Sierpniowa edycja Festiwalu Legend Rocka zawsze gromadzi większą ilość fanów porządnej muzyki niż ta odbywająca się w lipcu. Głównie z uwagi na liczbę występujących gwiazd, których jest nieco więcej niż podczas pierwszej odsłony. W tym roku (prawdopodobnie z uwagi na rozbudowę amfiteatru) budżet był nieco mniejszy i (niestety?) trzeba było postawić głównie na polskie zespoły. Zamiast dwóch czy trzech zagranicznych grup dziennie, otrzymaliśmy tylko jedną, supportowaną przez dwa polskie bandy. Cóż, dobrze przynajmniej, że główne gwiazdy to artyści z tej wyższej (a nawet najwyższej) półki. Czy warto było wydać 350 złotych i marznąć w nocy na polu namiotowym?
KRUK
Pierwszy dzień drugiej części Festiwalu rozpoczął, znany już charlottowskiej publiczności, zespół Kruk. Ich debiut na tej imprezie był znakomity, jednak rok temu niestety czadu nie dali. Lider formacji - Piotr Brzychcy - przyznał, że zjadł ich po prostu stres, związany z występem przed ich bohaterami, a więc Deep Purple. Trzeci występ zespołu pod rząd okazał się na szczęście dużo, dużo lepszy. Mógłbym wręcz pokusić się o stwierdzenie, że to najlepszy koncert Kruka na Festiwalu Legend Rocka. Zespół był rozluźniony, a poszczególni muzycy pewni siebie i swoich umiejętności. Wokalista bez problemu wyciągał wyższe noty, a Piotrek na gitarze czarował znakomitymi solówkami i wpadającymi w ucho riffami - ciągle uważam, że za kilkanaście lat będzie on prawdziwą legendą polskiej sceny rockowej. Setlista była bardzo dobra i składały się na nią kawałki ze wszystkich dotychczasowych płyt długogrających. Nie zabrakło również znakomitych coverów, w postaci "Burn" i "Child In Time" Purpli. Jeśli jesteście fanami klasycznego hard rocka i tradycyjnego heavy metalu, to koniecznie musicie przyjrzeć się ich płytom. Nawet pomimo tego, że na pudełku ostatniego LP będzie pisać, że jako gość śpiewa tam Kupicha (Feel) - sam Brzychcy przyznał, że zaproszenie tego pana było pomysłem na to, aby więcej osób skusiło się na kupno. Sprytne.
ACID DRINKERS
Drugim zespołem prezentującym swoje wdzięki w amfiteatrze miał być Lady Pank, jednak na jakieś półtora miesiąca przed imprezą podano do wiadomości, że grupa jednak nie będzie mogła wystąpić. Szybko trzeba było znaleźć zastępstwo i wybór padł, ku zaskoczeniu stałych bywalców, na Acid Drinkers. Osobiście jak najbardziej rozumiem i szanuję decyzję organizatorów, wszak Kwasożłopy są zespołem, który zrobił wiele dla polskiej sceny metalowej. Ba! Ich płyta wygrała plebiscyt "Machiny" na najlepszy album metalowy w historii polskiej muzyki, a imprezy Titusa i spółki są, jakby nie patrzeć, legendarne. Byłem jednak ciekawy jak, w głównej mierze, starsza widownia zareaguje na tak ciężkie dźwięki i czy sama grupa zagra nieco lżej niż zwykle. Nic z tego: Acidzi postanowili nie brać jeńców i zagrali bardzo mocno, sprawiając, że pod sceną pojawiło się pierwsze w historii Festiwalu Legend Rocka pogo. Młodsi bawili się więc znakomicie. Jak natomiast starsi? Gdy spojrzałem na amfiteatr, zauważyłem jakiegoś starego "dziadka", który wesoło machał (nieco już wyłysiałą) głową, mimikując długowłosych metalów. I takich osób było więcej, tak więc nawet publika w podeszłym wieku bawiła się całkiem nieźle. Acid Drinkers było bowiem dla niej czymś zupełnie nowym - taką ciekawostką polskiej sceny; zespołem, którego na co dzień nie słuchają, ale który za dokonania trzeba szanować. No a skoro już grają, to grzechem jest się nie bawić, co nie?
