(28 listopad 2003 r.) - Wrocław "Hala Ludowa" (Iron Maiden, KAT, Frontside, Funeral For A Friends)
28 listopada - ten dzień przejdzie do historii mojego życia jako jeden z najpiękniejszych jego momentów. Tego dnia we wrocławskiej Hali Ludowej odbył się koncert legendarnej brytyjskiej grupy heavy metalowej Iron Maiden, która była główną gwiazdą IV edycji Mystic Festival. Koncert miał planowo odbyć się 7 listopada, jednak choroba wokalisty zmusiła zespół do przełożenie terminu całego festiwalu.
Już od samego rana miłośnicy Żelaznej Dziewicy zjeżdżali się z całej Polski do stolicy Dolnego Śląska. Większe grupy przybyły pod Halę i czekały do godziny 16, aż "bramy piekieł" zostaną otwarte. W mieście dało się jednak zauważyć duże grupy ludzi poubieranych w skórzane kurtki, obdarte dżinsy i koszulki Iron Maiden; niektórzy dzierżyli w dłoniach z dumą flagę Polski wraz z logo żelaznej dziewicy oraz skandowali nazwę swojego ulubionego zespołu.
Od godziny 16 ludzie zaczęli powoli wchodzić do hali, jednak większość przybyłych z osób nie spieszyło się zbytnio z zajmowaniem miejsc (jak wiadomo, należało wypić piwko itd.), Iron Maiden przewidywało bowiem rozpoczęcie koncertu na 21. Udało mi się przepchać do wejścia po półgodzinnym przeciskaniu się przez tłum, gdyż do wnętrza budynku prowadziły tylko dwa wąskie wejścia! Wszedłem na płytę, gdy kończył grać pierwszy z zespołów, które miały rozgrzać publiczność do chwili, zanim scenę obejmie Żelazna Dziewica.
Funeral for a Friend
Była to walijska grupa Funeral for a Friend. Po tych kilku kawałkach przesłuchanych po wejściu uważam, że nie był to zbyt porywający zespół, grał monotonnie, a wokalista nie zaskoczył mnie niczym specjalnym. Przypomnę, że Funeral for a Friend wystąpiło zamiast Niemieckiej formacji Edguy. Moim zdaniem festiwal stracił przez to bardzo dużo na atrakcyjności, jednak taka była wola organizatorów.
Frontside
Następnie scenę w swoje posiadanie objął Polski zespół death metalowy Frontside. Grali przez około pół godziny, ale nie była to dobry koncert. Grupa grała bardzo agresywną, mało barwną, prostą i trochę pozbawioną sensu muzykę. Publiczność chyba bardziej z grzeczności niż zachwycenia pożegnała oklaskami wykonawców. Hala była już wypełniona po brzegi, gdyż nadszedł czas na występ legendarnego polskiego zespołu - przedsmak Iron Maiden. Mowa oczywiście o formacji Kat.
Kat
Zespół został miło przyjęty oklaskami i okrzykami. Grupa zapowiadała, że występ ten będzie rejestrowany i wydany w przyszłości, więc należało wspomóc muzyków w tym przedsięwzięciu. Gdy Kat grał kolejno swoje najlepsze kawałki ludzie śpiewali refreny, wtórowali rytmicznym gitarom i co najważniejsze dobrze się bawili. W pewnym momencie wszyscy razem odśpiewaliśmy hymn Polski. Uważam występ tego zespołu za dobre widowisko, jednak sceneria jak i na poprzednich dwóch grupach nie była zbyt piękna. Muzycy wykazali się zanadto wyrachowaniem i kunsztem muzycznym. Niestety nie znam tego zespołu zbyt dobrze, więc nie mogę wypowiadać się na temat piosenek, jakie zagrali. Mimo owacji, jaka rozległa się na sali po zakończeniu występu, Kat nie powróci, aby zabisować. Światła zapaliły się - no i na scenie za godzinę pojawić się miała gwiazda wieczoru.
Iron Maiden!!!
