Black Ritual Tour 2013


Christ Agony, Feto In Fetus, Ogotay
Black Ritual Tour 2013
Inferno Café, Koszalin - 10.03.2013


Nieco ponad tydzień temu jedna z legend polskiej sceny metalowej, zespół Christ Agony, rozpoczął kolejną trasę koncertową po Polsce. W ciągu jednego miesiąca grupa odwiedzi 11 miast, w których, wedle zapowiedzi, zaprezentuje odświeżoną setlistę koncertową oraz nowe kawałki. Koncert w Koszalinie był trzecim przystankiem w ramach tej wycieczki - dwa dni wcześniej ekipa odwiedziła Pruszcz Gdański, a następnie Słupsk. Niezłe tempo. Bilety kosztowały 15 zł. w przedsprzedaży i 20 zł. w dniu koncertu.

Ogotay

W każdym mieście na trasie rolę supportu odgrywa inny zespół. W Koszalinie pierwszą grupą, która zaprezentowała się na scenie Inferno był pochodzący z Gdańska zespół Ogotay. Mimo że jest to kapela stosunkowa młoda (rok założenia: 2011 rok), to na swoim koncie ma już pierwszy, całkiem niezły, krążek. No i wśród fanów mocniejszego grania od razu jest rozpoznawalna za sprawą wokalisty/basisty, wszak Marcin Świerczyński to jeden z założycieli, kultowej przecież, grupy Yattering. Zresztą każdy z muzyków miał już pewne doświadczenie sceniczne, co było słychać, widać i czuć: panowie doskonale wiedzieli po co wybrali się do Koszalina - mianowicie aby skopać nam odwłoki.

Z supportami to zawsze jest różnie: albo nie zwracamy na nich uwagi, albo widzimy jakiś tam potencjał, ale raz na jakiś (dłuższy) czas trafi się grupa, która każe się zastanowić jakim cudem oni jeszcze nie są znani. Do tego ostatniego worka na pewno trafia Ogotay, bowiem zespół ten doskonale czuje się na scenie: pojawił się krótko po 20 i od razu walnął tak, że włosy dęba stanęły. Było wszystko to, czego można się było spodziewać po dobrym death metalowym koncercie: mocne riffy, szybkie solówki, kanonada na perkusji, ściana dźwięku, krzyki i ryki... A agresywna gra łysego Artura Piotrowskiego na gitarze była wręcz hipnotyzująca. Zresztą cały zespół spisał się znakomicie i nie da się przyczepić do żadnego elementu show: perkusista wie jak powinno się, za przeproszeniem, napierdalać, Gufi przebiera palcami aż miło, a Śvierszczu tak się wczuł, że w pewnym momencie zszedł ze sceny popogować. Z instrumentem. Warto także zwrócić uwagę na oprawę występu: multimedialna prezentacja puszczona w tle, plakaty z logiem grupy po bokach sceny, wentylator rozwiewający włosy wokalisty - nieźle jak na "tylko" support.

Ogotay zaprezentował materiał z debiutanckiego krążka, zaczynając od "A Holy Nothingness", na "War Machinery" kończąc. Po drodze zaserwowali m.in. "Naked Lunch", "Hate To Religion" czy "Earth". Śvierszczu pomiędzy kawałkami głównie żartował z zimy, która tego dnia znowu zaskoczyła drogowców ale w pewnym momencie troszeczkę spoważniał i wspomniał trasę "Covan Wake The Fuck Up Tour", zachęcając przy tym, aby w dalszym ciągu wspomagać muzyków Decapitated w rehabilitacji (choć nie uniknął przy tym "małego" babola - mam nadzieję, że było to tylko przejęzyczenie). Całego setu słuchało się z niekłamaną przyjemnością i zespół znakomicie wykorzystał te 50 minut które im dano. Warto zwrócić na nich uwagę i przesłuchać "Eve Of The Last Day".

Feto In Fetus

Ogotay udanie rozpoczął niedzielny wieczór ale chyba nikt nie był gotowy na to, co nastąpiło kilka minut później. O Feto In Fetus czytałem troszeczkę przed koncertem: wiedziałem, że jest to zespół z niewielkim dorobkiem (demo, dwie EP-ki i jeden album) i grający death/grind. Gdy zobaczyłem ich na scenie wykiełkował we mnie ostry sceptycyzm. O ile gitarzysta (i jednocześnie założyciel) wyglądał jak metal z krwi i kości, to basista z logiem Sepultury na głowie, perkusista w okularach i frontman wyglądający brat bliźniak Gutka z Indios Bravos sprawili, że zacząłem się zastanawiać co to właściwie, kurde, będzie. Jakiś miszmasz, którego nie strawie? Nowoczesne granie, ostatnimi czasy doprowadzające mnie do szału? O nie...
Powiem Wam, że w domu dość długo przetrawiałem to, co zobaczyłem o godzinie 21 w klubie Inferno. Równie długo zastanawiałem się, czy brak słuchu spowodowany tym występem był tylko chwilowy czy może to już trwałe kalectwo*.

Do tej pory nie jestem pewien czy dźwięki wychodzące z wokalisty były prawdziwe czy może moja chora wyobraźnia trochę to wszystko podkolorowała. Przyznam się, że nawet im braw nie biłem - w takim szoku się znajdowałem. Zaprawdę powiadam Wam: oto na ziemi polskiej pojawił się nasz własny Napalm Death. Muzyka Feto in Fetus była jak uderzenie w głowę kijem bejsbolowym. Z gwoźdźmi. Przez zawodowego gracza. Rąbnęli szybkimi, krótkimi i niezwykle brutalnymi "piosenkami" i zeszli zanim publiczność odzyskała przytomność. I nie tylko ja stałem jak wryty. Spora część metalowców słysząc tę miazgę płynącą ze sceny zrezygnowała z pogaduszek przy barze (i piwie!) i udała się pod scenę podziwiać młodych wykonawców. Spory wyczyn!