Grupa zaprezentowała się bardzo dobrze: uśmiechnięty Popcorn na gitarze (z siwymi włosami na brodzie), walący w bębny jak oszalały Ślimak na perkusji, znakomity na gitarze i kapitalny na wokalu Jankiel (który już na dobre zadomowił się w zespole), no i "Least But Not Last", Titus na basie i wokalu, w formie... cóż, takiej jak zawsze, czyli dobrej - jedynie do jego dziwnej maniery mówienia po poszczególnych piosenkach po angielsku można się było przyczepić. Setlista była bardzo przekrojowa, ponieważ zaprezentowano nie tylko największe hity z takich albumów jak "Infernal Connection", "High Proof Cosmic Milk", "The Rock Is Not Enough" czy "Verses Of Steel", ale sięgnięto także po covery, w postaci np. "Hit The Road Jack/Losfer Words", "Proud Mary", "New York", "New York", "Another Brick In The Wall" czy "Et si tu n'existais pas". Podczas tego ostatniego, tradycyjnie na wokalu pojawił się Popcorn, a Titus zasiadł na perkusji, gdzie ambitnie próbował zastąpić kolegę z zespołu. Generalnie setlista była jak najbardziej w porządku i jedyne do czego można było się przyczepić, to mało żróżnicowane kawałki przez pierwsze dwadzieścia minut występu. Na szczęście jednak później Acidzi pokazali, że mają również piosenki, nie oparte na thrashowym "łojeniu". Pewnym zaskoczeniem był dla mnie brak "Taxi Driver" i "Loveshack", bowiem pierwszy jest przecież wielkim hitem, a drugi okupował listy przebojów, no ale co tam - da się przeżyć. Bardziej brakowało mi "Acidofilii", której jakoś na żywo doczekać się nie mogę. Podczas koncertu Kwasożłopów amfiteatr zatrząsł się w posadach, ale wszyscy przeżyli i byli zadowoleni. Bardzo głośny, mocny występ, pokazujący, że również i taka muzyka może się pojawić w tym miejscu. Wszak rock posiada również swoje mocniejsze oblicze. To co następnym razem? Wilczy Pająk?
THIN LIZZY
Gwiazdą pierwszego dnia drugiej odsłony FLR-a została absolutna legenda muzyki - grająca hard rock/tradycyjny heavy metal irlandzka grupa Thin Lizzy, założona (w co może trudno uwierzyć) w 1969 roku. Co prawda od śmierci Phila Lynotta (połowa lat 80-tych) Thin Lizzy nic nie nagrało i nazywane jest wręcz "tribute bandem", no ale po ostatniej reaktywacji grupa wróciła z najlepszym składem od ponad dwudziestu lat, a poszczególni muzycy są w takiej formie, że Brian Downey zapowiedział nawet... nowy album. Karkołomne wyzwanie? Też tak myślałem, no ale o tym nieco później. Obecnie w Thin Lizzy znajdziemy trzech członków z dawnego, najmocniejszego składu, a więc założyciela/perkusistę Briana Downeya, gitarzystę Scotta Gorhama i klawiszowca Darrena Whartona (w składzie od 1981; gra również w zespole Dare). Skład uzupełnia Marco Mendoza na basie (w grupie od reaktywacji w 1996 roku), Ricky Warwick na wokalu i gitarze (od 2010 roku) i Damon Johnson na trzeciej gitarze (który zastąpił Viviana Campbella w 2011). Całkiem nieźle, ale mimo to wiele osób było sceptycznie nastawionych co do występu Thin Lizzy i nie spodziewało się niczego ciekawego. A tu niespodzianka, ponieważ grupa dała tak dobry występ, że wszystkim szczęki opadły do samej ziemi.
