Wacken Open Air 2012


Tegoroczny wyjazd na Wacken Open Air do ostatniej chwili zawierał pewna nutkę niepewności. Oczywiste było, że pojedziemy, tylko do ostatniej chwili nie było pewności w jakim składzie. Koniec końców wszystko elegancko się zazębiło i w środowe późne popołudnie rozpoczęła się operacja "WOA 2012". Zebraliśmy się w czteroosobowym składzie (Strati, Thomen i Michał), tradycyjne odwiedziliśmy hipermarket i około godziny 20-tej wyruszyliśmy w kierunku Niemiec. Droga prosta jak drut, ekipa w samochodzie rewelacyjna, więc podróż upłynęła nie wiadomo kiedy. Tradycyjnie sporo śmiechu i przedniej muzy. Na miejscu meldujemy się koło godziny 3 nad ranem. Tutaj sprawne załatwiamy formalności i udajemy się na pole prasowe. A tam spora niespodzianka. Ochrona nie chce nas wpuścić, bo już nie ma wolnych miejsc. Zostajemy odesłani na inne pole, które znajduje się spory kawałek od tego "nominalnego" i wejścia na teren festiwalu. Niezbyt nam to się podoba, więc zostawiamy samochód i udajemy się na mały rekonesans. Na starym polu udaje nam się znaleźć małą "polankę" na nasze namioty, a kilka kroków dalej miejsce na zaparkowane samochodu. Teraz szybki powrót do auta i wracamy na z powrotem na stare pole. Tutaj ochrona znowu robi problemy, ale tym razem od razu informujemy, że jedziemy do znajomych, którzy trzymają nam miejsce. Machnięcie ręką i jesteśmy "w domu". Teraz najprzyjemniejsza część podróży na Wacken. Czas rozbijania namiotów, ale wcześniej "zasłużone" piwko. Te kilka godzin za kółkiem i ponad 900 km przejechanych... no po prostu należy się chwila przyjemności.

Namioty rozstawione, reszta tematów już też ogarnięta więc można spokojne posiedzieć i pogadać. Rano pobudki i tak nie będzie, bo pierwsze koncerty tradycyjnie od godziny 16-tej. Posiedzieli, pogadali i się pośmiali. Wiadoma sprawa, jak to na wyjeździe, humory dopisują od samego początku. Pobudka koło południa, śniadanie i oczekiwanie na no początek festiwalu. Pogoda dosyć dobra, sporo słońca i mało ciemnych chmur. No ale jak wiadomo, Wacken ma swoje hasło: Rain Or Shine. W tym temacie to wszystko jeszcze było przed nami...

Czwartek:

Tradycją tego festiwalu jest to, iż główne sceny co roku "otwiera" zespół Skyline. Ja zwykle były wackenowskie hymny, covery i gościnne występy (tym razem tylko Doro Pesch). Z ciekawszych utworów usłyszeliśmy "Doctor Doctor" (UFO), "Burn" (Deep Purple), "Engel" (Rammstein"), czy "Warriors Of The World United" (Manowar). Doro zaśpiewała "We Are The Metalheads" i "swój" cover "Raise Your Fist".

Kolejna pozycja w festiwalowej rozpisce to Sepultura & Les Tambours Du Bronx. Jednak niespecjalnie mnie zainteresował ten dziwaczny występ. Była to Sepultura + kilkunastu gości z różnistymi bębnami. Chwilę popatrzyłem w drodze do sklepiku i wytrwałem może ze 2 numery.

Występ U.D.O. zapowiedziany był z gośćmi. Początek koncertu był całkiem typowy. Usłyszeliśmy "Rev-Raptor", "Thunderball", "Leatherhead", "Vendetta", oraz acceptowe: "Screaming For A Love-Bite" i "Princess Of The Dawn". Pierwszym gościem była Doro Pesch, która razem z Udo odśpiewała utwór "Dancing With An Angel". Kolejny punkt setlisty to ponowny klasyk z dyskografii Accept - "Head Over Heels", który sprawił mi mnóstwo frajdy. Cóż, nic na to nie poradzę, ale po prostu uwielbiam ten numer. Po tym utworze Udo "zarządził" zmianę... składu swojego zespołu. Na scenie pojawili się: Andy Susemihl, Mathias Deih, Thomas Smuszynsky i Sven Dirkschneider. Ten skład odegrał starsze numery: "Animal House", "Heart Of Gold" i "They Want War" (cóż za niespodzianka z tym numerem!). To jeszcze nie był koniec "zamieszania" z muzykami, gdyż do kolejnego utworu na scenę wkroczył... Mr. Lordi w pełnej krasie, czyli w swoim pełnym rynsztunku scenicznym. Tak wzmocniony skład odegrał "Break The Rules". Chwila przerwy, na scenie pojawiają się muzycy obecnego składu U.D.O. i jedziemy z klasykami: "Man And Machine", "Metal Heart" (oczywiście, że miodzio!) i czas na bisowe "The Bogeyman" i "Balls To The Wall" w którym na scenie pojawiają się wszyscy z zaproszonych wcześniej gości. Zamieszanie jest niesamowite!

To był bardzo fajny koncert. Duży wpływ na to miały oczywiście "zmiany" składu i to była właśnie wartość dodana. Do kilka starszych numerów - dzięki temu ten koncert sporo różnił się od tych "typowych". Oczywiście ze spora przyjemnością posłuchałem też acceptowych klasyków.

Po występie jednych weteranów, nastał czas kolejnych. Saxon to zespół, który na Wacken ma specjalne przywileje. Grają tam bardzo regularnie i chyba jako jedyni mogą przedłużyć swój występ bez jakichkolwiek konsekwencji - jak to miało miejsce w 2009 roku. Brytyjczycy zagrali dosyć długi koncert, bo aż 18 utworów. Jak na warunki festiwalowe to całkiem sporo. Saxon na żywo to oczywiście perfekcyjne show, sporo muzycznego luzu i sporo dobrej muzyki. Sporo dobrej roboty wykonuje wokalista Biff, który cały czas zachęca publikę do jeszcze większej zabawy, a i sam z siebie daje sporo. Nie brakowało też zabawnych momentów podczas tego koncertu - a to Biff wybrał się wycieczkę aż na sąsiednią scenę wykorzystując do tego wózek z kamerą. A to basista Nibbs Carter wybrał się do fosy i siedząc "na barana" ochroniarzowi odgrywał swoje partie przez cały numer. Dodajmy do tego kapitalne światła ("Crusader"!) i niezłą pirotechnikę - można sobie wyobrazić ogrom tego show. Trzeba przyznać, że setlista też była całkiem niczego sobie:

Heavy Metal Thunder
Hammer Of The Gods
Power And The Glory
20,000 Ft
Never Surrender
Dogs Of War
Motorcycle Man
I've Got To Rock (To Stay Alive)
Crusader
Rock The Nations
Drum Solo
Battalions Of Steel
The Eagle Has Landed
Wheels Of Steel
To Hell And Back Again
Denim And Leather
-----
Strong Arm Of The Law
747 (Strangers In The Night)
Princess Of The Night

Sporo staroci - nieźle, no nie? Jak dla mnie to był jeden z lepszych koncertów Saxon jaki widziałem. Bardzo lubię oglądać ten zespół na żywo i przy kolejnej okazji na pewno nie odpuszczę tej kapeli.

