7. Festiwal Legend Rocka


7 Festiwal Legend Rocka
Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska


1 sierpnia rozpoczął się 7. Festiwal Legend Rocka organizowany w malowniczej Dolinie Charlotty. Impreza ta co roku gromadzi fanów klasycznych grzmień w różnym wieku i z różnych zakątków kraju, pokazując, że muzyka istotnie łączy pokolenia. Na koncertach pojawiają się bowiem nie tylko starzy wyjadacze pamiętający pierwsze koncerty Claptona czy Pink Floyd w Polsce, ale także młodzież, słuchająca na co dzień nieco mocniejszej muzyki. Tegoroczna edycja rodziła się w bólach, bowiem przez długi czas nie było wiadomo kto zagra (supporty ogłoszono na miesiąc przed wydarzeniem) a festiwal skrócony został tylko do odsłony sierpniowej, co sprawiło że zmniejszeniu uległa również liczba gwiazd. No ale nie o ilość chodzi tylko o jakość, a na tą nie można było narzekać.

01.08.2013 - STEAK NUMBER EIGHT, ALICE COOPER

Pierwszego sierpnia publiczność rozgrzała młoda belgijska kapela Steak Number Eight, mająca na swoim koncie trzy albumy, z których ostatni ukazał się w marcu tego roku. Przyznam się szczerze, że miałem spore obawy związane z występem tej grupy, ponieważ sludge metal jakoś nigdy do moich ulubionych gatunków nie należał i ciężko było mi sobie wyobrazić zespół grający taką muzykę na tym konkretnym festiwalu. Na szczęście okazało się, że członków Steak Number Eight ciągnie zarówno do mocnego grania jak i do bardziej melancholijnych dźwięków. Otrzymaliśmy występ klimatyczny, okraszony świetnymi partiami gitary solowej, ale nie pozbawiony również metalowego pazura. Troszkę pod koniec klimat uleciał za sprawą szybszych, niemal metal-core'owych kawałków, no ale i tak debiut w Polsce trzeba uznać za udany. Długie kompozycje były bowiem bardzo ciekawe i na pewno posłucham co tam te zdolne chłopaki wysmażyli na swoich płytach. Rocznik '92 i '93 a już mają takie perełki jak "The Sea Is Dying"... Niesamowite.

Setlista:

1. The Sea Is Dying
2. Black Fall
3. Push/Pull
4. Stargazing
5. Dickhead
6. Exile
7. Pyromania


Gwiazdą pierwszego dnia festiwalu był amerykański wokalista Alice Cooper, nazywany często dziadkiem heavy metalu. Znany z makabrycznego image'u, ostrych imprez w latach 70-tych, niezliczonej ilości hitów (reprezentujących takie gatunki heavy metal, glam rock czy pop) oraz nosa do wyławiania młodych, niezwykle utalentowanych muzyków. W Polsce wystąpił tylko raz - 16 lat temu - i była to chyba największa klęska tego artysty w historii, bowiem na koncert przyszła ledwie garstka fanów. W Dolinie (na szczęście!) było lepiej, chociaż i tak amfiteatr w szwach nie pękał: wolnych miejsc było naprawdę sporo. Części osób na pewno nie pasował termin (czwartek), innym - ceny oraz podział na sektory. Tutaj organizatorzy zdecydowanie przesadzili i w przyszłym roku muszą się zastanowić czy lepiej jak przyjdzie pół amfiteatru za większą kasę i będą oni rozstrzeleni po całym obiekcie czy może lepiej jak widzowie zapłacą mniej, siądą sobie gdzie chcą ale będzie ich 10.000. Ja bym polecał tą drugą opcję. Dość powiedzieć, że niektórym fanom bardziej opłacało się jechać na koncert do Czech...

Show Alice Coopera na szczęście było mokrym snem każdego wielbiciela twórczości tego pana. Dostaliśmy wszystko to, czego można było oczekiwać, a więc największe hity, kapitalnych muzyków, no i całą tą teatralną, makabryczną otoczkę. Ogromna scena wystylizowana była na plan rodem z horroru: głowy powbijane na pale, walający się wózek dziecięcy itp. Było odcinanie głowy wokalisty przy pomocy szafotu, był "The Ballad Of Dwight Fry" w kaftanie bezpieczeństwa, była demoniczna pielęgniarka, reanimacja przy pomocy elektryczności czy ponad trzymetrowy potwór Frankensteina łażący po scenie. O rzucaniu fałszywymi diamentami w "Dirty Diamonds", rozdawaniu dolarów podczas "Billion Dollar Babies", czy wyrzucaniu kolorowych balonów w "School's Out" nawet nie wspominając. Alice był w bardzo dobrej formie, podobnie zresztą jak jego fantastyczna grupa. Chuck Garrick świetnie sprawdził się jako wokalista ("I Love The Dead"), Orianthi, Henriksen i Roxie czarowali solówkami (męska część widowni kierowała swój wzrok głównie w stronę panny Panagaris), a Glen Sobel walnął taką solówkę na perkusji, że amfiteatr po prostu zdębiał. Cóż ten facet wyczyniał!