Setlista była niemal mokrym snem każdego melomana - zagrano nie tylko kawałki, które weszły do kanonu muzyki rockowej (i pomogły stworzyć heavy metal), ale również hity rzadko grane przez ostatnie lata. "Still In Love With You", "Angel Of Death", "Whiskey In The Jar" (zagrany na "metallikową" modłę), "Dancing In The Moonlight", "Massacre", "Rosalie", "The Boys Are Back In Town (z obowiązkowym śpiewem publiczności), żywiołowy "Are You Ready?", połamany "Black Rose", "Sha-La-La", "Waiting For An Alibi", "Killer On The Loose", "Don't Believe A Word", "Jailbreak" czy też przepiękny "Cowboy Song", podczas którego publiczność wyła jak kojoty - czego chcieć więcej? Nie zabrakło oczywiście dedykacji dla zmarłych byłych członków grupy, a więc Phila Lynotta i Gary'ego Moora. Kolejnym zaskoczeniem był znakomity Ricky Warwick - potężny, wytatuowany frontman, posiadający mocny, zachrypnięty głos. Wypisz, wymaluj Lynott, tylko że biały. Nie spotkałem żadnej osoby, która po koncercie narzekałaby na wybór wokalisty. Przeciwnie: wszyscy byli nim zachwyceni. Co dalej? Reszta zespołu, która była w fenomenalnej formie: Thin Lizzy znakomicie bawiło się na scenie i widać było pasję, która ich napędza. Każdy riff, każda solówka, każdy dźwięk niósł ze sobą pozytywną energię. Wiem, że brzmi to banalnie, ale gdybyście zobaczyli uśmiechniętych od ucha do ucha muzyków, z których część z nich jest tak stara, że kopała na scenie tyłki na długo przed tym zanim byliście w planach rodziców, to byście zrozumieli. Przepiękny, żywiołowy koncert od zespołu, od którego większość fanów wymagała zakończenia kariery. No i fantastyczny Johnson, czarujący solówkami przed moim nosem. Z nadzieją wyczekują nowego albumu, ponieważ może on być naprawdę dobry. Aha, dodam jeszcze, że z występu wróciłem obładowany kostkami do grania, bowiem grupa wręcz bombardowała nimi fanów - zdobyłem kostkę Marco Mendozy i dwie (!) kostki Damona (o jedną musiałem stoczyć zacięty bój, drugą dostałem od samego muzyka za to, że jestem zajebisty, hehe). Świetna pamiątka.
Po upiornie chłodnej nocy przyszedł czas na drugi dzień festiwalu. Podobnie jak dnia poprzedniego na fanów rocka czekały trzy występy: supportu, gwiazdy z Polski i gwiazdy zza granicy. Rolę tego pierwszego pełniły Złe Psy (grupa młoda, choć mająca w swoim składzie nawet dwie legendy rocka), z własną historią rozliczyć się miała Budka Suflera (wszak grać miała kawałki z pierwszych płyt) a daniem głównym miał być występ tytanów mocniejszego grania: Uriah Heep. Kto zaskoczył, kto zawiódł, kto najmocniej dał do pieca?
ZŁE PSY
Złe Psy to młoda stażem grupa, założona przez Andrzeja Nowaka (współzałożyciel pierwszej heavy-metalowej polskiej grupy - TSA) oraz Pawła Mąciwodę (od wielu lat basista Scorpions). Zespół powstał po to, aby Andrzej i Paweł grali sobie taką muzykę, jaką tylko chcą. Obecny skład po wcześniejszym odejściu Mąciwody to głównie młodzi muzycy, zbierający pierwsze doświadczenia u boku wielkiej gwiazdy polskiego rocka. Nie brak im umiejętności, no ale to przede wszystkim Andrzej jest motorem napędowym - mózgiem, zajmującym się pisaniem zarówno muzyki, jak i tekstów. To właśnie im przyszło rozpocząć drugi dzień odsłony sierpniowej i zrobić to mieli w skrajnych warunkach.
