Iron Maiden - Poznań


Iron Maiden, Slayer, Ghost
INEA Stadion, Poznań - 24.06.2014 r.


Na ten koncert czekałem od połowy lutego 2014, kiedy to rozpoczęto sprzedaż biletów na owo wydarzenie. Czekałem nie bez obaw o komercyjne powodzenie przedsięwzięcia organizowanego przez poznańską "Go-Ahead", bowiem w przeciwieństwie do kilku poprzednich wizyt Iron Maiden w naszym kraju, ta była stosunkowo słabo promowana. Najwidoczniej organizator ufał, iż fani wykupią masowo bilety na trzeci koncert w Polsce w ramach dokładnie tej samej trasy, co tak na marginesie było pierwszym przypadkiem od czasów słynnych tras Iron Maiden w latach 80-tych XX-ego wieku. Jako grupy supportujące Maiden zaproszono szwedzkich neo-klasycznych prowokatorów z Ghost oraz uwielbianych przez fanów klasyków amerykańskiego thrash metalu - Slayer.

W końcu nadszedł ten magiczny dzień 24 czerwca 2014 r. kiedy to wraz z tysiącami fanów brytyjskiej Legendy zjawiłem się pod poznańskim INEA Stadion. Po przybyciu na miejsce niespiesznie zająłem pozycję strategiczną, która pozwoliła mi na kontemplowanie widowiska mniej więcej z centrum płyty stadionu. Powoli przybywało ludzi i zupełne niepostrzeżenie usłyszeliśmy intro "Masked Ball", którym przywitali nas tajemniczy, zakonspirowani członkowie szwedzkiego Ghost. "Widmo" budzi od kilku lat skrajne odczucia, dla jednych stanowią objawienie, namiastkę dekadencji bazującej na religijnej prowokacji i klasycznych, hard rockowych brzmieniach, inni zaś postrzegają Szwedów jako tandetnych epigonów Mercyful Fate czy Angel Witch, tudzież klasyków lat '70. A jak jest w rzeczywistości? Muszę przyznać, iż krótki recital Papy Emeritusa i jego kompanów mógł się podobać. Setlista koncertu zawierała wszystkie najbardziej sprawdzone evergreeny z pierwszych dwóch albumów grupy ("Opus Eponymus" oraz "Infestisummam") plus tytułowy kawałek z EP "If You Have Ghosts". Oczywiście nie zabrakło "The Ritual", "Con Clavi Con Dio", "Prime Mover", "Stand By Him", "Monstrance Clock" czy "Year Zero". Razić może nieco przerysowana teatralność i maniera wokalna frontmana, niemniej jest to kwestia gustu oraz wyrobienia w sobie pewnego dystansu wobec owego fenomenu scenicznego jakim jest niewątpliwie ta formacja. Cóż, delektowanie się ich twórczością nie ułatwiała pora koncertu, Ghost grali bowiem w Poznaniu przy świetle dziennym. Dzień później w Warszawie dali pełnowymiarowy koncert w mrokach sali stołecznej Stodoły.

Po ponad 20 minutach w tyle ogromnej sceny pojawiła się czarna płachta z charakterystycznym logo i wizerunkiem żołnierza "Slatanic Whermacht". Za moment na estradzie mieli pojawić się muzycy amerykańskiej formacji Slayer, której fanom thrash metalu chyba przedstawiać nie trzeba. Jak wiadomo dziś jest to już nieco inny zespół niż przed kilkoma laty kiedy to w oryginalnym składzie zagrali na "Sonisphere Festival 2010" na warszawskim Bemowie. W wyniku konfliktów interpersonalnych a według lepiej poinformowanych - ekonomicznych, po raz kolejny szeregi formacji opuścił genialny perkusista Dave Lombardo, a "Anioł Śmierci" (nomen omen) upomniał się o gitarową podporę grupy - Jeff'a Hanneman'a. Przed tym koncertem miałem (podobnie jak i licznie zgromadzeni fani zespołu) niemałe obawy, czy oby nie rozczaruje mnie ten występ, tym bardziej iż byłem świadkiem wielu rewelacyjnych koncertów tej formacji w przeszłości. Po kilku minutach "World Painted Blood", otwierającego recital Amerykanów, wszystko stało się jasne - Panie i Panowie, ostrzegam: Slayer zabija nadal!