Obecna trasa koncertowa nosi nazwę "Raise The Dead Tour" - dlaczego? O tym przekonaliśmy się pod koniec występu. Po "zabiciu" Alice'a na scenie, przywrócono go ponownie do życia, co niezbyt spodobało się samej Śmierci, która obiecała, że dorwie go tak, jak jego przyjaciół. W tym momencie rozpoczęła się część poświęcona zmarłym członkom słynnego klubu The Hollywood Vampires. Na scenie pojawiły się nagrobki muzyków, z którymi Cooper ostro imprezował w latach 70-tych, a których nie ma już wśród nas. Najpierw poleciał "Break On Through" z repertuaru The Doors (Jim Morrison), potem "Revolution" The Beatles (John Lennon), Foxy Lady (The Jimi Hendrix Experience) i na koniec "My Generation" The Who pamięci Keitha Moona. Małe "coverowanie" miało też miejsce podczas ostatniego utworu koncertu, a więc "School's Out", w który wpleciono słowa z "Another Brick In The Wall, Part II" Pink Floydów. Koncert trwał około 100 minut i publiczność całym występem była zachwycona. Kto był - będzie pamiętać to wydarzenie przez długi czas. Kto nie - ma czego żałować.

Setlista:

01. Intro (The Underture)
02. Hello Hooray (Judy Collins cover)
03. House Of Fire
04. No More Mr. Nice Guy
05. Under My Wheels
06. I'll Bite Your Face Off
07. Billion Dollar Babies
08. Caffeine
09. Department Of Youth
10. Hey Stoopid
11. Dirty Diamonds
12. Welcome To My Nightmare
13. Go To Hell
14. He's Back (The Man Behind The Mask)
15. Feed My Frankenstein
16. Ballad Of Dwight Fry
17. Killer (fragment)
18. I Love The Dead
19. Intro (Under The Bed)
20. Break On Through (To The Other Side) (The Doors cover)
21. Revolution (The Beatles cover)
22. Foxy Lady (The Jimi Hendrix Experience cover)
23. My Generation (The Who cover)
24. I'm Eighteen
25. Poison
----
26. School's Out (z fragmentami "Another Brick In The Wall, Part II" Pink Floyd)


02.08.2013 - HOODOO BAND, JOHN MAYALL

Noc w namiocie była ciężka i długa, a kolejny dzień - wyjątkowo upalny. Z jednej strony dobrze, że nie powtórzyła się sytuacja z zeszłorocznych koncertów muzyków The Doors, Thin Lizzy czy Uriah Heep (ciągle lało + ledwo 7 stopni w nocy) - z drugiej jednak mieliśmy przejście z jednego ekstremum do drugiego, z tym że tym razem bezlitosne były promienie słoneczne a nie krople deszczu. Jakoś jednak daliśmy radę i o godzinie 19:00 zameldowaliśmy się w amfiteatrze.

Drugi muzyczny wieczór rozpoczął support, budzący największe emocje na forum FLR, a więc HooDoo Band. Emocje negatywne - trzeba dodać. Jest to grupa bardzo młoda, a jedną z żeńskich wokalistek jest Alicja Janosz, którą co niektórzy mogą pamiętać z pierwszej edycji programu "Idol". Stąd też spora część "fanów" festiwalu narzekała, iż Dolina Charlotty nie jest miejscem dla tej kapeli. I nie ruszyło ich to, że HooDoo Band został nazwany przez kwartalnik Twój Blues najlepszą polską grupą wykonującą ten rodzaj muzyki, a Bartek Miarka - najlepszym gitarzystą. HooDoo Band rozpoczął swój półtoragodzinny występ o godzinie 20 i niemal od razu zaskoczył zgromadzoną publiczność: bardzo dobry wokalista, świetna sekcja rytmiczna, piękne wokalistki (moim zdaniem troszeczkę jednak za ekspresyjne), bardzo dobre brzmienie. Zagrali głównie własne kompozycje z debiutanckiego albumu - długie i rozbudowane, łączące takie gatunki muzyczne jak blues, jazz, rock czy funk. Publiczność gromkimi brawami nagradzała każdą kolejną piosenkę, jak również solowe popisy poszczególnych muzyków. Największe brawa należą się przede wszystkim Bartkowi, który popisał się imponującą grą na gitarze elektrycznej oraz Bartoszowi Niebieleckiemu, który na "garach" grał tak ekspresyjnie, że w pewnym momencie połamał pałeczkę. "Same straty" jak zażartował po występie. Zespół wizytę w Charlottcie może uznać za sukces - publiczność ich pokochała i gdy ogłoszono, że obok sceny można kupić debiut HooDoo Band na CD, w 5 minut poszedł cały zapas.