Tymczasem Strati wybrała się na sam koniec festiwalowego terenu. Oczywiście był ku temu bardzo ważny powód, który nazywa się Circle II Circle.

Pierwszy dzień Wacken był jeszcze dniem bez błota, dlatego przedarcie się po ciemku na koniec festiwalowego miasteczka nie stanowiło większego problemu. Na scenie jeszcze kończył Saxon, kiedy wyruszyłam na podbój namiotu z W.E.T. i Party Stage. Od początku wydawało mi się podejrzane dlaczego Circle II Circle gra na małej scence na kurzej stopce na końcu świata, a towarzyszą mu zespoły nie tyle mało znane, co wręcz ledwie znane w krajach, z których pochodzą. Tymczasem mikroskopijność sceny i kameralność publiki okazały się wielkimi plusami tego koncertu. Pod białym poszyciem namiotu światło rozpraszało się w taki sposób, że wytworzyło złudzenie przebywania w niewielkim klubie. Nastrój ten był podsycany przez samą publiczność: nieliczną, nieprzypadkową z jakimś zahipnotyzowanym obłędem wyczekującym na koncert. Im bardziej zespól nie istnieje, tym jego publika jest bardziej nienasycona i spotkanie pod sceną traktuje jak jakieś zbiorowe wielbienie guru. Oczywiście Circle II Circle istnieje, a nakręceni fani przyszli posłuchać "The Wake Of Magellan" Savatage, co miało wypełnić cały set. Rzeczywiście, nie pojawił się ani żaden "własny" numer Circle II Circle ani żaden inny "cover" Savatage. Wręcz przeciwnie, "The Wake Of Magellan" też nie pojawił się w całości. Jasne było, że godzinnej płyty nie zdoła zagrać w przewidziane i odmierzone z aptekarską dokładnością 45 minut. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwsze cztery utwory zgadzały się z kolejnością na płycie, więc zaczęłam się zastanawiać czy sprzyjające okoliczności przyrody nie powołają do życia jakiejś zakrzywionej czasoprzestrzeni i zmieszczą także brakujące dwa instrumentale oraz "Another Way" i "Paragons Of Innocence". Te dwa ostatnie zresztą były odrzucone przez wzgląd na to, że oryginalnie nie są śpiewane przez Zaka Stevensa. Gdyby zespół miał więcej czasu z pewnością by się w secie znalazły. Mimo pewnych niedociągnięć brzmieniowych (co na Wacken budzi zaskoczenie) występ był zgoła magiczny, na co zresztą złożył się nie tylko sam zespół, ale publiczność. Zupełnie jakby to nie było Wacken - przeolbrzymi spęd wszelkiej maści metaluchów, spośród których część przyjechała popływać w błocie, a nie posłuchać świetnych zespołów na żywo.

To już był koniec czwartkowych koncertowych emocji. Co prawda zaplanowano jeszcze koncert Volbeat, ale widziałem już ich kiedyś na Wacken i ten zespół nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia. Dlatego bez zastanowienia odpuściłem ten koncert i udałem się na pole namiotowe. Tutaj całą naszą gromadką wybieramy się na piwko do ogródka prasowego. Nasza "imprezka" kończy się jasnym dniem, a to co się tam wyprawiało, to już przeszło do legendy. Oczywiście to nie miejsce i pora o tym pisać, więc szybciutko przechodzimy do kolejnego dnia festiwalu.

Piątek:

Drugi dzień festiwalu rozpoczynam od wycieczki pod True Metal Stage gdzie zaatakują thrash metalowcy z Sacred Reich. Ten zespół widziałem również na Wacken w 2007 roku i byłem pod sporym wrażeniem tego koncertu. Tym razem Amerykanie otrzymali troszkę więcej czasu i zagrali dłużej. Jak wiadomo - zespół ma w swoim dorobku zaledwie cztery albumy, w dodatku nagrane dawno temu, więc na koncertach szału z wyborem numerów nie ma. Oczywiście takie kompozycje jak "Death Squad", "The American Way", "Independent", "Love...Hate", czy "Crimes Against Humanity" to kawał świetnego grania. Oczywiście nie mogło zabraknąć nieśmiertelnego "War Pigs" wiadomego zespołu. Sacred Reich pozostawił po sobie świetne wrażenie. To był kawał soczystego thrash metalu, pomimo tego, że upalne słońce w południe nie zachęcało do maksymalnej zabawy - sporo osób kotłowało się pod sceną.

Po występie Sacred Reich na sąsiedniej scenie pojawił się zespół, na który oczekiwałem dosyć niecierpliwie. Koncert Sanctuary był jednym z moich "michałków" tegorocznego Wacken. Reaktywowana niedawno kapela w której śpiewa Warrel Dane (znany z Nevermore) nagrała w latach 1987 i 1989 dwa świetne albumy: "Refuge Denied" i "The Mirror Black". Później (1992 rok) nastąpiło zawieszenie działalności, aż do roku 2010. Obecnie zespół komponuje materiał na nową płytę i jeden z nowych utworów zaprezentowano podczas tego koncertu. Była to kompozycja zatytułowana "I Am Low", złożona pół na pół z fragmentów wolnych i szybkich. Jak dla mnie to całkiem niezły ten numer. Ponadto było zagrane:

Eden Lies Obscured
Die For My Sins
Taste Revenge
Future Tense
The Mirror Black
White Rabbit
Sanctuary
World Is Wired
Battle Angels

"Future Tense" to oczywiście mój numer jeden z tego koncertu. Pamiętam jak w nieśmiertelnym "Headbangers Ball" na MTV (tak, tak!) poleciał do tego teledysk. Byłem pozamiatany na całego i rozpoczęło się szukanie co to za kapela i kombinowanie jak dotrzeć do tej muzy. Na Wacken Sanctuary pozostawiło bardzo dobre wrażenie. To zespół z krwi i kości, panowie Lenny Rutledge (gitara), Jim Sheppard (bas) i Dave Budbill (perkusja) odwalają kawał doskonałej roboty. Drugi gitarzysta Brad Hull - zupełnie nieodstawał od bardziej doświadczonych kolegów. Osobne słówko o Warrelu (ponownie w koszulce Behemoth)... echh... ok. Jeśli chodzi o formę wokalną, to trzeba przyznać, że była ona bardzo dobra. Dane spokojnie wyciągał wszelkie górki i nie miał najmniejszych problemów przez cały koncert. Niestety jego zachowanie na scenie (w szczególności dziwne pogawędki) wskazywało, że pewne problemy wciąż mają miejsce. Cóż... oby to nie zaważyło na karierze kolejnego zespołu w którym śpiewa Warrel.