Złe Psy zaczęły swój występ w pełnym słońcu (cóż za zaskoczenie, zważywszy na paskudną pogodę dnia poprzedniego) i Andrzej nie ukrywał, że na scenie panował straszliwy upał. Z uwagi jednak na to, że koncert miał posłużyć do zmontowania teledysku, to nie mógł się oszczędzać tylko musiał dać z siebie wszystko. Robił więc groźne miny, zachęcał publiczność do zabawy, trzaskał solówki itp., itd. W pewnym momencie, ku uciesze gawiedzi, zeskoczył ze sceny i przez dłuższy czas grał wśród publiczności na amfiteatrze. Mimo wszystko występ jakoś nie potrafił mnie przekonać. Chyba ze względu na samą muzykę, która niezbyt trafiała w moje gusta. Złe Psy grają bowiem dosyć prostego pod względem konstrukcji hard rocka z równie prostymi tekstami - jest to muzyka szczera, ale jednak zdecydowanie nie dla mnie. No i sam Andrzej wokalistą być nie powinien, ponieważ głosu to on za bardzo nie ma. Sporym zaskoczeniem był gość specjalny w postaci Mąciwody - od jego wejścia na scenę resztę koncertu Złe Psy zagrały na dwa basy, co musiało się spodobać. Sam Paweł bardzo dobrze się bawił i po koncercie miałem okazję osobiście się z nim przywitać. Fajny facet.
Podsumowując występ Złych Psów: kapitalny Nowak na gitarze ale słaby na wokalu; żywioł i energia, nieco prostacka warstwa tekstowa i muzyczna, no i basista legendarnych Scorpions. Zagrano m.in. "Zły pies", "Blue Grass", "Oni zaraz przyjdą tu" (cover Nalepy), "Już jadę", "Urodziłem się w Polsce", "Graj Andrzej Graj" (cover Chucka Berry'ego), "Jodyna" (cover TSA) czy "W pochodzie codzienności", więc setlista jak najbardziej OK. Uczucia jednak dalej są mieszane i raczej Złych Psów nie zacznę słuchać. A tak z innej beczki: na konferencji prasowej Nowak przyznał, że materiał na nowy album TSA jest już dawno skomponowany (i to od niemal... dwóch lat!) tylko jakoś brakuje czasu, aby go nagrać. Mam nadzieję, że z uwagi na problemy zdrowotne Andrzeja, grupa w końcu wyda nową płytę. Wszak to, co się ostatnio wydarzyło, to nie były przelewki. Podobno na płycie ma (w końcu!) zostać wydany koncert z Łodzi, który do tej pory istnieje tylko i wyłącznie w formie kasetowej. Fani mogą się ucieszyć.
BUDKA SUFLERA
Od ponad dwudziestu lat Budka Suflera to nie ten sam zespół, gdyż dawno, dawno temu to była czołówka polskiego rocka (a jeszcze dawniej zahaczali nawet o rock progresywny). Któż nie zna "Jolki", "Za ostatni grosz" czy "Nie wierz nigdy kobiecie"? Niestety w latach 90-tych, mimo znakomitego składu (m.in. Raduli na gitarze, który w pewnym momencie przewinął się przez TSA) zaczęli grać komercyjnie, zyskując uznanie zwykłych zjadaczy chleba, ale tracąc szacunek starszych fanów. Wszak jak postawić "Takie tango" czy "V bieg" obok "Jest taki samotny dom" czy "Cień wielkiej góry"? Nie da się. Na szczęście miałem okazję widzieć ich na żywo w najlepszym momencie, tj. z okazji 35-lecia istnienia grupy, gdy koncertowali z trzema wokalistami (w tym ze śp. Czystawem) i grali największe hity z całego okresu istnienia (a tam "radiowe" hity były bardziej do przetrawienia z uwagi na ogólną zajebistość setlisty). Wielu fanów chciałoby jednak, aby Budka znowu grała ambitnie - dla nich powstałą trasa "Cień wielkiej góry", podczas której zespół wykonuje kawałki z dwóch pierwszych płyt. Takiej okazji nie mogli przegapić organizatorzy FLR.
