Paul Di'Anno, Turbo Lizard King, Kraków - 09.04.2014 r.
W ramach zorganizowanej przez młodych polskich muzyków trasy Doładowanie Fest 2014 słynny ex-frontman Iron Maiden, Paul Di'Anno, odwiedził aż pięć polskich miast, ale krakowska odsłona objazdowego festiwalu miała być szczególna. Do grona zespołów poprzedzających występ Brytyjczyka jednorazowo, tylko na okoliczność występu w Lizard Kingu, dołączyła legenda polskiej sceny heavy metalowej - Turbo. Rzadka okazja by zobaczyć i usłyszeć faceta, który swoim głosem otwierał historię jednej z największych grup w dziejach muzyki sama w sobie stanowi całkiem niezły powód do wyjścia z domu w środowy wieczór, a gdy dodać do tego występ koncertowej machiny, która w styczniu zrównała z ziemią Rotundę... Nie, tego nie mogłem przegapić.
Niestety, z własnej winy potwornie się spóźniłem i nie było mi dane zobaczyć w akcji inicjatorów całego zamieszania czyli Scream Makera. Sądząc po tym, co udało mi się usłyszeć w ramach przedkoncertowego researchu, ominęła mnie solidna dawka rock'n'rollowo-metalowej jazdy. Trudno. Najważniejsze, że nie opuściłem ani sekundy występu Turbo - dotarłem pod scenę dokładnie w momencie, gdy z głośników rozbrzmiało zwiastujące nadejście muzyków intro. Zaczęło się tak samo, jak przed trzema miesiącami i tak samo, jak zaczyna się ostatni, skądinąd rewelacyjny album grupy - czyli od szybkiego "Myśl i walcz", zaopatrzonego w znakomicie nadający się do skandowania, porywający publikę refren. Potem nadeszła kolej na równie chwytliwy, choć odrobinę spokojniejszy "Przebij mur". W repertuarze nagrywanym już z Tomkiem Struszczykiem w składzie pozostaliśmy przez kolejne dwa kwadranse - nie zabrakło hitowego "Serca na stos" i mojego faworyta z nowego krążka, uciekającego w thrash "This War Machine", w którym gardłowy Turbo daje popis godny największych głosów metalu. Pomiędzy utworami z najświeższego albumu (który właśnie doczekał się premiery w wersji anglojęzycznej) a dwoma numerami ze "Strażnika Światła" znalazło się miejsce dla pierwszego tego wieczoru klasyka sprzed lat - kultowej "Komety Halleya", zawsze wprowadzającej pod sceną wyjątkowy, trochę nietypowy dla Turbo mroczny nastrój.
Po pierwszych 30-40 minutach panowie na dobre pożegnali się z najnowszym materiałem i skupili się już wyłącznie na poprzedniczkach "Strażnika...". Set wydawał się nieco bardziej zróżnicowany i lepiej prezentujący przekrój bogatego dorobku szatańskiej kawalerii Hoffmanna niż ten zaprezentowany w styczniu. Wówczas koncert silnie zdominowały utwory z "Piątego Żywiołu" oraz "Kawalerii Szatana" i chociaż nie było to szczególną wadą tamtego show, dobrze, że tym razem poznaniacy przypomnieli publice kilka numerów, których ostatnio zabrakło. Pokaźnej reprezentacji doczekał się "Smak ciszy" - do granego regularnie "Jaki był ten dzień" dołączyły "Słowa pełne słów", "Wybieraj sam" i "Już nie z Tobą". Głos Struszczyka dał niemal trzydziestoletnim kompozycjom drugie życie. Szczególnie zyskał ten ostatni utwór - Tomek dodał mu energii, o jaką śpiewany w oryginale przez Grzegorza Kupczyka numer zawsze się prosił. M.in. dlatego bardzo cieszy mnie, że cały koncert rejestrowała kamera - wreszcie będzie można na oficjalnym wydawnictwie usłyszeć monsieur Struszczyka wykonującego klasyki zespołu.
Nie obyło się bez stałych punktów setlisty, a więc hymnu minionej epoki czyli "Dorosłych dzieci" i ciężkiego "Mówili kiedyś", w trakcie którego Struszczyk zwykł zasiadać za perkusją i przekazywać mikrofon w ręce zluzowanego z obowiązków garowego "Bobka" - żywiołowy performance Mariusza znów świetnie równoważył ciężar tego prowadzonego potężnym basem Bogusza Rutkiewicza numeru. Jednym z highlightów wieczoru był osamotniony przedstawiciel "Tożsamości", siedmiominutowy "Człowiek i bóg". Chciałbym powiedzieć, że w rolę tego drugiego wcielił się swoimi gitarowymi popisami niesamowity Wojciech Hoffmann, ale czy nie skrzywdzę takim stwierdzeniem Tomka, który w tym układzie pozostawałby "jedynie" człowiekiem? Nie, chyba nie - wszak sam śpiewa w tym utworze, że są tacy sami. Pożegnania bywają smutne, ale to w żadnym razie takie nie było - przez cały występ czułem, że czegoś ciągle brakuje i dopiero bis uświadomił mi, co obudziło ten niedosyt: oto rozbrzmiała część druga kultowej "Kawalerii Szatana". Żywiołowy finisz zapewnił inny numer z tego legendarnego krążka - "Sztuczne oddychanie". Pierwsza pomoc najwyraźniej nie jest mocną stroną zespołu, bo po przeprowadzonym w szaleńczym tempie zabiegu o złapanie oddechu wcale nie było łatwiej niż wcześniej.
