Primal Fear, Bullet, Messenger, Scream Maker MegaClub, Katowice - 13.02.2014 r.
Zespół Primal Fear nigdy nie był wiodącym zespołem jeśli chodzi o niemiecki heavy metal. Zawsze gdzieś w cieniu tych bardziej popularnych zespołów (np. z Hamburga) nagrywał kolejne płyty i jeździł w kolejne trasy. Od 1997 roku uzbierało się tych krążków już dziesięć. Ten ostatni zatytułowany "Delivering The Black" wygonił zespół na kolejny tour, który zawitał na dwa koncerty do naszego kraju. Do Katowic mam "rzut beretem", więc to oczywiście tam zameldowałem się 13 lutego na koncercie Primal Fear.
Jako pierwszy support wystąpiła polska formacja Scream Maker o której co nieco już słyszałem. Co prawda EP'ki zatytułowanej "We Are Not The Same" nie znam, ale czytałem dosyć pochlebne recenzje. Na żywo jednak nie było aż tak rewelacyjnie, no ale tak to bywa. Trudne warunki - praktycznie pusta sala, bo zespół zagrał jako "pre-support", na półgodziny przed oficjalnym otwarciem klubu.... Nielicznie zgromadzonej publiki zespół do zabawy nie porwał, ale muzycznie było całkiem przyzwoicie. Jedyny "zgrzyt" to cover "Wasted Years" w którym wokalista mocno się męczył.
Drugim supportem byli Niemcy z Messenger. Widziałem ich w 2011 roku gdy grali przed Blaze Bayley, więc dokładnie wiedziałem czego się spodziewać. Dosyć sprawnie odegrany melodyjny heavy metal, ponownie tak umiarkowanie przypadł mi do gustu. Nie do końca jest to moja bajka i takie gitarowe ganianki średnio mi pasują. Trzeba jednak przyznać, że Niemcy to solidna firma, z dopracowanym scenicznym imagem i zachowaniem. Pod tym względem nie mam nic do zarzucenia. Tym razem podczas ich kultowego (jak mniemam) numeru "Kill The DJ!!" obyło się bez dekapitacji kukły, która nawet nie pojawiła się na scenie. Ogólnie jako support, Messenger sprawdził się jak najbardziej pozytywnie.
Pierwszą gwiazdą wieczoru była formacja Bullet. Tak, tak, nie pomyliłem się, gdyż Szwedzi i zespół Primal Fear grają na tej trasie nazwanej "Eagles & Lions Tour 2014" na zasadach co-headlinera. Z Bullet też już miałem styczność wcześniej, bo pamiętam doskonale ich występ z Wacken w 2011 roku. Zagrali wtedy ze 30 minut w namiocie, a ja tam poszedłem, bo nie miałem nic lepszego do roboty. Tamten koncert przypadł mi do gustu i spodziewałem się równie dobrej zabawy w Megaclubie.
Nie zawiodłem się, bo Bullet na żywo to niesamowita jada od początku do końca ich występu. Niezły image (tutaj bez dwóch zdań rządzi wokalista Dag Hell Hofer), perfekcyjny ruch sceniczny i mnóstwo dobrej zabawy. Muzycznie też bardzo fajnie jest to zgrane i muszę przyznać, iż pasuje mi ten heavy/hard rock w wykonaniu Szwedów. Chłopaki na scenie nieźle się bawią i mają mnóstwo radochy z grania. Bardzo przyjemnie takie koncerty się ogląda. A co zespół zagrał? Na pewno zaczęli od "Midnight Oil", później poleciały m.in.: "Full Pull", "Rolling Home", "Pay The Price", "Heading For The Top", "Dusk Til Dawn", "Stay Wild", "Highway Pirates", "The Rebels Return", a na koniec na pewno był grany "Bite The Bullet". To nie jest pełna setlista, na pewno zagrali ze 2-3 numery więcej, ale po prostu nie pamiętam co to było. Zresztą... nie to, żebym był jakimś wielkim fanem tego zespołu. Te tytuły po prostu zapamiętałem... Na początku występu Bullet stanąłem sobie przy samej scenie i tam już pozostałem do końca imprezy. Moje koncertowe szczęście dosyć szybko mnie "dopadło", bo już w połowie pierwszego kawałka gitarzysta Hampus Klang sprezentował mi swoją kostkę. Miło.
Szybkie sprzątanie sprzętu ze sceny, ustawianie tego co powinno na niej się znaleźć i do początku występu Niemców z Primal Fear pozostały minuty. Widziałem ten zespół wcześniej kilka razy i wiedziałem czego się spodziewać. Jednak był to pierwszy klubowy koncert na którym byłem, gdyż do tej pory były to występy open air. Zespół promuje na tej trasie najnowszą płytę "Delivering The Black", która zrobiła na mnie spore wrażenie. Po dosyć niemrawych poprzedniczkach, ta nowa zdecydowanie błyszczy. Jednak ten zespół ma tyle świetnych koncertowo numerów, że co by nie zagrali to dobrej zabawy pod sceną nie zabraknie.
W klubie zalega ciemność a z głośników sączy się intro... po chwili na scenie meldują się muzycy i zaczynają od numeru "Final Embrace". W sumie zaskakujący początek, bo raczej można było się spodziewać czegoś z nowej płyty. Setlista nie jest dla mnie najmniejszą niespodzianką, bo z miejsca gdzie stoję widzę rozpiskę przyklejoną na scenie. Kolejne dwa numery to już nowy album i zespół serwuje dosyć hard rockowy "Alive & On Fire" i petardę "Delivering The Black". Pierwszy bardziej spokojny, a drugi rozpędzony i dosyć czadowy. Muzycy od początku nakręcają wszystkich do wspólnej zabawy i pomimo niezbyt wielkiej frekwencji publiczność daje radę. Efektem tego są uśmiechy na twarzach Mata Sinnera i Toma Naumanna, na wprost których stoję. W trakcie koncertu publika jeszcze bardziej się rozkręca i panowie z niedowierzaniem słuchają naszych śpiewów i skandowania nazwy kapeli pomiędzy numerami.