Z uwagi na powrót do korzeni, Budka Suflera wystąpiła w nieco uszczuplonym składzie, tj. bez chórków i konga. Było tradycyjnie: wokal, klawisze, perkusja + muzycy koncertowi na gitarze i basie. Lipko siedział na rozlatującym się krzesełku (pamiątka?) po lewej stronie sceny, Zeliszewski, na małym podniesieniu pośrodku, grał cały czas otwierając buzię jakby nie mógł oddychać (robi tak na każdym koncercie...), muzycy sesyjni błąkali się tu i tam, a Cugowski popisywał się na środku. Setlista była czymś, na co niektórzy fani starszych dokonań grupy czekali ponad 20 lat, bowiem usłyszeć mogliśmy m.in. "Głodny", "Memu miastu na do widzenia", "Wieża Babel", "Martwe morze", "Cień wielkiej góry", "Sen o dolinie", "To nie tak miało być", "Jest taki samotny dom" (tradycyjnie na zakończenie) czy nawet... niemal 20-minutową suitę "Szalony koń". Ciekawe było również to, że część koncertu zagrana została akustycznie z Romualdem Lipko na... basie. Nieczęsty to widok. Czy coś jednak zawiodło? Tak. Przede wszystkim Cugowski za bardzo popisywał się swoim głosem. Wszyscy wiedzą, że jest on jednym z najlepszych wokalistów w historii, ale jego ego okazało się jednak zbyt duże: często zmieniał rytm i przeciągał wyższe partie, uniemożliwiając śpiew osobom na widowni. Szkoda. Zabrakło mi również tych trochę "nowszych" hitów ubarwiających setlistę ("Noc komety"? "Nie wierz nigdy kobiecie"?), wszak miejscami to całe progresywne, utrzymane w średnim tempie, granie nieco już mnie nużyło.
1,5h ze starą Budką Suflera było ciekawym doświadczeniem, ale jednak wolę chyba ich koncert typu "Best Of". Źle nie było, tylko miejscami troszkę nudnawo. Czy ten powrót do korzeni oznacza jednak, że Budka wraca do ambitniejszej muzyki? Niestety nie. Cugowski uważa bowiem, że... nie ma dla kogo grać, bo nikt już takiej muzyki nie słucha. Tak właśnie powiedział na konferencji prasowej, co jest głupotą totalną, no bo dla kogo w takim razie cała ta trasa, skoro nikt starej Budki nie chce? Prawda jest chyba jeszcze bardziej smutniejsza. Starą Budkę Suflera słucha dużo osób, ale biesiadnych hitów jeszcze więcej i to dla nich pan Cugowski woli nagrywać. Mimo iż to dzięki tym pierwszym jest dziś wielką gwiazdą muzyki.
URIAH HEEP
Największą gwiazdą tego dnia byli tytani hard rocka - Uriah Heep - grający od niemal 40 lat. Grupa gra mieszankę różnych gatunków, głównie mocniejszego rocka, ale zahaczając miejscami o NWOBHM czy klasyczny heavy metal. Według niektórych "znawców", to właśnie "Free'n'Easy" Uriah Heep jest pierwszym heavy metalowym kawałkiem jaki powstał, chociaż Mick Box (współzałożyciel), twierdzi, że dla niego to bzdury. Jak takie stare dziadki prezentują się na żywo? Ja byłem pełen optymizmu, ponieważ słyszałem próbę dźwiękową i brzmiało to wręcz niewiarygodnie. No i byłem również na koncercie Kena Hensleya (drugi współzałożyciel), który pokazał, że hity sprzed 30 lat ciągle brzmią świeżo. Nie spodziewałem się tylko tego, że może być AŻ TAK dobrze.