Turbo zniknęło ze sceny i przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Czas przyszedł, tylko gwiazda jakoś nie nadchodziła - może to złudzenie (bo, przyznaję bez bicia, na zegarek nie patrzyłem), ale wydawało mi się, że na pojawienie się Di'Anno czekaliśmy niemal 40 minut. W końcu, kiedy akompaniujący mu na tournee muzycy Scream Makera i Night Mistress dopięli wszystko na ostatni guzik, Paul wreszcie wyłonił się z czeluści backstage'u i bez dalszych ceregieli rozpoczął show. Występ zaczął się od żywego "Sanctuary" - chyba najlepiej uwydatniającego punkowy rodowód PDA numeru Żelaznej Dziewicy. Następne kawałki przyniosły kolejne, równie duże zastrzyki energii - Brytyjczyk i jego kompani ani myśleli zwalniać i uderzyli utrzymanymi w podobnym tempie killerami: przyszła pora na "Purgatory" i "Wrathchild", a pierwszy sprint przez historię zakończył odśpiewany przez znakomitą większość publiki "Prowler".
Nadeszła chwila przerwy od materiału spod pióra Steve'a Harrisa, którego dzieła na moment ustąpiły miejsca solowym dokonaniom Paula. Nawet jeśli ktoś odwiedził Lizard King tylko po to, by usłyszeć maidenowskie klasyki (albo trafił na występ Di'Anno przypadkiem, ale to chyba niemożliwe?), to nie mógł nie dać się ponieść sile "The Beast Arises" i nie poczuć rytmu "Children of Madness". Wisienką na torcie w tym zestawieniu był jednak "Marshall Lockjaw", w którym Paul nie omieszkał przypomnieć zgromadzonym, na ile stać jeszcze jego struny głosowe. Aby zatwardziali fani Ironów nie czuli się pokrzywdzeni, gdzieś pomiędzy tę trójkę PDA wcisnął numer z repertuaru wyżej wymienionych - "Murders In The Rue Morgue" - który jednak nieźle dopasował się stylistycznie do kompozycji Killers i Battlezone.
Po przerywniku instrumentalnym w postaci "Genghis Khana", znakomicie odsłaniającego spore umiejętności polskich kompanów Di'Anno, na moment zrobiło się nieco spokojniej - a to za sprawą kultowego "Remember Tomorrow", oczywiście odśpiewanego przez cały klub. Po znacznie żywszej od "Remember...", doskonale znanej zgromadzonym pieśni o damie imieniem Charlotte Paul dorzucił jeszcze hitowe "Killers" i "Running Free", które rozdzieliło epickie wykonanie Upiora w Operze (raz jeszcze czapki z głów przed muzykami Night Mistress i Scream Makera!). Stojąc pod samą sceną mogłem rzucić okiem na setlistę - figurował na niej jeszcze nagrany już w erze post-IM cover "Faith Healera", ale PDA i spółka go pominęli - być może ze względu na kondycję Paula, który kilkakrotnie narzekał na ból kolana, a może dlatego, że w tłumie mimo wszystko dało się zauważyć większe zainteresowanie repertuarem Maiden. Di'Anno z pewnością je dostrzegł, bo między kolejnymi utworami pozwolił sobie na dowcipny, acz niewybredny komentarz na temat niektórych atrybutów Bruce'a Dickinsona. Tak, głównie tych wpisanych w nazwisko obecnego frontmana zespołu. Po ostatnich taktach "Running Free" Di'Anno i jego świta pożegnali się z publiką, ale już po chwili, gdy tylko konwenansom stało się zadość, powrócili na scenę by wycisnąć z siebie i fanów ostatnie krople potu.
Ostatnią rundę heavy metalowej młócki rozpoczęła instrumentalna "Transylvania", a po niej usłyszeliśmy mający stanowić ostatni przystanek tej przeprawy "Iron Maiden". Prawdziwy finał miał jednak dopiero nadejść - towarzysze Paula ustąpili miejsca bardziej doświadczonym kolegom po fachu, bowiem do Brytyjczyka dołączyli na scenie muzycy Turbo. Jak się okazało, postanowili w tym gwiazdorskim zestawie odegrać utwór innych gigantów metalu - "Breaking The Law" Judas Priest. Duet Hoffmann-Di'Anno wykonujący hymn Priestów to prawdopodobnie jedna z najbardziej heavy metalowych rzeczy, jakie będzie mi dane kiedykolwiek zobaczyć. Ogień. Przyjemnie mieć świadomość, że tak piękny obrazek został uwieczniony na potrzeby koncertowego DVD i będzie można do niego wracać nie tylko wspomnieniami. Po wspólnym występie artyści wzajemnie sobie podziękowali, a na scenę wrócili jeszcze dotychczasowi wspólnicy Paula - kto dotarł do tego momentu żyw i w jednym kawałku, mógł jeszcze na deser usłyszeć cover "Blitzkrieg Bop" Ramones. Po tej odrobinie punkowego szaleństwa - tak bliskiego sercu bohatera wieczoru - nastał moment definitywnego pożegnania.
Trudno było sobie wyobrazić lepiej spędzone cztery godziny. Obie ekipy dały naprawdę świetne występy - kto nie był, niech żałuje i odkłada grosz na upamiętniające krakowski gig krążki DVD, które zarówno Turbo, jak i Paul Di'Anno planują wydać. Zwłaszcza nagranie z koncertu Paula będzie wyjątkowe - Anglik zamierza się po trwającej trasie rozstać się jeśli nie z muzyką w ogóle, to przynajmniej z materiałem Iron Maiden. Jeśli to ma być zakończenie jego kariery - chyba nie mógł sobie wymarzyć lepszego.
|