01. The Final Hour 02. Lust for Blood 03. Neck Breaking Dance 04. Grip of Time 05. Lost in Disgrace 06. Veil of Insanity 07. Gateway to Infinity 08. Tempesta 09. Crimson Waves 10. Weaving Fate
A niech mnie kule biją! Przez całe życie nie słyszałem ani jednego thrash metalowego zespołu z Włoch, a tu nagle objawiają się dwa w ciągu jednego miesiąca? Recenzja grupy Ural wciąż jeszcze ciepła, a oto w moje ręce wpadają ich krajanie z Game Over. Czy okażą się równie dobrzy? Game Over powstał w 2008 roku we Włoszech. Grupa ma na swoim koncie już 6 płyt studyjnych, a także trasy koncertowe z takimi tuzami jak Megadeth, Anthrax, Testament, Exodus czy Kreator. Mimo to w naszym kraju zespół jest niemal zupełnie nieznany. Czy album "Face The End" jest w stanie to zmienić?
Na swojej stronie muzycy piszą, że Game Over jest jak ścieżka dźwiękowa do horroru z lat 80.. Dodają też, że ich muzyka jest mocno osadzona w tradycjach z Bay Area. Ten opis jest jak najbardziej trafny. Jeśli lubisz stare opowieści grozy i cenisz wczesne płyty Anthrax, Overkill czy Testament to poczujesz się jak w domu. Nic cię tutaj nie zaskoczy, bo wszystko jest typowe - typowe brzmienie, typowe teksty i typowy image, znany ze starej sceny Bay Area. Zespół ani na chwilę nie wychyla się poza dobrze znane poletko lat osiemdziesiątych. Wydaje się, że wiek XXI zupełnie Włochów nie interesuje. Czasem bliżej im do Anthrax ("Neck Breaking Dance" to wręcz hołd dla tej kapeli), czasem do Testament, innym razem do Metalliki czy Megadeth. Thrash prezentowany przez Włochów nie jest bardzo brutalny. W muzyce jest sporo przestrzeni i wpływów tradycyjnego heavy metalu. Jest to między innymi zasługa nowego wokalisty Danny'ego Schiaviny, który dysponuje czystym i mocnym głosem. Mam wrażenie, że tego muzyka stać na dużo więcej niż tylko odtwarzanie patentów z dawnych lat. Mój ulubiony utwór to "Crimson Waves". Ta wolna i nastrojowa kompozycja pokazuje, że zespół ma potencjał nie tylko do grania klasycznego thrashu. Chwilę się zastanawiałem jaką inną grupę przypominają mi melodie wyśpiewywane tutaj przez wokalistę. Czyżby brzmiało to trochę jak Morgana Lefay? A może Metal Church? W obu przypadkach - nie mam nic przeciwko!
Zastanawiam się dla kogo jest ta płyta? Kto szuka klasycznego thrashu w dzisiejszych czasach? I chyba znam odpowiedź. Nie tak dawno w jednym z wrocławskich barów hucznie świętowaliśmy urodziny Naczelnego. W pewnym momencie do knajpy wparowało kilku kolesi w skórach i katanach z naszywkami Megadeth, Anthrax, Gama Bomb i innych kapel z dawnych lat. Nie wiem kim byli ani skąd się wzięli, ale jestem pewien, że im mogę tę płytę śmiało polecić. Ona jest trochę jak tekst słynnej piosenki Zbigniewa Wodeckiego: "Lubię wracać tam, gdzie byłem już".