Gdy na scenie pojawił się Mick Box (gitara) i Trevor Bolder (bas) ledwo co powstrzymałem śmiech. Obydwoje są bowiem starzy i już tak mali, że wyglądają jak hobbity. Ale gdy tylko zaczęli grać - ogień. Zaczęli szybkim i potężnym "Against All Ods" jakby chcieli powiedzieć fanom: "Patrzecie! Ciągle kopiemy tyłki!". Gra Trevora robiła wrażenie, zwłaszcza, że w ogóle nie patrzył na swój instrument a grał z niesamowitą szybkością - widać było jego wieloletnie doświadczenie. W niesamowitej formie był tego dnia zresztą cały zespół. Bernie Shaw zachowywał się jak na jakichś nielegalnych środkach, służących do poprawy nastroju, ponieważ był uśmiechnięty od ucha do ucha i cały czas żartował z publicznością. Głos? Niesamowity i nie do zdarcia. Najmłodszy członek grupy - Russel Gilbrook na perkusji - walił bębny z taką siłą, że bałem się, że w końcu jego zestaw nie wytrzyma. Facet ma kondycję wytrzymując tak półtorej godziny. Phil Lanzon schowany był z tylu za swoim zestawem klawiszy i za bardzo się nie wychylał, za to Box z przodu popisywał się cudownymi solówkami. Później było jeszcze lepiej, gdyż kawałki z nowego albumu przeplatały się z hitami z pierwszych płyt. Było "Overload", "Traveller In Time", "Sunrise", "I'm Ready", "Stealin'", "Nail On The Wind", "Into The Wild", "Gypsy/July Morning" (cóż za połączenie!), biesiadne "Lady In Black", a na bis "Free'n'Easy" i "Easy Livin'". Uriah Heep zagrało z młodzieńczą werwą, której mogą pozazdrościć młodsze grupy. Iście legendarna forma legendarnego zespołu. Nie zachowywali się też jak jacyś gwiazdorzy. Na bis zaprosili na scenę pięć dziewczyn, po to, aby pomachać z nimi włosami, ale z uwagi na duże zainteresowanie pozwolili wejść... wszystkim przedstawicielkom płci pięknej, które chciały. Scena pełna więc była fanek, które robiły sobie zdjęcia z grającym zespołem i przytulały się do poszczególnych muzyków. Bernie nie miał nawet jak się ruszyć! Wyjątkowo zabawna scena. Przepiękny, żywiołowy koncert, choć Thin Lizzy chyba jednak był minimalnie lepszy. Jeśli Uriah Heep odwiedzi Wasze miasto: iść koniecznie. Nie będziecie żałować!
PS. Na konferencji prasowej dziennikarka Głosu Koszalińskiego zadała dosyć tendencyjne pytanie: "Jak to jest być legendą rocka?". Mick Box odpowiedział: "Mamy dużo pieniędzy". Piękna odpowiedź.
Ciepły wieczór poprzedniego dnia zmienił się w 7 stopni Celcjusza w nocy, tak więc kolejny raz przemarzłem na kość w namiocie. Było ciężko, ale czego się nie robi dla legend rocka. Ostatniego dnia czekał na nas jeden z najlepszych wokalistów w historii - Paul Rodgers. Rozgrzać nas miały dwie polskie grupy: mało znana (jeszcze) Chemia oraz jeden z najmniej lubianych przeze mnie (choć nie muzycznie) polskich zespołów - Perfect.
CHEMIA
Chemia to stosunkowo młoda grupa, ale na swoim koncie ma już jeden znaczący sukces: producentem ich płyty został Marc La France, znany ze współpracy z takim artystami jak m.in. Alice Cooper, Steven Tyler czy Bon Jovi. Niedawno wydany został podwójny album "O2", na którym znalazły się kawałki z pierwszego, debiutanckiego krążka w nowych aranżacjach i, oczywiście, z nowym wokalistą. Piosenki na drugim CD są w języku angielskim, ponieważ grupa ma spore ambicje i chce koncertować również za granicą - są tam już rozpoznawalni, więc miejmy nadzieję, że czekają ich spore sukcesy. Koncert Chemii w ramach FLR był najkrótszym występem ze wszystkich, no ale nie można się temu dziwić, wszak grupa nie ma zbyt obszernego repertuaru. Stylistycznie może nie za bardzo do Charlotty pasowali, no ale trzeba przyznać, że grali dobrze. Pop rock to nie jest może mój gatunek, ale nawet ja widzę, że ten pop rock jest dobry - niekiedy może zbyt ckliwy, ale miejscami z odpowiednim pazurem i energią. Poszczególni muzycy są znakomici (zwłaszcza Wojtek Balczun na gitarze i Adam Kram na perkusji) i fajnie się ich oglądało. Frontman dobrze sobie radził, był spontaniczny i ciągle żartował. Co niektórzy narzekali później, że trochę był za mało profesjonalny, ale moim zdaniem akurat w przypadku takiej muzyki to dobrze. Ja na co dzień czegoś takiego nie słucham, ale bawiłem się tak, że nawet (sam!) wywołałem zespół na kolejny bis. Bo chłopaki wracali aż dwa razy. A to znaczy, że większości się podobało. Po występie przeprowadziłem krótki wywiad z założycielem grupy i dostałem w prezencie... płytę "O2". Bardzo miło z ich strony.