Jasne, Bostaph to nie Lombardo a Holt to nie Jeff, niemniej panowie wciąż trzymają bardzo wysoki poziom wykonawczy. Na telebimach Tom Araya z siwa brodą przypominał nieco Świętego Mikołaj, jednak zamiast świątecznych łakoci dostawaliśmy kolejne ciosy prosto w twarz. Niech tylko wspomnę "Hate Worldwide", "Mandatory Suicide" (ciarrry!!!), "Disciple", "Captor Of Sin", "Black Magic", "Seasons In The Abyss", "War Ensemble", "Raining Blood" czy wieńczący show, dedykowany Jeff'owi "Angel Of Death". Poznański koncert Slayer przekonał mnie, iż warto dać szansę temu składowi i cierpliwie poczekać na nadchodzący album studyjny, który może się ukazać w nadchodzącym roku.

Około godziny 20:45 INEA Stadion zaczął się zapełniać ok. 25,000 widzów, którzy przyjechali tutaj aby po raz kolejny doświadczyć niesamowitego, spektakularnego koncertu Iron Maiden, będącego jednym z trzech jakie dali w naszym kraju w ramach świetnie przyjętej "Maiden England World Tour 2012/13/14". Finalny rezultat trasy nokautował - 100 koncertów, 32 kraje, trzy kontynenty i bez mała 3 mln widzów. Cóż, na świecie istnieją tylko dwie kapele metalowe zdolne do takich osiągnięć ergo: flirtująca z mainstreamem, mega popularna Metallica oraz wierni heavy metalowej tradycji Iron Maiden. W zasadzie stan ten utrzymuje się "od zawsze" i raczej nie zanosi się na rychłą detronizację imperatorów obu metalowych królestw.

Kiedy na chwilę przed 21:00 z głośników dobiegły pierwsze dźwięki kompozycji U.F.O "Doctor, Doctor" - kilkadziesiąt tysięcy fanów poczuło dreszczyk emocji - przed nami rewelacyjne widowisko, które może dać tylko ten zespół. Punktualnie o 21:00 usłyszeliśmy dźwięki "Mercury Rising" a na ekranach ukazała się niepokojąca, pełna transcendentnej symboliki wizualizacja, wprowadzająca nas w odpowiedni nastrój, po chwili usłyszeliśmy powszechnie znany wstęp "Seven Deadly Sins / Seven Ways To Win…". "Moonchild", ogromna scena ożywa wraz z pierwszym blastem pirotechniki, światła wędrują ku zadaszeniu estrady a naszym oczom ukazuje się szóstka muzyków z Dickinson'em na czele.

Od pierwszych chwil łapią kontakt z publicznością. Z głośników dobiegają kolejne kompozycje: "Can I Play With Madness", "2 Minutes To Midnight" - odśpiewany przez cały stadion, "The Prisoner" czy nieśmiertelny "The Trooper". Zmieniają się imponujące kurtyny z okładkami płyt i singli "z epoki". Na telebimach pojawiają się wizualizacje, Bruce zmienia kostiumy, wymachuje brytyjskim "Union Jack", a pirotechnika nie pozwala zapomnieć gdzie właśnie jesteśmy.

Parę słów o dźwięku. Ogólnie rzecz biorąc, tam gdzie stałem był całkiem dobry, choć zwłaszcza na początku koncertu brakowało sporo do ideału. Kiedy rozbrzmiały pierwsze nuty "Revelations", jakość dźwięku znacznie się poprawiła a i publiczność nie pozwoliła Dickinson'owi na zbytnie przeforsowanie gardła. W zasadzie fani odśpiewali jakieś 90% tej kompozycji, trzeba przyznać absolutnego, koncertowego killera. Fantastycznie wypadł jeden z najbardziej "komercyjnych" utworów w historii grupy, mam na myśli wspaniały "Wasted Years", którego refren znali wszyscy zgromadzeni, a wrażenia wizualne spotęgowała gra stroboskopów i rzutników laserowych. "Phantom Of The Opera" - mokry sen każdego fana Maiden, wybuchy, ognie i rewelacyjne wykonanie, ten utwór zamknął gęby wszystkim malkontentom, którzy interpretowali fakt kontynuowania historycznej trasy "Maiden England" w 2014 jako "skok na kasę". Proszę bardzo, za taki repertuar należy się kasa, czyż nie?!