W setliście znaleźli się przedstawiciele nie tylko pierwszego albumu grupy czy ostatniej EP-ki, ale także zupełnie nowe kompozycje, które znajdą się na nadchodzącym albumie. Była "Vagina", był "Bolt Thrower", "Sick.Sick.Sick", "Napalm", "A Good Day To Die", "Funeral", "Path", "Dead Infection", "Mortuary", "Let Blood Be Shed" czy "Nasum". Nie żebym te wszystkie "piosnki" znał - zrobiłem zdjęcie tego co zaprezentowano (choć i tak większość kawałków była zapisana w taki sposób, że pewnie tylko członkowie grupy wiedzą co się tam kryje). Warto śledzić ich karierę, ponieważ Feto in Fetus może naprawdę mocno namieszać na krajowej scenie.

Christ Agony

Po godzinie 22 przyszedł czas na gwiazdę wieczoru. Christ Agony to legenda rodzimej sceny metalowej, tak więc oczekiwania wobec tego występu były dosyć spore. Zespół stanął na wysokości zadania, choć rewelacji nie było - był to po prostu solidny występ starych wyjadaczy. Zaskoczony byłem brzmieniem grupy, bowiem rzadko zdarza się, aby za pomocą tylko trzech instrumentów postawić taką ścianę dźwięku. No ale Cezar, Reyash i Młody w końcu wiedzą jak grać. Tomek Rejek miał tego wieczoru sporo roboty, bowiem nie tylko świetnie spisywał się na basie ale również znakomicie wspomagał Cezarego wokalnie. Gdyby lider grupy się rozchorował i musiałby skupić się tylko na grze, Rejek z powodzeniem mógłby go zastąpić i nikt nie miałby prawa być rozczarowanym. Były basista Vadera znakomicie odnalazł się w grupie i śmiem twierdzić, że niekiedy przyćmiewał samego założyciela kapeli. Oby jego karierą w Christ Agony trwała jak najdłużej!

Setlista, biorąc pod uwagę zapowiedzi, troszeczkę mnie zawiodła. Oczywiście nie zabrakło przedstawicieli wydanego w 2011 roku albumu "NocturN" ("Reign Of Chaos", "Silent Gods Of Darkness") czy też hymnów pokroju "Mephistospell", ale jednak 70-75 minut na główną gwiazdę to troszeczkę mało. Na pewno dałoby radę wcisnąć takie hity jak "Fiery Torches" czy "Black Star Falling" i nikt by nie marudził. Odniosłem wrażenie, że chłopaki troszkę oszczędzili sił, co z jednej strony jest zrozumiałe biorąc pod uwagę tempo całej trasy, no ale z punktu widzenia fana lekko rozczarowujące, no bo 1,5h to, przynajmniej dla mnie, rozsądne minimum jeśli chodzi o występ na żywo.

Uczciwie jednak trzeba przyznać, że przez te (krótkie, bo krótkie) kilkadziesiąt minut "zło" wylewało się ze sceny i zarażało coraz więcej ludzi. O ile podczas występów Ogotay i Feto in Fetus rola publiczności ograniczała się do słuchania, to podczas koncertu Christ Agony pod sceną zrobiło się coś na kształt pogo. Nie był to kocioł w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, wszak "zabawa" ta powinna towarzyszyć szybkim kawałkom a nie walcowatym hymnom ku czci Szatana - były to raczej powolne, aczkolwiek wyjątkowo agresywne zapasy. Osobiście mi się to nie podobało, bowiem zamiast skupić się wrażeniach werbalnych i wizualnych, musiałem pilnować aby nie dostać przez przypadek w twarz z łokcia (po co bowiem uważać na innych słuchaczy, co nie?) albo przewracającym się, pijanym metalem. Prawdziwym szczytem był jednak czarnoskóry, odpływający pod wpływem alkoholu do Nibylandii fan, który wykonując nazistowski gest krzyknął "Sieg Hail!". Widok, nie tyle dziwny co wręcz groteskowy.

Mimo tych zachowań uważam wieczór za całkiem udany. Oprócz bowiem legendy polskiej sceny metalowej zobaczyłem młode zespoły, które mogą w przyszłości dostać się do ścisłej czołówki mocnego grania. Ogotay ma doświadczonych muzyków i znakomitego frontmana (choć mówiąc o Decapitated strasznie się zamieszał), a Feto In Fetus fenomenalnego wokalistę, którego "głos" potrafi wręcz ogłuszyć. Christ Agony zrobił dokładnie to, czego się spodziewałem - dał dobry, choć mało odkrywczy koncert. Czy to jakaś wada? Na to pytanie sami musicie znaleźć odpowiedź. Najlepiej na Black Ritual Tour 2013 - bilety są bowiem w śmiesznych cenach a zespoły metalowe zawsze (i wszędzie) warto wspierać. Zwłaszcza teraz, gdy frekwencje na koncertach (nawet tych bardziej "znanych" grup) pozostawiają wiele do życzenia.

* wysyłam ten tekst do publikacji równo tydzień po występie i w prawym uchu ciągle słychać lekki pisk.



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 16.03.2013 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!