Ogólnie koncert Sanctuary w pełni mnie zaspokoił. Tego w zasadzie oczekiwałem i to dostałem. Kawał świetnej muzy zagranej z pazurem. Mam nadzieję, że nowa płyta dotrzyma kroku tym starszym.

Po występie Amerykanów udajemy się pod True Metal Stage, gdzie zagra Kamelot. O koncercie opowie Strati:

Kiedy Kamelot rozpoczynał swój występ, jedynymi zmartwieniami wydawało się to, że nagłośnienie za mocno akcentuje stopę i nie ma jeszcze godziny 15, świeci słońce i nastrój zespołu pójdzie z dymem. Tymczasem już przy dźwiękach klimatycznego "The Human Stain" z nieba zaczęły spadać drobne kropelki, a horyzont zasnuł się czarną jak ziemia święta chmurą. Nie byłoby w tym nic niepokojącego, gdyby nie to, że przy rytmicznym "The Great Pandemonium", świetnie bawiący się tłum zaczął rozglądać się za kurtkami przeciwdeszczowymi, płaszczami i parasolami, żeby przy "When The Lights Are Down" spieprzać gdzie pieprz rośnie w desperackiej ucieczce przed straszliwą ulewą. Koniec końców, do śpiewania "And When The Lights Are Down / You're So Far Away" została tylko garstka osób, zupełnie jakby Kamelot nie grał na jednym z największych metalowych festiwali świata, tylko na Dniach Śliwki. Nogi grzęzły w coraz głębszym błocie, które w strugach deszczu spływało w wydeptane miejsca pod zejściami na pola i do sklepów, tworząc ogromne kałuże. Pełniący rolę frontmana nowy wokalista Kamelot, Tommy Karevik, znalazł się w zupełnie zaskakującej sytuacji - dopiero po kawałku nawiązał do ekstremalnych warunków pogodowych, ale sztywny festiwalowy program i zapewne też pozycja nowicjusza, nie pozwoliła mu wykorzystać warunków do zabawy w "Fuck The Rain" albo skrócenia setu. Szczytem tej nieporadności wynikającej z okowów "programu artystycznego" była przewidziana na "Forever" zabawa z publicznością w powtarzanie melodii "aaa aaa aaa ooo", "ooo aaa aaa aaa" i innych konfiguracji przeciąganych samogłosek. Zatapiając się już niemal po kolana w błocie i wylewając piątą porcję wody z ronda kapelusza czekałam na genialny finał w postaci "March Of Mefisto". Po świetnej skądinąd, ale "wywiewanej" przez silny wiatr "Karmie" wyszły na scenę chórzystki i odegrały słynną scenę grania na werblach z zawiązanymi oczami. Niestety niewielu miało okazję zobaczyć ten wstęp do "March Of Mephisto". Większość festiwalowiczów dygotała z zimna w barach lub przebierała przemoczone do suchej nitki ubrania w namiotach. Nie czekając na rytualny ukłon pod koniec koncertu, pobiegłam do namiotu przebrać wszystko co miałam na sobie, bo nitka sucha nie ostała się na mnie żadna. Nie minęło dziesięć minut, a zza czarnej chmury wyjrzało słońce. Ot, nadmorska pogoda. Mimo początkowych problemów z nagłośnieniem masakrującym od wewnątrz klatkę piersiową i żołądek (jeszcze kilka takich "łub, łub" w żołądku i do strug błota dołączyłyby piwno-pulpetowe wymiociny publiki) i najgorszego przypadku pogodowego na całym festiwalu (porównywalny problem miał może tylko Scorpions), Kamelot dał bardzo dobry koncert. Karevik rewelacyjnie zastępuje Khana kontynuując jego manierę i styl śpiewania, jednocześnie dodając dużo energii i smaczki swoich interpretacji. Ogromnym, pozytywnym zaskoczeniem był utwór z nie wydanej wtedy jeszcze płyty "Silverthorn" - "Sacrimony", jednogłośnie określany jako numer udanie kontynuujący stylistykę z "Karmy" i "Epiki". Pozostaje tylko żałować, że zespół kompletnie na koncertach pomija utwory z ery przedkhanowej. Może dzięki nowemu wokaliście zmieni ten obyczaj?

Końcówkę koncertu Kamelot przeczekałem w ogródku prasowym schowany pod sporym parasolem piwnym. Takiego oberwania chmury to ja jeszcze nie widziałem. Ciemno jak w środku nocy, pioruny biły jeden za drugim, a deszcz lał się z nieba jakby ktoś wiadrami lał wodę. Masakra. Przemoczony byłem do suchej nitki (pomimo kurtki przeciwdeszczowej) i zastanawiałem się jak wyglądają nasze namioty. Dodatkowo do koncertu Overkill było coraz bliżej. Na szczęście aura się zlitowała i deszcz zaczął słabnąć. Burzowe chmury odeszły tak szybko jak się pojawiły i można było spokojnie udać się na pole namiotowe. Tutaj na szczęście nic złego się nie wydarzyło, więc szybka zmiana garderoby i wymarsz na koncert thrash metalowców z Overkill.

Weterani tradycyjnie dali energetyczny show. Ten zespół po prostu jest stworzony do występów na żywo. Już to dawno stwierdziłem, że Overkill (i Kreator) to mógłbym oglądać co miesiąc. Zespół popromował troszkę nowe płyty utworami "Come And Get It", "Bring Me The Night", "Electric Rattlesnake", "Ironbound" i "Save Yourself" i zaprezentował swoje żelazne klasyki. A w tym temacie to było zagrane "Elimination", "Wrecking Crew", "Hello From The Gutter", "In Union We Stand" (super!), "Rotten To The Core" i nieśmiertelne "Fuck You". Oczywiście nie mogło zabraknąć kawałka "Old School", który najwyraźniej staje się żelaznym punktem każdego koncertu.

