Kat & Roman Kostrzewski, Mastemey Rotunda, Kraków - 28.03.2014 r.
Po zaledwie pięciu miesiącach od poprzedniej wizyty legendarny KAT - ten naprawdę legendarny, z Romanem Kostrzewskim - znów zawitał do Krakowa, tym razem z zamiarem wypromowania świeżo wydanego zbioru archiwalnych nagrań, "Rarities". Poprzedni ich występ miał miejsce w klimatycznym, acz średnio nadającym się do przeprowadzania metalowych obrzędów Lizard Kingu - teraz na jeden piątkowy wieczór Diabelskim Domem stał się zaś klub Rotunda.
Przed koncertem próżno było szukać jakichkolwiek informacji o supporcie - przynajmniej na bilecie, plakatach zapowiadających show czy na facebookowej stronie "wydarzenia". Jasnym było jednak, że jakaś przystawka na scenie się pojawi. Trudno było wszak oczekiwać, by gwiazdy wieczoru pojawiły się na deskach Rotundy już o 19:00 - każde dziecko wie, że to zbyt wczesna pora na udaną czarną mszę. No, prawie każde, bo kilku żądnych krwi i metalowej rozwałki fanów czatujących pod sceną niemal od otwarcia wejść było wyraźnie rozczarowanych i zaskoczonych pojawieniem się przed nimi ekipy w niczym nie przypominającej wyczekiwanego Kata. Zadanie rozgrzania publiki przypadło w udziale wybranemu drogą internetowego głosowania krakowskiemu zespołowi Mastemey. Panowie sami nazywają się zespołem thrashowym, ale jeżeli już thrash, to bardzo nowoczesny, niewiele mający wspólnego choćby z gatunkiem w jakim specjalizuje się gwiazda wieczoru. Gitarom zdarzało się regularnie uciekać w death metalowe klimaty, a i wokalista od growlu nie stronił. Chwilami bywało zanadto chaotycznie, ale mimo wszystko mogło się podobać. Głosy narzekania stosunkowo szybko umilkły, zapewne stłumione nie tylko głośną muzyką, ale i mocą hektolitrów jasnego pełnego. Summa summarum support spełnił swoją rolę i udanie otworzył wieczór. Do muzyki Mastemey dało się wcale przyjemnie pomachać łbem, a o nudzie i nerwowym spoglądaniu na zegarek w oczekiwaniu na Romana i spółkę nie było mowy.
Wreszcie, około 20:00, KAT zameldował się na scenie i czarna msza rozpoczęła się na dobre. Właściwie nie tyle msza, ile regularna rzeź, bo zespół przywitał nas szalonym "Metalem i piekłem". Cóż, nawet jeśli kogoś nie porwał support, to po takim wstępie kark i tak był już z pewnością należycie rozgrzany. Jak wiadomo, trasa "Rarities Tour", w ramach której Ślązacy złożyli nam tę wizytę, ma za zadanie promować świeżo wydany zbiór archiwalnych, niepublikowanych nagrań zespołu. Z każdym kolejnym kawałkiem stawało się jednak jasne, że te kilka starych-nowych pieśni to tylko sprytny wybieg, by zapewnić fanom prawdziwy powrót do przeszłości i zagrać całą masę dawno niesłyszanych na koncertach klasyków. Wydawałoby się, że mając do dyspozycji taki zakres materiału setu idealnego zwyczajnie złożyć się nie da i że zawsze zabraknie jakiegoś numeru, który miało się nadzieję usłyszeć. A jednak - w moim odczuciu - K&RK ta sztuka się udała. Po żywym openerze dostaliśmy sprawdzony w bojach, zawsze porywający tłum gardeł do skandowania "Śpisz jak kamień", a potem nadeszła pierwsza tego wieczoru prawdziwa gratka - oto Romek zapowiedział "Dziewczynę w cierniowej koronie", czym wywołał pod sceną potężny ryk entuzjazmu.
