1. Unholy Warcrush
2. Warfire
3. Sudden Death
4. KillZone
5. Uber Alles
6. Hemmering The Nail
7. The Prisoner (P.O.W.)
8. Field Of Fire



Elbląg jest to miasto w sąsiadującym ze mną województwie, znane z produkcji elementów do okrętów morskich oraz z browaru. Tyle wiedziałem do niedawna. Teraz Elbląg będzie mi się kojarzył głównie z Immense Decay - całkiem świeżą thrashową załogą, która przez kilka zaledwie lat grania dorobiła się kilku demówek i dwóch pełnych albumów, czyli płodna jest ponadprzeciętnie w stosunku do innych, zbliżonych stażem. Zanim zabiorę się za maglowanie najnowszego albumu, na warsztat wziąłem debiutanckiego długograja, bo lubię porządek, chronologię, a to daje dopiero całkowity obraz zespołu, jego rozwoju, postępów i wchodzenia na wyższe poziomy doświadczenia.

"KillZone" to osiem numerów osadzonych w stylistyce szeroko pojętego thrash metalu, choć Immense Decay nie chce być zespołem zamkniętym w jednej szufladzie - tak przynajmniej sądzę. Thrash metal jest w przewadze i na nim, jak na solidnej konstrukcji, budowane są poszczególne elementy zgrabnie zagranych i zaaranżowanych kompozycji, z których uderza w słuchacza spora już dojrzałość muzyczna i rozeznanie w temacie. Lubię płyty zróżnicowane i łączące różne elementy zaczerpnięte z różnych stylistyk, co daje niewątpliwie dużo bogatsze doznania. Sporo tu heavymetalowych melodii i przebojowości. Numery takie jak "Sudden Death" czy tytułowy "KillZone" z piosenkowym niemal refrenem, to murowane hity i kawałki do zanucenia. Na koncertach z pewnością sprawdzają się doskonale.

Wiemy już, że pomysły na tworzenie dobrych numerów chłopaki mają i to w ilościach sporych. Wiemy też, że są bardzo sprawnymi technicznie muzykami. Nie wiem, bo nie miałem okazji sprawdzić, jak wypadają na koncertach, ale podejrzewam, że radzą sobie nieźle. Dobre, cięte riffy i sporo smaczków, a do tego nienaganne technicznie solówki, zbudowane z rozmysłem, bez chaotycznego biegania po strunach. Perkusja robi swoje, czyli porządnie i stabilnie trzyma całość w pionie, bez przesadnej ekwilibrystyki. Może czasem przydałoby się jakieś zaskakujące załamanie rytmu, czy więcej napieprzania, a może zepsułoby to charakter tych kawałków, trudno rozsądzić. W każdym razie od perkusistów zawsze wymaga się, żeby to oni nakręcali całą tę machinę i dawali jej kopa, a nie tylko pilnowali, czy metronom równo chodzi. Jest ok, ale chciałoby się trochę więcej szału.
Poza dobrą muzą podoba mi się też brzmienie. Wiem, jakimi budżetami dysponują młode zespoły i na co mogą sobie pozwolić, dlatego uważam, że jak na zespół na takim etapie kariery, raczej nie można zabrzmieć dużo lepiej. To kolejny jasny punkt tej produkcji. Wypadałoby jeszcze rzec słów kilka o wokaliście, któremu swego czasu oberwało się m.in. za słabą wymowę jęz. angielskiego. Przyznam, że ja również jestem na to szczególnie wrażliwy, wręcz uczulony, ale... nie rozumiem jak to się ma do wokalisty Immense Decay, bo wszystko jest w najlepszym porządku, a może to ja jestem stary i głuchy. Niezrozumiała to dla mnie sprawa.

Podsumowując, wypada mi tylko pogratulować zespołowi tak dobrego materiału, do którego chce się wracać. Cieszy mnie fakt, że od kilku już lat polska scena thrashowa chce stawać w szranki z innymi. Zbyt wielkich kompleksów już od dawna nie powinniśmy mieć. Dobra robota! A to dopiero początek! Za chwilę dalszy ciąg programu i druga płyta "From Ashes Till Remains"... będzie bolało.

Atrej / [ 07.05.2011 ]




brak recenzji





Nick:  



E-mail:  



Treść komentarza:  



Suma 2 i 3 =








Immense Decay
KillZone

Immense Decay - 2009 r.




8/10



brak recenzji



© https://METALSIDE.pl 2000 - 2024 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!