Overkill na żywo to świetna sprawa i z wielką przyjemnością oglądam (i słucham) ich każdego koncertu. Sporo w tym metalowego serducha i pozytywnych emocji. Panowie swoje latka już mają (mocno to już widać patrząc na Blitza), ale na scenie zachowują się jak młodzieńcy. Kierownikiem całego zamieszania jest oczywiście wokalista, który od samego początku ustawił publikę pod siebie. Blitz jak zwykle biegał po scenie, chował się za backline i widać było, że ten koncert kosztował go sporo wysiłku. Fakt, że pogoda też swoje dołożyła, bo o deszczu nie było już mowy, a słońce grzało z pełną mocą. Koncert rozpoczął się o 16-tej przy kropiącym deszczyku, a zakończył godzinę później w pełnym upale. Zresztą ten scenariusz pogodowy towarzyszył nam już do końca festiwalu. No jedyną odmianą było to, że inna kapela zaczynała w pełnym słońcu a kończyła w ulewie. Krótko mówiąc to przemokliśmy jeszcze kilka razy... No ale... Wacken - Rain Or Shine i wszystko jasne.

Po świetnym koncercie Overkill miałem plan udać się na występ polskiego Decapitated jednak perspektywa przebijania się przez pięciocentymetrową warstwę śmierdzącego błota, która przykryła cały teren festiwalu, odwiodła mnie od tego pomysłu. Do tego Polacy mieli zagrać tylko 35 minut. Podejrzewam, że więcej czasu zajęło by mi dotarcie do W.E.T. Stage/Headbangers, które od tego roku znajdują się w sporym oddaleniu od scen głównych. Trudno, festiwalowy (nie konkursowy w Metal Battle) występ polskiej kapeli na Wacken zaliczę (mam nadzieję) w latach przyszłych.

Przed koncertem zespołu Coroner znowu popadało, ale na szczęście m bliżej jego startu, tym deszczyk słabł. Szwajcarzy wystąpili na Party Stage, która w tym roku dorobiła się sporej fosy dla fotoreporterów. Z boku ma taką mini barierkę i właśnie tam udało nam się znaleźć wolne miejsce. Więc staliśmy przy barierce, ale z boku sceny. A na niej działy się wielkie rzeczy. Na żywo Coroner to kawał solidnego thrash metalowego mięcha i nie ma tutaj mowy o jakimś ochłapie. To był pełnokrwisty i czadowy koncert. Jestem pod sporym wrażeniem tego co usłyszałem ze sceny. Zespół nie zaprezentował jakiegoś wymyślnego show, nie było specjalnego nakręcania publiki do zabawy, nie było efektownych świateł i pirotechniki. Była tylko i aż muza. A tutaj to było tylko wyśmienicie. Coroner miał godzinę do dyspozycji i zaprezentował numery:

Golden Cashmere Sleeper, Part 1
Internal Conflicts
Serpent Moves
Masked Jackal
Status: Still Thinking
Metamorphosis
The Lethargic Age
Semtex Revolution
Divine Step (Conspectu Mortis)
Grin (Nails Hurt)

Jak widać jeńców brać tutaj nie kazali. Jak dla mnie to był jeden z lepszych koncertów na tym festiwalu. Coroner widziałem po raz pierwszy na żywo i zostałem totalnie pozamiatany. Żałuję, iż ostatni koncert w Polsce mi "uciekł" bo w klubie takie granie to dopiero musi być miazga. Nic to, na pewno przy najbliższej okazji nadrobię tą zaległość. Dzięki Bogu i innym, że takie zespoły wracają do świata żywych po wielu latach niebytu.

Po koncercie zespołu Coroner króciutki spacerek pod True Metal Stage, bo tutaj za chwilę wystąpi "German Power Metal Band From Sweden" jak przedstawił HammerFall wokalista Jocim Cans.

Do tego zespołu mam stosunek raczej obojętny, ostatnie dokonania Szwedów do mnie nie trafiają, ale trzeba przyznać, że show na żywo to potrafią zrobić niezły. Dokładając do tego numery z trzech pierwszych płyt - można z takiego koncertu wynieść sporo dobrych wrażeń. Niestety tym razem nie było aż tak przyjemnie. HammerFall doszedł w swojej historii do jakiejś ścianki z którą najwyraźniej nie może się uporać. Ostatnie płyta "Infected" jest jakby zaprzeczeniem tego, co zespół robił do tej pory. Podczas koncertu też nie widać specjalnie jakiegoś wielkiego zaangażowania muzyków. To wszystko wygląda jakoś tak sztucznie i na mocno wymęczone. Chyba bardzo słuszną decyzją jest roczne zawieszenie jakiejkolwiek działalności. Będzie czas na odpoczynek, naładowanie akumulatorów i przemyślenie co dalej. Wracając do samego występu na Wacken. Jak dla mnie lekko zawiodła setlista, bo utwory takie jak "Patient Zero", "Any Means Necessary", "Last Man Standing", "One More Time" (dramat!), czy "Hearts On Fire" powodują moje znudzenie tym występem. Na szczęście nie zabrakło pozytywnych momentów: "Heading The Call", " Steel Meets Steel ", "Let The Hammer Fall", "The Dragon Lies Bleeding", czy "Renegade". Ponadto Szwedzi zagrali "B.Y.H.", "Blood Bound".

Jak dla mnie bardzo przeciętna setlista, mało scenicznego entuzjazmu i jakoś zupełnie nie poczułem tego koncertu. Na pewno widziałem HammerFall w lepszej formie i grający z większym błyskiem. W czasie koncertu Cans zaprosił wszystkich (hehe, dobry żart) na backstage i obiecał, że będzie tam pił piwo i jak ktoś będzie miał ochotę się przyłączyć, to zaprasza. Powiem Wam, że słowa dotrzymał. Późnym wieczorem siedzieliśmy w ogródku piwnym i Joacim się pojawił. Oczywiście miła czas dla wszystkich chętnych na rozmowę, piwo, czy wspólne zdjęcie.

Kolejną pozycją w koncertowej rozpisce był specjalny koncert Dimmu Borgir z Orkiestrą. Szczerze mówiąc wytrzymałem może ze trzy numery. Strasznie sztucznie to brzmiało, gdyż sporo "orkiestrowych" partii było odtwarzanych z taśmy (a raczej z twardego dysku). Dodatkowo były jakieś problemy z nagłośnieniem (i to nie tylko na tym koncercie), zapewne spowodowane ciągłymi opadami deszczu. No i jakoś zupełnie nie czułem klimatu tego grania. W związku z tym grzecznie podziękowałem i udałem się na pole namiotowe. W nocy jeszcze był koncert m.in. In Flames, ale po tym co otrzymałem na ostatnich dwóch koncertach tego zespołu, to z góry podziękowałem. Szwedzi grają same nowe numery, które zupełnie do mnie nie trafiają. Zdecydowanie wolę granie z płyt "Clayman", "Whoracle", czy "Colony". Niestety nie ma o czymś takim mowy i w związku z tym nie widzę sensu męczyć się na koncercie, gdy wiem, że usłyszę tylko jeden dobry numer - tym rodzynkiem tym razem był numer "Only For The Weak".