Clou programu miały jednak być utwory z promowanej właśnie składanki "Rarities" i trzeba przyznać, że krążek znalazł w setliście całkiem spore grono reprezentantów. Panowie odegrali "Zemstę", "Bez pamięci", "Mocnych ludzi" i "Wyrokiem sądu bożego". Zwłaszcza ten ostatni numer w koncertowej wersji ma niesamowitą moc - w riffie, na którym kawałek się opiera, zakochałem się już po pierwszym wysłuchaniu archiwalnego nagrania, ale na żywo to zupełnie inna siła uderzenia. Oczywiście RK pokusił się o drobną modyfikację tekstu, który w oryginale miał niewystarczająco diaboliczny wydźwięk - po latach okazuje się, że jednak brak piekła w nas. "Zemsta" czy "Wyrokiem..." robiły wrażenie tym większe, że cały czas miało się świadomość doświadczania samych początków KATa i polskiego metalu w ogóle - oto na żywo mogłem usłyszeć numery powstałe co najmniej 30 lat temu (jeszcze przed legendarnymi "Szóstkami"), które przez około ćwierć wieku leżały w przysłowiowej szufladzie i mogły nigdy więcej z niej nie wyjrzeć.
Wyjątkowość setu nie kończyła się wszak na obecności najstarszych ze starych pieśni i nie zabrakło innych atrakcji - na przykład brzmiącej wyjątkowo potężnie i przejmująco "Niewinności" czy rewelacyjnie zaaranżowanego "Wierzę". Nic nie ucieszyło mnie jednak tak, jak odpowiedź Romka na dochodzącą z tłumu prośbę o "Diabelski dom". Usłyszawszy okrzyk fana, Pierwszy Satanista RP z uśmiechem na ustach odparł, że mają ich dzisiaj trzy. Słowa dotrzymał, zespół odegrał tego wieczoru całą diabelską trylogię - dawkowaną ostrożnie, oddzielaną innymi numerami, w kolejności zgodną z dyskografią: po części pierwszej doczekaliśmy się "trójki", a najbardziej złowieszcza część numer dwa była swego rodzaju wisienką na torcie, ukoronowaniem mrocznego obrzędu - kto zna ten tekst, doskonale wie i czuje o czym mowa. Byłem w siódmym nie... wróć, w dziewiątym kręgu piekielnym.
Kiedy już pojawiały się utwory grywane bardziej regularnie ("Porwany obłędem", "Wyrocznia" której ku mojemu zaskoczeniu zabrakło w secie jesienią, "Bramy żądz"), muzycy przemycali w nich mniejsze lub większe nowinki aranżacyjne. Czasem działo się trochę więcej niż zwykle, a czasem można było odnieść wrażenie, że grają numer nie mający niemal nic wspólnego z kompozycją znaną z albumu. Jak głosi wyświechtany slogan, prawdziwych mężczyzn poznajemy po tym, jak kończą - a ci skończyli potężnym uderzeniem, bo na bis zostawili prawdziwe klasyki: najpierw uderzył wprawiający w ruch nawet najbardziej obolały kręgosłup "Odi Profanum Vulgus", w którym wers dzięki Panie za cudowny show skandowałem resztką sił zdartego gardła, bez cienia ironii, dziękując Czarnemu Panu na scenie za niesamowity występ. Kiedy zaś ostatnie takty tego koncertowego killera zamilkły, rozbrzmiała ballada nad ballady, jak zawsze wzruszająca nawet najtwardsze głazy "Łza dla cieniów minionych". Idealny finał idealnego wieczoru.
Wszelkie wrażenia potęgowało miażdżące nagłośnienie, chyba najlepsze z jakim miałem do czynienia w ostatnich miesiącach - było nie tylko niesamowicie głośno, ale w dodatku bardzo klarownie; piekielnie miła to odmiana w stosunku do październikowego gigu w "Lizardzie". Żeby nie było za różowo, znajdzie się w tym morzu miodu i szeregu peanów na cześć moich, nie ukrywam, ulubionych ambasadorów Rogatego i jedna negatywna uwaga. Niestety, czas wyraźnie dogania Romka K.; bardziej niż wcześniej słychać, że jego struny głosowe najlepsze lata mają już daleko za sobą i moc tego legendarnego gardła powoli się ulatnia. A może to tylko moje urojenia? Oby. KAT powinien wszak występować jeszcze przez lata - drugiej takiej koncertowej machiny ze świecą szukać. "Prawda to metal"... A metal to KAT.
|