PERFECT
Perfect to zespół, z którym już od dłuższego czasu mam na pieńku. Dwa lata temu w chamski sposób odwołali koszaliński koncert (na pół godziny przed występem!) i do tej pory nie odzyskałem pieniędzy za bilet, a w Polanowie nie wyszli na bis mimo gromkich braw widowni, bo... już byli w busie w drodze do domu. A ja nienawidzę legend rocka, które mają gdzieś publiczność. Tylko czekałem aż po raz kolejny powinie im się noga. Tylko czekałem na to, ażeby po raz kolejny ich obsmarować. Czekałem, czekałem i... się nie doczekałem. Perfect można lubić albo nie, można słuchać albo nie, ale trzeba uczciwie przyznać: to był kapitalny koncert. Kurde.
Przede wszystkim brawa należą się za dobór piosenek, ponieważ grupa na Festiwalu Legend Rocka zagrała bardziej bluesowo niż piknikowo. To nie było to samo, co na standardowych dniach miasta czy innych darmowych występach - był prawdziwy pazur, czego się zupełnie nie spodziewałem. Nawet dwa nowe kawałki były znakomite: pierwszy był instrumentalnym popisem Kozakiewicza, drugi natomiast ładną balladą w stylu "Kołysanki dla nieznajomej". Będzie radiowy hit. "Aligator" na jednej gitarze był bardzo dobry, ale moim faworytem w grupie zawsze był jednak Krzaklewski na drugiej - facetowi talentu nie brakuje i szkoda, że wszyscy zawsze zwracają uwagę tylko na byłego wioślarza Nalepy. Publiczność znakomicie bawiła się przy starszych, mniej znanych kawałkach, tych najsłynniejszych (no bo "Autobiografia", "Idź precz" czy "Chcemy być sobą" po prostu być musiały) czy nawet tych słabszych z albumu "XXX". Obok mnie siedzieli liderzy zespołu Bracia i oni również dali się ponieść magii tego występu. Ja broniłem się bardzo długo, ale też w końcu uległem. Tym występem Perfect wyszedł u mnie na zero, co jest ogromnym ich sukcesem - zobaczymy co będzie dalej. Dobra robota, panowie!
PAUL RODGERS
Po krótkiej pogawędce z Cugowskimi i powspominaniu koncertów Thin Lizzy przyszło nam czekać na główną gwiazdę 6. Festiwalu Legend Rocka. To dla niej liderzy tego znanego pop-rockowego zespołu przyjechali do Charlotty. Czy można im się dziwić? Jeden z najlepszych wokalistów w historii rocka, lider legendarnego Free, wokal nie mniej legendarnego Bad Company, następca nieodżałowanego Mercury'ego w Queen, autor niezliczonej ilości szlagierów miał wystąpić na deskach amfiteatru w Strzelinku koło Słupska. Po konferencji prasowej wiadomo było, że Paul jest w świetnym nastroju i w znakomitej formie. Skład zespołu również miał bardzo dobry, bowiem na gitarze zobaczyć mieliśmy drugą gitarę Bad Co. Do tego, za darmo, dostałem promocyjnego singla, rozdawanego dziennikarzom muzycznym. Spodziewałem się więc magii i, nie będę ukrywać, magię tą otrzymałem.