I tak dobiegł końca drugi dzień festiwalu, oczywiście jeśli chodzi o koncerty. Dosyć ciężki dzień, bo kilkakrotnie załapaliśmy się na solidne ulewy na zmianę z upalnym słońcem. Oczywiście to są tylko małe niedogodności i w żaden sposób nie wpływają na samopoczucie, czy nastrój.

Sobota:

Ostatni dzień festiwalu zaczynam od kolejnej wyprawy do sklepu z płytami. Echh... tutaj naprawdę można się zatracić i wydać sporo kasy. Na (nie)szczęście budżet jest raczej jasno określony i o nadmiernym szaleństwie nie ma mowy. Pilnować trzeba tylko czasu, bo jednak szkoda przegapić jakiś koncert.

Strati w tym czasie zaliczyła koncert zespołu Manticora.

Ostatniego dnia nad ranem, człowiek wybierający się na koncert musiał zmierzyć się z rozkraczeniem się między młotem, a błotem. Droga do W.E.T. Stage prowadziła najpierw przez moczary przy wyjściu z pola prasowego, potem przez grzęzawisko głównego placu, żeby na końcu trafić na trzęsawisko pełne szlamu w "wikińskiej wiosce". Nieustannie i upierdliwie siąpiący deszcz dopełniał dzieła zabagnienia. Żeby przedostać się do sceny na godzinę 12.10 wyruszyłam niemal godzinę wcześniej. Traf chciał, że większość festiwalowiczów zajęta była spaniem, jedzeniem śniadania lub inną szeroko pojętą fizjologią, więc cała trudność spaceru skupiła się jedynie na umiejętnym dreptaniu przez bagnisko. Dzięki temu do namiotu W.E.T. Stage doczłapałam ze sprawnością, której nie powstydziłyby się hobbity kroczące przez Martwe Bagna. Przy bramce sprawdzająca mnie pani ochroniarz nie powstrzymała się od uwagi, że ludzi z opaskami prasowymi przy tej scence jak na lekarstwo, a o tak wczesnej porze przy takiej pogodzie w ogóle jestem ewenementem. Skomentowany i sprawdzony ewenement pomyślał sobie, że namiot sceny W.E.T. wygląda niemal jak ten z okładki "The Black Circus Part 1, Letters" - lepszego miejsca na koncert Manticory próżno tu szukać. Na scenie stojącej obok zasłoniętej jeszcze kurtyną W.E.T. Stage, grał jakiś niemiecki band skupiający relatywnie sporą publikę. Na Manticorze stało dużo mniej ludzi - nie ma wątpliwości, że wczesna pora, odległość i wszędobylskie mokradła zrobiły swoje. Rozsunięta kurtyna ukazała banner z motywem "cyrkowej" serii okładek zespołu i jego zaskakująco przypominające Motorolę logo. Na scenę wyskoczyło czterech zupełnie normalnych muzyków i jeden opętany wokalista. Podejrzewam, że podczas tego półgodzinnego występu Lars Larsen spalił więcej kalorii niż pozostali muzycy razem wzięci. Ten wysoki, przypominający albinotycznego żurawia, chudy facet umiejętnie łączy śpiewanie z szaleńczym miotaniem się po scenie, graniem niewidzialnymi pałeczkami na niewidzialnych bębnach, zamiataniem włosami podłogi i jakąś osobliwą formą gimnastyki artystycznej. Jego teatralna maniera artykułowania tekstów i charakterystyczny, "zawodzący" sposób śpiewania świetnie przekłada się z twórczości studyjnej na koncertową. Niestety część specyficznego klimatu Manticory zupełnie ginie na żywo z powodu braku klawiszy, które są nieodłącznym elementem nastroju tej grupy. Zwłaszcza, że muzyka Manticory nie bazuje na przebojowości, a na ciekawych i złożonych kompozycjach i smaczkach instrumentalnych. Niemniej jednak garstka ludzi stojąca pod sceną miała okazję posłuchać mocnego, dynamicznego i dość niecodziennego metalu.

Wracając z Metal Market zaliczam końcówkę koncertu zespołu Delain. Wcześniej nie miałem styczności z tą holenderską formacją. Szczerze mówiąc niewiele się zmieni po tym co usłyszałem. Ot takie zwykłe symfoniczno-folkowo-melodyjne granie z babeczką (Charlotte Wessels) na wokalu. Sporo w tym entuzjazmu i chęci, ale troszkę mało tego, co ja lubię w muzyce. Ot, można posłuchać, ale szału nie ma.

Na szczęście chwilę później na sąsiedniej scenie było już znacznie lepiej jeśli chodzi o muzę. Generalnie zespołu Gamma Ray to nie wypada przedstawiać. Zaczęli tradycyjnie od "Induction" puszczonego z taśmy (ależ to jest intro na koncert!), a na początek grzmotnęli "Dethrone Tyranny" - jak dla mnie to najlepszy start z możliwych. Mega. Później poleciało "Heaven Can Wait", "Fight" i "Empathy". Kolejna pozycja to spore zaskoczenie dla mnie " Ride The Sky" - ten kawałek zawsze z przyjemnością posłucham na koncercie tego zespołu. Miazga. Po takim "trzęsieniu ziemi" nastąpiło zwolnienie w postaci "To The Metal". Kolejna pozycja i ponownie ciarki na plecach - "Rebellion In Dreamland". Dla takich chwil jeżdżę na koncerty. Coś wspaniałego i tylko szkoda, że zagrali tylko pierwszą cześć tego znakomitego kawałka. Szybka dokładka w postaci "I Want Out" nie pozwoliła zbyt długo marudzić na przedwczesny koniec poprzedniego utworu. Gamma nie zwalnia tempa i aplikuje wszystkim pod sceną "Send Me A Sign". Trzeba przyznać, że końcówka tego koncertu to było coś wspaniałego. Tak, tak... nie pomyliłem się. To był już koniec występu tego zespołu. Niestety... organizatorzy festiwalu wymyślili 45 minutowe występy dla pierwszych zespołów. Niestety Gamma Ray zaliczono do tej grupy i tak to wyglądało. Jakby nie patrzeć to był to jeden z lepszych koncertów na tym festiwalu. Generalnie Hansen ze swoją ekipą jeszcze nigdy mnie nie zawiedli na żywo i podejrzewam, że taki dzień po prostu nie nadejdzie. Zastanawiałem się dlaczego nie grał perkusista Dan Zimmermann, kilka miesięcy później okazało się, iż Dan odszedł w styczniu, ale zespół o tym nie informował. Na początku września podano informację, że nowym garowym został Michael Ehré.