Po krótkiej rozmowie z grupą i podpisaniu biletu udaliśmy się na występ absolutnej legendy - Johna Mayalla. Mayall jest jednym z najsłynniejszych białych bluesmanów w historii: ma niemal 80 lat na karku, ponad 50 (!) krążków na koncie, (pierwszy album nagrał w 1964 roku!) i cały czas koncertuje. Uczniowie tego muzyka? Eric Clapton, Mick Fleetwood (Fletwood Mac), Jack Bruce (Cream), Mick Taylor (The Rolling Stones) czy Dave Navarro (Red Hot Chili Peppers). Robi wrażenie, co nie? Na koncercie pojawiło się niemal tyle samo osób (może nawet więcej), co na Cooperze - biorąc pod uwagę fakt, że Mayall regularnie odwiedza Polskę, uważam to za spory sukces. Dodatkowo wśród fanów można było zobaczyć chociażby Romualda Lipko, a więc założyciela Budki Suflera - rok temu był gwiazdą festiwalu, tym razem "zwykłym" fanem. I szkoda tylko, że znów był podział na sektory, co sprawiło, że publiczność była rozstrzelona - część osób w pierwszym, część w drugim, reszta w trzecim, tworząc w ten sposób "dziury" po bokach.

John Mayall rozpoczął swój występ jakieś 15 minut po 22, z uwagi na... brak jednego z muzyków. Po malutkich poszukiwaniach okazało się, że biedak po prostu zaspał, ale na szczęście zdążył się na czas "ogarnąć" - publiczność nagrodziła go gromkimi brawami gdy już znalazł się na scenie. Nie była to jedyna wpadka podczas koncertu: gdy Mayall chciał zainaugurować występ... zepsuł się mikrofon. Mało tego, gdy już mu go wymieniono, to nowy również odmówił posłuszeństwa - z tym że to już było mniej zabawne, bo stało się podczas pierwszego utworu. W końcu jednak przezwyciężono wszystkie problemy natury technicznej (podczas przyszłorocznej edycji takie zdarzenia miejsca mieć już nie powinny) i przez półtorej godziny Mayall z zespołem mógł nas oczarowywać swoją muzyką. Głos Johna ciągle jest głęboki i mocny (jak na kogoś w tym wieku oczywiście), a sam muzyk popisywał się grą na klawiszach, harmonijce ustnej oraz gitarze. Jego zespół również prezentował się znakomicie: słynny "Cocky Rocky" (Rocky Athas) na gitarze kilka razy pokazał zgromadzonym fanom czym zachwycił swego czasu Thin Lizzy czy Briana Maya z Queen, swoje pięć minut miał, siedzący za perkusją, Jay Davenport (publiczności się podobało, ale na mnie wrażenia nie zrobiło - w końcu poprzedniego dnia mieliśmy solo Sobela) ale z całej towarzyszącej Mayallowi grupy największe brawa zebrał fenomenalny Greg Rzab na basie - cóż za fantastyczny muzyk! No ale wystarczy zobaczyć listę artystów z którymi grał (Jeff Beck, The Allman Brothers Band, Santana), aby przekonać się, że to facet z wielkim doświadczeniem. Widzów zaskoczyć mogła oprawa całego występu: skromna, niemal ascetyczna. Zespół umiejscowił się na samym środku wielkiej sceny i po prostu pozwolił mówić muzyce - żadnych rekwizytów, sztucznych ogni, biegania po scenie. Mayall grał tak, jakby znajdował się w małym klubie, sprawiając, że pomimo bycia w amfiteatrze czułem się jakbym uczestniczył w wydarzeniu kameralnym. John wraz z zespołem znakomicie zaprezentował się w Dolinie Charlotty: mimo (prawie) 80-ciu lat na koncie, legendarny bluesman ciągle potrafi zaczarować zgromadzoną publiczność. Pokazał, że, w przeciwieństwie do artystów, muzyka się nie starzeje. Ba! Jest jak wino - im starsza, tym lepsza!