To była pierwsza wizyta Rodgersa w Polsce i gwiazdor doskonale wiedział, czego publiczność od niego oczekuje. Były więc przede wszystkim utwory z repertuaru Bad Company (9 kwałków) i Free (5), a do tego "Satisfaction Guaranteed" (The Firm) i singlowy (niestety najsłabszy) "With Our Love". Paul, oprócz śpiewania, w niektórych kawałkach grał na pianinie, ale to głównie tym pierwszym zajęciem zachwycał widownię. Facet ma ponad 60 lat a głos w ogóle mu się nie zestarzał - przepięknie zmieniał skalę i ani razu z jego gardła nie wydobył się fałsz. Reszta zespołu znakomicie mu akompaniowała i w tym miejscu należy pochwalić przede wszystkim Howarda Reesa (Bad Company) na gitarze, który był po prostu wspaniały (a i wyglądał zajebiście). Publiczność była wniebowzięta i śpiewała razem ze swoim idolem. Najbardziej z całego występu zapamiętam chyba "Shooting Star", kiedy to cały amfiteatr (w tym również muzycy siedzący obok mnie) śpiewał refren tego cudownego utworu. Ostatnim zagranym numerem był oczywiście hit "All Right Now" i po nim pozostał tylko... niedosyt. Wszak nie było "Wishing Well". No ale wszystkiego mieć nie można. Setlista wyglądała tak: "Can't Get Enough", "Honey Child", "Feel Like Makin' Love", "Mr. Big", "Run with the Pack", "Satisfaction Guaranteed", "Fire And Water", "Burnin' Sky", "The Stealer", "Bad Company", "With Our Love", "Gone, Gone, Gone", "Shooting Star", "Rock'n'Roll", "Fantasy/Ticket To Ride", "Walk In My Shadow" i "All Right Now". Piękne półtorej godziny i wspaniałe zakończenie najspokojniejszego pod względem muzycznym dnia Festiwalu. Teraz trzeba czekać na 7. odsłonę FLR i mieć nadzieję, że czekają na mnie równie intensywne muzyczne przeżycia.
SŁÓWKO NA KONIEC
Kolejny FLR mimo zmniejszenia ilości zagranicznych gwiazd należy uznać za udany. Teraz trzeba mieć nadzieję, że powiększenie amfiteatru przełoży się na jeszcze większe gwiazdy i następna edycja będzie jeszcze lepsza. Są jednak pewne rzeczy jeśli chodzi organziację, które trzeba by było poprawić. Po pierwsze leśna dróżka z amfiteatru na pole namiotowe powinna być oświetlona - wracając w nocy można się zabić, gdyż nie widać po prostu niczego. Po drugie: zwiększyć ilość stoisk z płytami. Na poprzednich edycjach wpuszczano sprzedawców CD i winyli i wielu fanów wychodziło z jakimś rzadkim wydawnictwem. Teraz mieliśmy tylko oficjalne stoiska, których było zbyt mało - duże kolejki, spore ceny, no i brak większego wyboru. Po trzecie: przeszkolić ochroniarzy. Byłem świadkiem dosyć brzydkiej sytuacji, gdy drugi gitarzysta Chemii wyszedł dosłownie na kilka metrów za strefę dla muzyków aby pogadać ze znajomymi i... nie mógł już wrócić, gdyż nie miał plakietki. Ochroniarz oczywiście wiedział, że gość jest muzykiem (wszak wyszedł ze strefy dla VIP-ów), ale wykazał się po prostą złą wolą. Mało tego, po kłótni wypalił, że skoro skończyli grać, to mają się pakować a nie rozmawiać. Ktoś powinien im wyjaśnić, że są oni od pilnowania porządku i ochraniania muzyków, a nie od ich wyrzucania po skończonej robocie. No ale czego ja wymagam od ludzi, którzy nie chcieli nawet wpuścić basisty Perfect za kulisy, bo nie wiedzieli kto to jest. I nie miał plakietki...
|