Prosto z koncertu Gamma Ray wybrałem się pod Party Stage, bo tutaj swój występ rozpoczyna Paradise Lost. Brytyjczycy na ostatnich swoich płytach powrócili do gitarowego grania i rozstali się z elektroniką. Jak dla mnie to jedyna słuszna opcja jeśli chodzi o ten zespół. Koncert zaczęli od "The Enemy", dołożyli "Honesty In Death" i poprawili "Erased". Całkiem przyzwoity początek, ale ja osobiście czekałem na jakieś starsze utwory. Bardzo szybko moje życzenie się spełniło, bo już jako kolejny usłyszałem nieśmiertelny "As I Die". No ale czy Paradise Lost mogliby nie zagrać tego numeru podczas swojego występu? Zespół na scenie tradycyjnie skupiony na swojej robocie, tutaj nie ma dzikich harców i oszałamiającej konferansjerki. Wszystko odbywa się raczej spokojnie, z pewną brytyjską flegmą. Ale to taka specyfika koncertów tego zespołu. Wokalista Nick Holmes w pewnym momencie pomiędzy utworami coś mówił do publiczności i wsłuchał się w odgłosy dochodzące z Black Stage. Po chwili zaczął wywoływać i ozdrawiać... Barney'a z Napalm Death, bo to ten zespół akurat tam występował.

Kolejna kompozycja to utwór tytułowy z najnowszej płyty. Słuchałem go z dużą uwagą, bo w tamtym momencie zupełnie nie znałem tej płyty. Przyznam, że "Tragic Idol" wypadł całkiem nieźle i zachęcił mnie do szybszego poznania tego krążka. Kolejna pozycja w koncertowej setliście, to ponownie miód na moje skołatane serce. "Forever Failure" i właśnie o to chodzi. Takie rzeczy to ja bardzo lubię na żywo. Kolejne numery już tak bardzo mnie nie rozpalały: "One Second", "Fear Of Impending Hell", "Faith Divides Us - Death Unites Us' i kończący całą imprezę "Say Just Words". Oczywiście nie powiem złego słowa o tych kawałkach, bo do tego nie mam podstaw. Paradise Lost zagrało całkiem niezły koncert. Może to nie było porywające show, może to nie było porywające widowisko, ale kawał dobrego grania tam było. I w zasadzie o to chodzi. To było dobrze spędzone 45 minut z Paradise Lost.

Festiwalowa karuzela kręci się na najwyższych obrotach i prosto z występu Paradise Lost udajemy się na koncert Axel Rudi Pell. Tutaj ponownie głos zabierze Strati.

Nasyceni "power metalem" (Gamma Ray, Manticora) i muzyką zgoła inną (Napalm Death) wybraliśmy się na koncert pewnego gitarzysty sygnującego swój zespół własnym nazwiskiem. Co tu dużo mówić, niby Axel Rudi Pell to rozpoznawalny wizualnie i muzycznie gitarzysta, działający grubo ponad 20 lat; niby charakterystyczna platynowa czupryna i scenicznie rozchełstana koszula, jak tak naprawdę głównym gwoździem programu od kilkunastu już lat jest pan Gioeli.

Pierwsze wokale w otwierającym występ "Ghost In The Black" faktu tego nie podważyły. Facet ma głos jak dzwon i ze świecą szukać na całym Wacken wokalu jemu równego. Przez niepełne dziesięć (licząc medleye) numerów tego koncertu można było się przekonać jak świetnie współgra barwa i szaleńcza dźwięczność głosu Gioelego z trafionymi liniami melodycznymi
pisanymi mu przez Axela. Naturalnie ekspresja i moc w obowiązkowych hitach "Mystica" i "The Masquerade Ball" sięgnęła jak zwykle zenitu. Gioeli zawsze zaskakuje lekkością z jaką łączy potężną energię głosu ze swobodnym i dynamicznym poruszaniem się na scenie. Mimo tradycyjnego repertuaru, od skoków wokalisty począwszy na jego czarach-marach głosem skończywszy, nie można napisać, że ARP dał "kolejny, taki sam występ". Zespół kilka miesięcy przed festiwalem wydał nową płytę, więc nie obyło się bez promocji. O ile heavy metalowy "Ghost In The Black" i dynamiczny, utrzymany w stylistyce hard'n'heavy "Before I die" sprawdziły się na żywo wyśmienicie, o tyle bluesujący, ciągnący się przez całe stulecia, tytułowy "Circle Of The Oath" był fatalnym pomysłem na tak krótki koncert odegrany wczesnym popołudniem. Na szczęście zakańczający występ "Tear Down The Walls" połączony z hard rockowym "Nasty Reputation" obudził nas nawet skuteczniej niż zaczynający swoją kapiącą etiudkę deszcz, sygnalizujący przerwę na pulpeta.

Po całkiem fajnym koncercie ARP jest chwila przerwy i można troszkę zadbać o siebie. Ciepły posiłek, bo to już pora obiadowa jest jak najbardziej na miejscu. Fakt, że nie ma czasu na zbytnie rozczulanie się, bo za chwilę na True Metal Stage będą działy się wielkie rzeczy. Będzie to jeden z koncertów na który mocno ostrzyłem sobie ząbki. Thrash metalowa załoga z Testament na żywo to przecież nie przelewki.

Amerykanie rozpoczęli z grubej rury, bo od kawałka "Rise Up!". Była to dla mnie zupełna nowość, bo nie znałem wcześniej nowych utworów. Postanowiłem po prostu czekać jak bozia przykazała do premiery płyty i pierwszy odsłuch zaliczyć z CD. Ot taka moja fanaberia... Nowy kawałek pozamiatał mnie ostro i od początku wiedziałem, że to musi być rewelacyjny koncert. Od razu też włączyło mi się wędrowanie do barierki. Ścisku za dużego na szczęście nie było i dosyć spokojnie dojechałem do 3 rzędu. Kolejny numer to genialny "The New Order" poprawiony od razu "The Preacher". No to ja nie mam pytań... Podczas tego kawałka barierka była już moja i na spokojnie mogę sobie podziwiać ten koncert. Tym bardziej, że Chuck Billy zapowiada kolejny nowy numer: "Native Blood". Ten jeden znałem, bo zapowiadał nowy krążek. Na żywo niezła żyleta. No ale to wszystko zbladło przy kolejnej kompozycji. "True American Hate" i po prostu wyskoczyłem z kapci. Co za moc, co za czad, co za miazga! Słuchając tego kawałka przy barierce po prostu stałem z rozdziawioną gębą i bezmyślnie patrzyłem się na scenę. Krótko mówiąc zostałem powalony na kolana. To już wiedziałem, że nowy krążek nie może być słaby.