Ludzie ze zniecierpliwieniem patrzyli na scenę, wypatrując tam muzyków z Anglii. Przerwa ta dała czas na zregenerowanie sił publiczności i na nastrojenie się zespołu. Sam już pchałem się jak najbliżej sceny, by niczego nie przegapić. Wreszcie, dokładnie o godzinie 2100 - zaczyna się! Gasną światła i przy dźwiękach przepięknej instrumentalnej introdukcji publiczność skanduję Maiden! Maiden! Rozbłysk świateł, ukazuje przepiękną scenę, oczywiście zgodną z koncepcją płyty. W obu rogach wielkiego zamku stały pomniki dwóch zakapturzonych posągów bez twarzy, trzymających w rękach kosy. Na środku sceny znajdował się portal, z którego leciał różnokolorowy gaz, wydawałoby się portal między światami. To właśnie z niego wyskoczył wokalista i koncert rozpoczął się od piosenki promującej nowy album na pierwszym singlu, czyli "Wildest dream". Z gardeł sześciu tysięcy fanów dał się słyszeć ogłuszający ryk, który powitał muzyków. Żelazna Dziewica nie spuszczała z tonu. Po pierwszym utworze przyszedł czas na klasykę. Zespół zagrał "Wrathchild", utwór ten był prawdziwym pokazem sztuki gitarzystów, prześcigających się w solówkach. Potem czas na piosenkę czarodziejów, czyli "Can I play with madness"! Piosenka ta była dla mnie wielką i zarazem miłą niespodzianką. Publiczność dała do zrozumienia, że można bawić się z szaleństwem. Gdy nastała przerwa między utworami Bruce Dickinson powiedział: "gdy odwołaliśmy koncert, wiedzieliśmy, że musimy do was wrócić tak szybko, jak się da" i został nagrodzony wielkimi oklaskami. Następnie zespół zagrał jeden ze swoich najsłynniejszych utworów, "The Trooper". Wokalista z dumą chwycił za brytyjską flagę i wymachując nią śpiewał. Później nastał czas na tytułowy utwór z najnowszego albumu, "Dance of Death". Podczas trwania piosenki Dickinson przywdział płaszcz i odtańczył taniec śmierci na scenie. Koncert na chwilę nie tracił tempa. Muzycy zachwycają grą, od samego początku świetne brzmienie, znakomita oprawa świetlna, zmieniające się z tyłu sceny na wielkim ekranie obrazy ilustrujące kolejne utwory. Tylko jak tu biedny fan pod sceną, dysponując jedną zaledwie parą oczu, ma to wszystko zobaczyć?! Kolejne klasyki przelatują: "Brave New World", "Lord of files", "Hollowed be thy name", a ja mogę tylko żałować, ze wciąż muszę wybierać, na co chcę w danej chwili patrzeć. Czy podziwiać kunszt S. Harrisa, czy D. Murraya grającego akurat solówkę z drugiej strony sceny? Czy śmiać się z wyczynów J. Gersa, który radośnie podrzuca sobie gitarę, gdy akurat nie ma nic innego do roboty, czy może obserwować akrobatyczne popisy Dickinsona; Adrian Smith wydaje się tylko jakby spokojniejszy, ale za to jak gra. Podczas wykonywania utworu "Rainmaker" usłyszeliśmy odgłosy burzy, oświetleniowcy urządzili prawdziwą burzę na zachmurzonym niebie. W przerwie między utworami na scenie pojawiły się płoty kolczaste i zespół zagrał piosenkę "Paschendale", a wokalista przebrał się za żołnierza brytyjskiego z czasów I wojny światowej. W czasie trwania utworu "No more lies" Dickinson wspiął się na kilkunastometrowe rusztowanie sceny i stamtąd dyrygował publicznością. Nasi wierni fani oczywiście zadbali o urozmaicenie podczas występu, mianowicie jeden z naszych przedostał się przez kordon pilnujących scenę ochroniarzy i zaczął wspinać się po rusztowaniu na górę, do Bruca. Nasza ochrona niestety wykazała się refleksem i szybko sprowadziła śmiałka na ziemię. Ostatnie dwa kawałki koncertu to największe, moim zdaniem, dzieła w dorobku zespołu. Pierwszy z nich to "Fear of the Dark". Jest to najbardziej chóralny utwór, nie było osoby na sali, która nie śpiewałaby refrenu tej wspaniałej piosenki. Po niej szybka, dynamiczna i jakże piękna melodia, czyli Iron Maiden. Dickinson poprzedził to swoim, znanym każdemu i uderzającym niczym melodia trąby jerychońskiej, krzykiem "Scream for me Poland". Za plecami muzyków ukazał się kilkumetrowy Eddie tym razem ucharakteryzowany na śmierć i machał kosą. No i koniec, muzycy pożegnali się rozdali publiczności kostki gitarowe, pałeczki perkusisty i opuścili scenę. Każdy wiedział, że jeszcze wrócą.
Światło padło na wychodzącego wokalistę. Podziękował on nam jeszcze raz - tym razem po polsku, powiedział "dziękuję", za co został nagrodzony krzykiem radości i oklaskami fanów. Zespół zagrał balladę "Journeyman", a po tym "The Number of the beast". Gdy rozległa się wejście perkusyjne do utworu "Run to the hills" każdy wiedział, że to ostatni utwór dzisiejszego wieczoru. Wszyscy zgromadzeni z podniesionymi rękami odśpiewali ostatni utwór, ile tylko mieli tchu w płucach. Nikt nie miał jeszcze dość, ale to był już koniec. Światło zapaliło się i wszyscy powoli opuścili salę.
Był to więc na pewno koncert, który zostanie w mej pamięci do końca życia. Iron Maiden jest legendą, wszyscy to wielkie postacie w dziejach metalu i takie widowiska w ich wykonaniu wartę są każdych pieniędzy. Wokalista zapewnił Polaków, że w przyszłości odwiedzą jeszcze nasz kraj i na pewno nie zabraknie mnie na tym koncercie.
|