03.08.2013 - KRUK, SANTANA

Kolejna ciężka noc, po niej kolejny upalny dzień - już ostatni. Biorąc pod uwagę gwiazdę ostatniego dnia udaliśmy się zająć odpowiednie miejsca już na półtorej godziny przed supportem. Była to dobra decyzja, gdyż sporo osób już siedziało i najlepsze miejsca kurczyły się w szybkim tempie. Tym razem bilety miałem najtańsze (trzecia kategoria), gdyż fanem Santany nie jestem, no ale jak ktoś taki gra niedaleko mnie, to grzech nie zobaczyć. Posłuchaliśmy sobie trochę plotek (Carlos przyleciał do gdańska prywatnym odrzutowcem, przez całą drogę eskortowały go samochody policyjne itp. itd.) i zastanawialiśmy się co takiego pokaże nam... polski Kruk. Widziałem bowiem ten band już trzy razy z Tomkiem Wiśniewskim na wokalu i jego odejście było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Czy nowy frontman będzie równie dobry? No i tak sobie siedzieliśmy i czekaliśmy a tu nagle prowadzący imprezę Jan Chojnacki poinformował o tym, że koncerty rozpoczną się pół godziny wcześniej. Poprosił o to sam Santana, ponieważ tak spodobało mu się w Dolinie (nie bez znaczenia była pewnie również eskorta godna prezydenta), że postanowił zagrać pół godziny dłużej niż na innych przystankach trasy. Publiczność była zachwycona i jeszcze bardziej zaostrzyła sobie apetyt na koncert słynnej grupy. Najpierw jednak na scenę po raz czwarty w historii Festiwalu Legend Rocka wyszedł zespół Kruk.

Przyznam się, że nawet tydzień po występie ciężko mi go ocenić. Grupa bowiem wzięła mnie całkowicie z zaskoczenia: najpierw grając swoje największe hity ale z polskimi tekstami (oryginały śpiewane są w języku Szekspira), następnie prezentując kilka coverów (m.in. Queen, Deep Purple, Led Zeppelin). Do zespołu większych zastrzeżeń mieć nie można, bowiem wszyscy muzycy grali wyśmienicie, a Brzychcy wręcz fantastycznie. Twardym orzechem do zgryzienia jest tylko Andrzej Kwiatkowski gościnnie występujący na wokalu, ponieważ ma nieco inny głos niż Tomek Wiśniewski, a to nie zawsze mi pasowało. Andrzej ma ciepłą barwę, nie fałszuje, ale brakuje mu rockowego pazura. Nie potrafi też osiągnąć takich rejestrów co Tomek i nie wiem czy udźwignąłby "Child In Time", które Kruk wykonywał już kilka razy. Mógłby również troszeczkę popracować nad angielskim aby brzmiał nieco bardziej miękko. Frontmanem jest jednak niezłym a kobiety gdyby mogły, to by go zjadły. Ciekawa sytuacja miała miejsce po jakichś trzech/czterech kawałkach: oto bowiem sam Carlos Santana zszedł w otoczeniu ochroniarzy do amfiteatru i przemaszerował sobie przez niego aż do bocznego wejścia na scenę, obserwując grę zespołu. "Jesteś niesamowitym gitarzystą, musiałem zejść i Cię zobaczyć" - powiedział Piotrkowi. Brzychcy jakby dostał skrzydeł - do samego końca grał jak natchniony.