Testament w żaden sposób nie zamierzał nikogo oszczędzać i od razu serwuje "More Than Meets The Eye". Kolejny niezły numer z nowszych czasów. Na scenie Chuck szaleje, odgrywa większość solówek na tym swoim króciutkim niby statywie. Reszta zespołu też aktywnie uczestniczy w show. Bardzo przyjemnie jest podziwiać z jaką lekkością grają gitarzyści Peterson i Skolnick. To naprawdę sama przyjemność patrzeć na grę tych muzyków. Po takiej intensywnej dawce emocji musi nastąpić lekkie zwolnienie tempa. To było dobre miejsce i pora na kolejny (ostatni już) nowy numer. "Dark Roots Of Earth" uspokoił lekko swoim początkiem, ale później już wszyscy wskoczyli na wysokie obroty. Ten poziom utrzymał się na kolejnych klasykach (a czy mogło być inaczej?): "Into The Pit", "Practice What You Preach" i "Over The Wall". Ten ostatni jak zwykle na żywo to coś pięknego. Kapitalny numer! Jednak nie specjalnie czasu na rozczulanie się, bo już pędzimy dalej... Charakterystycznie intro i kolejny cios: "D.N.R. (Do Not Resuscitate)". To co się dzieje pod sceną, to w tej sytuacji nie sposób opisać. W ludzi jakby wstąpił jakiś demon i zabawa trwa na całego. Fakt, że ten numer to po prostu masakra na żywo, ale czy to nie o to właśnie chodzi? Uwielbiam ten kawałek i za każdym razem raduję się, gdy go słyszę na koncercie Testament. Taki to mój testamentowy "michałek". Po tym numerze po prostu nie mam już sił na nic i kończący występ Amerykanów "3 Days In Darkness" przyjmuję dosyć spokojnie. Po prostu bateria została wyładowana i nic na to nie poradzę.

To był mocarny koncert. Świetna setlista, zespół w genialnej formie i mnóstwo dobrej zabawy na scenie i przed nią. Dla mnie to był na pewno jeden z lepszych koncertów na tym Wacken Open Air. Bez dwóch zdań.

Jestem totalnie wypompowany, wiec szybka regeneracja przy namiocie. Był plan, żeby wybrać się na koncert zespołu Moonspell, no ale niestety sytuacja podobna jak z Decapitated. Odpuszczam mozolne przebijanie się przez wszechobecne błoto. Tym bardziej, że na scenę w namiocie (W.E.T./Headbangers) jest naprawdę kawał drogi. Trudno, Moonspell będzie musiał poczekać do innej okazji.

Na występ niemieckiego Scorpions przyszli w zasadzie chyba wszyscy, którzy byli na Wacken. Potężny tłum pod True Metal Stage robił wrażenie. Byliśmy wcześniej na konferencji prasowej zespołu i muzycy zapowiadali, że to będzie bardzo rockowy koncert. Przyznali też, iż w setliscie jest tylko jedna ballada. Ponadto opowiadali o obecnej trasie koncertowej, oraz o tym dlaczego kończą swoją karierę... no ale wracajmy do koncertu, bo to w tej chwili jest ważniejsze. Skorpiony zaczęły od "Sting In The Tail", a ja z niepokojem przyglądam się czarnym chmurom, które ponownie pojawiają się na horyzoncie. Oj, to nie będzie kolejny przelotny deszczyk, tylko "rozróba" na poziomie tej z wczorajszego koncertu Kamelot. Cóż... nie wygląda to optymistycznie. No ale koncert w pełnie, więc lecimy dalej z "Make It Real", później było "Is There Anybody There?". Typowe rockowe numery, które na żywo całkiem nieźle się sprawdzają. Klaus Maine od początku zabawia publikę i nakręca wszystkich do wspólnej zabawy. Szczerze mówiąc jest pod wrażeniem jego formy wokalnej, bo nie zaglądając nikomu w metrykę, trzeba przyznać, że swoje latka to już ma. Kolejny numer to "The Zoo", a na niebie co raz gorzej to wygląda. Zapowiada się na niezłe "lanie z góry" i chyba nie ma opcji, że to przejdzie gdzieś bokiem.

Pięknie zaśpiewany "Coast To Coast" pozwala zapomnieć o tym co wkrótce niewątpliwie nastąpi. Podobnie ma się sprawa z "Loving You Sunday Morning" - kapitalny numer. Te utwory usłyszeć na żywo to sama przyjemność. Kolejny punkt setlisty to "Rhythm Of Love", przed następnym numerem Klaus bardzo celnie zauważa: "nie wiem jak wy, ale ja wychowałem się na rocku" - łatwo się domyśleć, że to musi być "Raised On Rock". Bardzo fajny numer, bardzo fajnie zagrany i równie fajnie zaśpiewany. Niestety czarne chmury już dopadły Wacken i z nieba zaczyna siąpić deszczyk. Po chwili zrywa się wichura i nawałnica zaczyna swoją zabawę w "przemoczę was wszystkich". Ze sceny lecą "Tease Me Please Me" i "Hit Between The Eyes", a ja postanawiam dać sobie spokój z resztą koncertu. Jestem przemoczony, a wkrótce zagra Amon Amarth. Scorpions jeszcze w sierpniu przecież zagra we Wrocławiu to sobie nadrobię. Tak też się stało, a co ciekawe na tym koncercie... padał deszcz. No w porównaniu z tym co się działo na Wacken, to był zaledwie deszczyk.

Wracam do namiotu i po tym spacerze jestem totalnie przemoczony (który to już raz?) i szybciutko wskakuję w ostatnie suche ubranie. Pakuje się do śpiwora i słucham sobie koncertu Scorpions. Niemcy na pewno jeszcze zagrali: "Blackout", "Big City Nights", "Still Loving You" i "Rock You Like A Hurricane". Coś tam jeszcze na pewno było..

Wysuszony, przebrany i rozgrzany udaje się pod Black Stage. Tutaj za chwilę wystąpi Amon Amarth. Pod głównymi scenami istne pobojowisko. Błota jeszcze więcej, woda w wielu miejscach po prostu stoi, no ale przez te dwa dni to opad był bardzo konkretny. Cieszę się, że urwałem się z koncertu Scorpions, bo teraz przynajmniej w miarę normalnych warunkach mogę obejrzeć Wikingów. Amoni grają od razu po Skorpionach, więc nie miałbym czasu nawet się przebrać, a za ciepło to nie jest.