"Run To The Hills" z Eddie'm w mundurze wojskowym z kapitalnym pokazem pirotechniki i siostrzana "The Number Of The Beast" z całą paletą efektów specjalnych wstrząsnęły stadionem w Poznaniu - a to dopiero skromny początek tego, co mieli panowie z UK do zaoferowania. "Seventh Son Of A Seventh Son" - utwór legenda, arcydzieło, jeden z kilku najwspanialszych w dorobku Brytyjczyków. Jednak dopiero wersja "live" pokazuje jego majestat i unikalność. Dość powiedzieć, iż zobaczyliśmy w ciągu ponad 11 minut trwania tejże kompozycji ogromnego Eddie - Proroka znanego z DVD "Maiden England", kilkumetrowe, płonące świece mszalne, pneumatycznie podnoszone organy oraz imponujący pokaz pirotechniki. Cudo!

Nie mogło na koncercie Ironów zabraknąć tak popularnego utworu, jakim jest "Fear Of The Dark". Doprawdy, chyba wśród fanów rock'a nie ma osoby która choć raz w życiu nie słyszałaby tej pięknej kompozycji. Cóż z tego, że grają to "po raz tysięczny", a do tego pochodzi ona z lat '90, czyli okresu spoza epoki "Maiden England"?! To tak piękny song, iż bez niego nie sposób sobie wyobrazić koncertu Iron Maiden! W końcu nadszedł czas na danie firmowe. Panie i Panowie - "Iron Maiden". Cóż, wszyscy wiedzą, iż podczas tej kompozycji wszelkie efekty wizualne Maiden potęguja się w nieskończoność. Tak było i tym razem - oszałamiające światła, ogromny Eddie znany z okładki albumu "Seventh Son…" dzierży w dłoni macicę z ukrytym wewnątrz potomkiem, na podnośnikach wokół wybiegu scenicznego posągi, przypominające figurki Eddie'ch z rewersu okładki wspomnianego albumu i (znów) istny popis pirotechnicznych kanonad.

Cóż, nieco wymęczona publiczność mogła mieć już dość, tymczasem po króciutkiej przerwie z głośników huknął ryk silników samolotowych a na ekranach pojawił się klip zmontowany z archiwalnych ujęć z okresu słynnej "Bitwy o Anglię" (dziesiąty lipca - 31 października 1940 r.). Słyszymy przemowę Winston'a Churchill'a do narodu brytyjskiego, znaną choćby z albumu "Live After Death" i po chwili ogromny blast ogni i dymów wyrzuca muzyków na estradę - "Aces High". Byłem ciekaw, jak też 56 letni Dickinson poradzi sobie z tym wymagającym wokalnie, forsownym dla strun głosowych i przepony kawałkiem?! Cóż, wybrnął po mistrzowsku, a sama kompozycja wypadła fantastycznie, po raz kolejny okraszona pirotechniką. Zagrali jeszcze "The Evil That Men Do" i już na sam koniec "Sanctuary". Zwyczajowo pożegnali się z widownią obiecując rychły powrót nad Wisłę, Bruce pamiętał słynny koncert w poznańskiej Arenie, po którym zagrali na weselu pewnej pary (obecnej z reszta na widowni) a Nicko McBrain rzucał w tłum pałeczki, naciągi i frotki...

Nie policzę ile razy zmieniały się panoramiczne backdropy z okładkami płyt, ileż to razy eksplodowała pirotechnika, ileż razy dobiegało na z estrady "Scream For Me, Poznań" w końcu ile wizualizacji zajmowało nasza uwagę. Iron Maiden odwiedzili nas po raz dwunasty od pamiętnego 1984 r. i znów nie pozostawili złudzeń - nalezą do absolutnej koncertowej ekstraklasy światowej a ich koncerty, pomimo zachowawczej formuły i jedynie kosmetycznych zmian repertuarowych - wciąż stanowią nie lada atrakcję bynajmniej nie tylko dla fanów metalu. "Go-Ahead" fetowali imprezę jako ogromny sukces, bowiem w istocie takim była. Teraz, kiedy przeżyliśmy trzecią, podobno już finałową odsłonę "historycznych tras" Maiden, możemy spokojnie czekać na premierę nowego albumu studyjnego, zaplanowanego na drugą połowę 2015 roku. Oczywiście w rozkładzie tournee promującego krążek nie może zabraknąć Polski!



Autor: Faust

Data dodania: 11.07.2014 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!