Publiczności się podobało, Santanie również, mi generalnie też, choć na pewno nie był to najlepszy występ tej kapeli jaki widziałem. No ale to i tak miała być tylko przystawka przed prawdziwą legendą gitary. O godzinie 21:20 na wszystkich telebimach pojawiło się błyszczące logo grupy oraz ciekawa wizualizacja (przedstawiająca naszą galaktykę) i na scenie pojawił się elegancko ubrany Carlos wraz z imponującym, dziesięcioosobowym zespołem. Rozpoczynając "Toussaint L'Ouverture" zabrał nas w niezwykłą, trwającą ponad 2,5 godziny muzyczną podróż. Śmiało mogę powiedzieć, że koncert Santany był najlepszym występem w całej historii festiwalu, a trzeba przecież wziąć pod uwagę fakt, że występowały tu takie tuzy jak m.in. Thin Lizzy, Deep Purple, UFO czy Uriah Heep. Carlos zaprezentował ciekawą setlistę, mieszającą różne gatunki muzyczne oraz style. Komercyjne radiowe kawałki, podczas których publiczność tańczyła i bawiła się, poprzecinane zostały legendarnymi suitami - kilka razy zdarzyło mi się podczas słuchania zamknąć oczy i pozwolić porwać się dźwiękom gitary. Santana okazał się być w znakomitej formie; skoncentrowany, pewny siebie zachwycał czarującymi solówkami podczas spokojniejszych utworów, natomiast w trakcie trwania tych bardziej rockowych klasyków potrafił pokazać prawdziwy pazur. Mimo bycia absolutną gwiazdą tego dnia, nie zapominał on jednak o pozostałych członkach grupy, dając im możliwości popisywania się przed niemal dziesięciotysięczną publicznością. Tutaj warto wyszczególnić Benny'ego Rietvelda na basie oraz Davida Mathewsa na klawiszach. Z uwagi na to, że wiele hitów Santany ("Black Magic Woman", "Maria Maria" czy "Corazon Espinado") posiada tekst, to nie mogło zabraknąć również wokalistów: czarnoskóry Tony Lindsay oraz młodziutki Andy Vargas znakomicie się sprawdzili, nie raz podnosząc temperaturę (głównie) damskiej części widowni wychodząc do publiczności. Oprawa show była równie bajeczna co muzyka: feeria barw z reflektorów, piękne wizualizacje, fragmenty koncertów Santany czy jego teledysków - widać, że koncert został bardzo starannie przygotowany. Ktoś jednak zapyta: OK, no ale skoro to wszystko było tak dokładnie obmyślone, to skąd te dodatkowe pół godziny? Otóż Carlos, jak za starych dobrych lat, po prostu przedłużał poszczególne utwory improwizując. Setlista pozostała bez zmian, wizualizacje pasowały, natomiast niektórych utworów w takich wersjach fani jeszcze nie słyszeli. Niekiedy było widać jak Carlos podchodził do poszczególnych członków grupy i wydawał im polecenia dalszej gry, co pozwalało mu tym samym na wyczarowanie z kapelusza interesującego, gitarowego sola. Na kilkanaście minut przed północą niebo się otworzyło i końcówkę występu oglądało się przy rozświetlających niebo błyskawicach oraz w strugach deszczu. Fani, zmęczeni ostatnimi upałami przyjęli niespodziewany prysznic z uśmiechem na ustach i dalej bawili się przy muzyce legendarnego gitarzysty.

Koncert zakończył się krótko po północy i wszyscy byli nim zachwyceni. Nawet sam autor, który Santany na co dzień nie słucha, musiał przyznać, że był to jeden z najlepszych występów jakie w życiu widział. 7. Festiwal Legend Rocka się zakończył i na pewno przejdzie do legendy - nawet sami prywatni ochroniarze Carlosa przyznali, że nie widzieli go takim od niemal dziesięciu lat. Za rok kolejny FLR w Charlottcie i na pewno po raz kolejny mnie tam nie zabraknie. Przyda się jednak kilka zmian w organizacji: przede wszystkim potrzeba większej liczby zespołów oraz zlikwidowania podziału na sektory. W przypadku występów absolutnych bogów rocka należałoby wprowadzić bardziej ograniczoną pulę biletów, ponieważ na Santanie sporo osób nie miało już gdzie usiąść. To prowadziło do sporej ilości sprzeczek i brzydkich zachowań wśród publiczności, co nigdy wcześniej miejsca nie miało. Sama ochrona powinna stanowczo reagować na wszelkie przejawy braku kultury i temperować zapędy osób wychowanych w stodołach, w skrajnych przypadkach usuwając ich z terenu amfiteatru. Wtedy wszystkim prawdziwym fanom rocka będzie się żyć lepiej.

Setlista:

---Milky Way Intro---
01. Toussaint L'Ouverture
02. Sunshine Of Your Love
03. Black Magic Woman/Gypsy Queen
04. Oye Como Va
05. Maria Maria
06. Foo Foo
07. Europa
08. Batuka/No One To Depend On
09. Taboo/Hope You're Feeling Better
10. Corazon Espinado/Bass & Drums Solo
---Intermission---
11. Jingo
12. Se a Cabo
13. Incident At Neshabur
14. She's Not There
15. Evil Ways/A Love Supreme
16. Smooth/Dame Tu Amor
---Woodstock Chant---
17. Soul Sacrifice
18. Saidera
19. Bridegroom/Into The Night
20. Love, Peace And Happiness
21. Samba Pa Ti



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 12.08.2013 r.



© https://www.METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!