Z tym zespołem to miałem (bo teraz to już jest nieaktualne) tak, że widziałem ich na żywo ze 2-3 razy i za każdym razem byłem pod wrażeniem ich występu. Ale jakoś w domu nie miałem ciśnienia na słuchanie ich płyt. Po tym koncercie na Wacken to się zmieniło i w moim domu pojawiły się płyty Amon Amarth. Zespół porwał mnie swoim koncertem. Świetna oprawa (światła i pirotechnika), muzycy w kapitalnej formie, a to co wyczyniał Johann Hegg to po prostu wzór do naśladowania dla innych wokalistów od ostrzejszej muzy. Doskonały kontakt z publiką od pierwszego numeru. Zachęcanie do wspólnych śpiewów: "teraz śpiewajcie z nami, to nic, że nie znacie tekstu... to jest death metal i tutaj się słowa nie są ważne" - po prostu rozwaliło system. No i muzyka Amon Amarth... ja to nie mogę dalej tego pojąć jak oni to robią. Grają ten swój death metal, a melodii jest w tym tyle, że głowa mała. Na żywo to się sprawdza nad wyraz dobrze. Słuchając takich numerów jak "War Of The Gods", "The Fate Of Norns", "Destroyer Of The Universe", "Twilight Of The Thunder God", czy "Guardians Of Asgaard" nie sposób przejść obojętnie obok takiego koncertu. to jest po prostu moc i miazga na żywo. Ponadto Amoni zagrali: "Runes To My Memory", "Death In Fire", "Live For The Kill" i "Cry Of The Black Birds", "For Victory Or Death" i "Victorious March". Na sam koniec zostawiłem sobie jeden numer, o którym muszę napisać osobno. Mowa oczywiście o "The Pursuit Of Vikings". Ja pierdziele co ja mam z tym numerem, to głowa mała. Jak mi się wkręcił na Wacken, to teraz nie mogę się zupełnie od niego uwolnić. Dochodzi do tego, że potrafię go sobie puszczać po kilka razy z rzędu. No po prostu odjechałem totalnie na punkcie tej kompozycji.

Koncert Amon Amarth na bezsprzecznie numer jeden tej edycji Wacken Open Air. Zagrali jako jedna z gwiazd i w 100% wykonali swoje zadanie. Ja byłem pozamiatany w 100%. Kapitalna forma zespołu, oprawa wizualna - palce lizać. Żaden inny koncert nie przebił tego, więc numer jeden w pełni zasłużony. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się że tak to będzie wyglądało.

Po koncercie Wikingów udają się na pole namiotowe. Pojawia się jeszcze opcja koncertu Machine Head, ale szczerze mówiąc jestem wykończony, zmęczony i przemoczony. W namiocie jednak długo nie posiedziałem, bo wybraliśmy się do ogródka piwnego chwilę posiedzieć przy tym zacnym trunku. To taki nasz ostatni punkt festiwalu. Koncertów na które chcielibyśmy się wybrać już nie ma, więc można podzielić się na gorąco wrażeniami i opiniami. Za długo też nie można posiedzieć, bo jutro trzeba odwalić podróż do Wrocławia. To dobry moment, żeby jakoś podsumować ten festiwal. Edycja 2012 specjalnie nie powaliła mnie składem zespołów. Wiadomo, że oglądać i tak miałem co, więc nie narzekam. Bezapelacyjnym numerem jeden był koncert Amon Amarth. To była największa miazga. Tuż za Szwedami na pewno Testament, Overkill, Saxon - te trzy koncerty na równie wysokim poziomie i tutaj przyznaję im drugie miejsce. Do tego dokładam świetne koncerty Gamma Ray, Coroner i U.D.O. na których wybawiłem się przednie. Towarzysko - rewelacja. Super ekipa, która sprawdziła się w 100% mam nadzieję że za rok pojedziemy w tam samym składzie. Z pewnego osobistego powodu ten wyjazd był bardzo ciężki, gdyż odbywał się w cieniu wielkiej tragedii. Niestety. Dodatkowo w ostatnim dniu atmosfera jeszcze bardziej się "zagęściła", bo to niestety nie był koniec smutnych wiadomości, które dosięgły nas nawet w Niemczech. Na szczęście jakoś to wszystko potrafiliśmy chwilowo "odsunąć" od siebie i korzystać w pełni z tego co Wacken oferuje.

W niedzielę budzimy się przy słonecznej pogodzie, szybka kawa, pakowanie dobytku i czas ruszać w drogę. Mamy lekką presję, bo koło 20 musimy być we Wrocławiu. Niestety już na samym starcie łapiemy godzinę opóźnienia, bo samochód grzęźnie w błocie jeszcze na polu prasowym Ponad godzinę czekamy aż pojawi się jeden z traktorków, żeby nas wyciągnąć z błota. Ekipy techniczne miały pełne ręce roboty, bo takich "szczęśliwców" jak my było sporo. Kolejna atrakcja w podróży to dojazd do Hamburga, który zajął nam jakieś 3 godziny. Biorąc pod uwagę, że to jest jakieś 100 km autostradą, to wynik zacny. Niestety korki były okrutne. W samym Hamburgu z tego powodu uciekamy z obwodnicy i przejeżdżamy przez całe miasto. Dzięki GPS to jest całkiem proste. Jeszcze przed Berlinem trafiamy na jakąś przebudowę wiaduktu i motamy się okrutnie. Nawet GPS nie daje rady tego ogarnąć i dwa razy robimy taką samą pętlę - tylko, że w przeciwnym kierunku. Znowu akcja jedziemy przez miasto i tym samym "zwiedzamy" Berlin. Później przygód już nie było i mozolnie robimy kilometry do domu. Wreszcie po 23-ciej jesteśmy we Wrocławiu i tutaj nasze drogi się rozchodzą.

Teraz już tylko do wanny i spać. To był mój 8 z rzędu festiwal Wacken Open Air. Muzycznie jeden ze słabszych składów, jeśli chodzi o pogodę (ale jakie to ma znaczenie) to najgorszy, natomiast towarzysko było perfekcyjnie. W tym miejscu nie pozostaje mi nic innego jak podziękować za wszystko Strati, Thomenowi i Michałowi. No i (mam nadzieję!) do zobaczenia w 2013 roku (jak nie będzie końca świata w grudniu) na kolejnym Wacken... Rain Or Shine.



Autor: Piotr "gumbyy" Legieć

Data dodania: 28.12.2012 r.



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2025 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!