystko do góry nogami grając niemal tylko i wyłącznie stare hity. Niezwykłe wydarzenie, tym bardziej że na próbie dźwiękowej słyszało się właśnie piosenki z tego "nowszego" okresu. Na scenie muzyk i jego grupa pojawili się bez żadnej zapowiedzi: zespół ubrany na biało, Bob w białym kapeluszu i czarnym stroju. Żadnego "dzień dobry" czy "witaj Polsko" - od razu przeszedł do rzeczy; jakby odciął się od tego co działo się wokół i udał się do własnego muzycznego świata. Wielu "fanów" po koncercie uważało to za przejaw braku kultury, ale każdy kto coś tam czytał o Dylanie widział, że on taki po prostu jest. To nie jest artysta, który będzie po każdym kawałku krzyczał, że "polska publiczność jest najlepsza na świecie". To artysta, który przyjeżdża, mówi o ważnych rzeczach i opuszcza bez słowa amfiteatr, aby dalej prezentować swoją twórczość. Deal With It.

Scena przygotowana była w iście ascetyczny sposób. Nie było żadnych fantastycznych świateł; wszystko pogrążone w półmroku, z kilkoma reflektorami dającymi słabe światło, a sam bohater schował się bardziej z tyłu. Zawsze mówił, że nie chce, aby ludzie przychodzili zobaczyć Boba Dylana, tylko aby przychodzili słuchać Boba Dylana, więc ubrał się tak, aby nawet z bliska było go słabo widać. Można więc było zamknąć oczy i słuchać. A było czego! Obawiałem się jego formy wokalnej, ponieważ, powiedzmy sobie szczerze, wokalistą był zawsze kiepskim a ostatnimi laty mocno nadgryzł go ząb czasu. Na koncertach miast śpiewać - mamrotał i to jeszcze z fałszami. Tutaj natomiast zaprezentował iście genialną formę: miał pewny, niski, czysty (!) chropowaty głos z którego biły lata doświadczenia. Tego wieczoru nie chwycił za gitarę; skrywał się głównie za fortepianem, rzadko udając się na środek sceny do mikrofonu, aby zaśpiewać na widoku czy zagrać na harmonijce. Improwizował i co chwila zaskakiwał nie tylko publiczność, ale i sam zespół, który kilka razy musiał dopasowywać się do tego, co gra. Niektórzy "piknikowcy" mówili później, że grupa grała nierówno - zaskoczenie na twarzach muzyków mówiło wszystko: Dylan był w innym wymiarze i to oni musieli trzymać wszystko w kupie. Udało im się znakomicie, dlatego też należą im się wielkie brawa.

Zaskoczeniem tego wieczoru była nie tylko setlista: ale również aranżacje poszczególnych utworów, gdyż część z nich można było poznać tylko i wyłącznie po tekstach. Czy to źle? Boże broń! Do dziś po głowie chodzi mi "Tweedle Dee & Tweedle Dum", który, w oryginale szybki i skoczny, w Charlottcie zamieniony został w przepiękną balladę - a takich zaskoczeń było dużo, dużo więcej. Było cudowne, melancholijne "Shelter From The Storm", długie "Desolation Row", apokaliptyczne "A Hard Rain's A-Gonna Fall", mocne (jak na Dylana oczywiście) "Ballad Of A Thin Man"... Dominowały oczywiście kawałki spokojniejsze, jakby dopasowane pod obecne warunki wokalne artysty, jednak i w tych kilku żwawszych numerach Bob potrafił pokazać, że jeszcze nieźle się trzyma. Osoby będące bliżej sceny twierdzą, że nawet się uśmiechał i do mikrofonu nie raz podchodził tanecznym krokiem - widać więc, że mimo 74 lat na karku ciągle lubi bawić się swoją muzyką, odkrywając ją na nowo.

Koncert trwał niemal dwie godziny i był to wieczór iście magiczny. Można się było nim albo zachwycić, albo być nim zażenowanym. Nic pomiędzy. Ja jestem należę do tej pierwszej kategorii; nie tylko zobaczyłem na żywo ikonę popkultury, ale zobaczyłem ją w mistrzowskiej formie - takiego Dylana próżno nawet szukać na YouTube. Trzeba było tam być aby uwierzyć. W swoich odczuciach nie jestem odosobniony: z zachwytów piali nie tylko redaktorzy z innych portali internetowych ale również polscy muzycy, w tym siedzący za mną Krzysztof Grabowski (Pidżama Porno, Strachy na Lachy). Znakomita setlista:, piękna muzyka, żywa legenda. Ten wieczór długo będę wspominać, tym bardziej, że była to prawdopodobnie ostatnia okazja do zobaczenia Boba Dylana w Polsce - w kraju nad Wisłą bywa on niezwykle rzadko, a niestety lata lecą. Ci którzy nie byli, mają czego żałować.

Setlista:

01. Rainy Day Women #12 & 35
02. Don't Think Twice, It's All Right
03. Just Like Tom Thumb's Blues
04. To Ramona
05. The Leeve's Gonna Break
06. Shelter From The Storm
07. Cry A While
08. Girl From The North Country
09. Summer Days
10. Desolation Row
11. Tweedle Dee & Tweedle Dum
12. Lonesome Day Blues
13. A Hard Rain's A-Gonna Fall
14. Thunder On A Mountain
15. Ballad Of A Thin Man
---------------------------------------
16. All Along The Watchtower
17. Blowin' In The Wind



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 14.07.2014 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!