Ale i zespół sporo dokłada "do pieca", bo kolejnym punktem setlisty jest "Nuclear Fire". Po takim siarczystym początku musi nastąpić lekkie zwolnienie. Idealnym utworem do tego jest "Seven Seals". Pięknie zagrany i zaśpiewany. Przyznaję, iż czekałem na tę kompozycję dosyć niecierpliwie. Tymczasem wracamy do najnowszej płyty i lecimy z genialnym "One Night In December" (wspaniałe refreny, nie mam pytań!) i "When Death Comes Knocking" przedzielonymi "Angel In Black" z albumu "Nuclear Fire". Świetna zbitka, sporo wspólnej zabawy i śpiewów. To jest niewątpliwie siła Primal Fear - nośne refreny, idealne do wspólnego śpiewania. Klasa. Ale nie ma czasu na odpoczynek, bo lecimy z numerem "Chainbreaker" wykopanym aż z debiutu. Oczywiście wspólne refreny są oczywistą oczywistością...
No i nadszedł czas na mojego "michałka" z tego koncertu. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, iż kompozycja "Fighting The Darkness" tak mnie pozamiata. Coś niesamowitego... klimatyczny wstęp... późniejsze szaleństwo i oczywiście przegenialne zakończenie... ciarki na plecach mam w chwili jak to piszę i sobie przypominam emocje z Megaclubu. Tylko dla tych kilku minut warto było pojechać do Katowic... tą są moje koncertowe chwile, które pozostają w głowie na zawsze.
Kolejna pozycja w setliście przeleciała mi tak jakoś obok. Fakt, iż "Bad Guys Wear Black" to nie jest jakiś mega szałowy numer, a po tym co się działo trochę wcześniej to i ja jakiś taki półprzytomny byłem. Na szczęście Ralf Scheepers dosyć szybko sprowadził mnie do pionu, bo zapowiedź "Metal Is Forever" szybko przywróciła mnie do pełnej sprawności umysłowej.
"Metal Is Forever In Every Single Matter Metal Is Forever Nations Come Together..."
Ten "prajmalowy" hymn został odśpiewany przez wszystkich. Co też było jak najbardziej oczywiste. Niestety to był już koniec zasadniczej części koncertu i zespół zaczął się zbierać do zejścia ze sceny. Ralf jednak stwierdził, że nie będą schodzili, bo tam jest małe i duszne pomieszczenie i po prostu od razu zagrają dwa bisy.
Jako pierwszy poleciał "Running In The Dust"... oj solidna perełka odkurzona z debiutu. Kapitalny numer i sporo radości sprawiło mi usłyszenie go na żywo. Drugi bis to nieźle rozbudowany "Unbreakable Pt. 2", w którym sporo jest instrumentalnego grania. Bardzo dobry kawałek na zakończenie koncertu. Muzycy elegancko żegnają się z nami, gadżety lądują wśród fanów (tym razem prezent zrobił mi Tom Naumann) i to już wszystko w temacie Primal Fear.
Przyznam szczerze, iż byłem w sporym szoku, że koncert już się skończył. Zupełnie nie mam pojęcia kiedy to wszystko zleciało. Świadczy to jedynie o tym jak dobrze spędziłem ten czas. W sumie przecież dokładnie tego się spodziewałem... no dobra, ale jak dla mnie to Primal Fear mogliby grać i dwie godziny. To jest zespół idealny koncertowo. Muzycy nastawieni na zabawę, wspólne wygłupy na scenie... a to jeden drugiemu "ukradnie" kostkę, a to specjalnie stanie na kablu od gitary... cały czas coś na scenie się dzieje. Drugi gitarzysta Alex Beyrodt kilka razy przyszedł na naszą część sceny i kilka razy w czasie grania kawałka pozbywał się kostki. Mat Sinner też był cały czas w ruchu... pomiędzy swoimi chórkami najczęściej zaczepiał Naumanna, albo nakręcał publikę do wspólnej zabawy. No i oczywiście kierownik całego zamieszania, czyli Ralf. Facet ma już prawie 50 na karku a zachowuje się na scenie jakby miał połowę z tego. No i swoim potężnym głosem wciąż potrafi czynić cuda. Primal Fear na scenie to żywioł, dobra zabawa i kapitalna muzyka. Widziałem ich piąty raz i jak tylko będę miał okazję zobaczyć po raz kolejny, to na pewno tak zrobię.
Po koncercie tradycyjnie dłuższą chwilę spędzam w klubie, jak zwykle trzeba przecież wymienić się wrażeniami ze znajomymi... W końcu orientuję się, iż nigdzie nie widzę moich "współpodróżników", którzy (jak się okazało) już czekają na mnie w samochodzie. No nic, jak trzeba lecieć, to trzeba. Pogawędki zostają odłożone do kolejnego spotkania. Powrót z koncertu do Wrocławia to jest dla mnie bajka - chwila moment i jestem w domu. Dosłownie kilka minut po godzinie... pierwszej. Heh... tak szybko to przeważnie z tych wrocławskich nie wracam. No i to tyle w temacie "Misja Primal Fear".
Na koniec pozdrowienia dla: Aneta, oraz Marcin i Marek. No i oczywiście Ewelina & Thomen & Dziadek (jak zwykle miło było spotkać), Żelazny i Darek.
|