Zanim przejdziemy do meritum, tradycyjnie przybliżę najważniejsze informacje o tym francuskim zespole. A chociażby dlatego, że za tą nazwą kryje się kilka kapel. Zaś ten Deliverance powstał gdzieś około 2012-2013 roku. Zespół został założony przez gitarzystę Etienne'a Sarthou (grającego także między innymi w Freitot i Karras) oraz wokalistę Pierre'a Duneau (którego kojarzę jeszcze z czasów jego działalności w Memories of a Dead Man, wiele lat temu). Po różnych innowacjach w line-upie dodatkowo i ostatecznie (jak na tę chwilę) w zespole znaleźli się basista Sacha Février i perkusista Fred Quota (ex-Abrahma). W przeszłości zespół popełnił EP "Doomsday Please" i trzy albumy - "CHRST", "Holocaust 26:1-46" oraz "Neon Chaos in a Junk-Sick Dawn". Zaś te dwa ostatnie albumy przyniosły zespołowi większy rozgłos i otworzyły drogę na duże festiwale, jak Hellfest. Z kolei najnowszy album "The Voyager Golden Banquet" zaprasza nas - jak mówi sam tytuł - do międzygalaktycznej podróży, do najdalszych zakątków wszechświata.
I przyznam, że - mówiąc kolokwialnie - wszystko trzyma się kupy, począwszy od oprawy graficznej albumu, poprzez teksty, a skończywszy na samej muzyce. Dzięki czemu, ten kosmiczny klimat towarzyszy nam od samego początku - naszego fizycznego zetknięcia się z albumem - aż do końca, do ostatniej sekundy. A muzycznie usłyszymy tutaj bardzo ciekawe połączenie black metalu ze sludge metalem. Ktoś by powiedział, że przecież to nic odkrywczego. Ale nie! Ale po kolei. Już pierwszy utwór "Hellisual" - chociaż rzekłbym, że bardzo post-metalowy i transowy - wprowadza pomiędzy pasaże czystych gitar i mega ciężkie riffy - psychodeliczne klawisze (chociażby o brzmieniu organów Hammonda w prog-rockowym lub space-rockowym stylu). A to nie jest już banalne. Daje to niesamowite wrażenie kosmicznej przestrzeni, którą eksploruje przepotężny wahadłowiec. Z jednej strony mamy monumentalny i miażdżący sludge metal, a z drugiej drapieżny black metal z całym swoim arsenałem agresywnych przyśpieszeń (chociaż bez ich dominacji). Także wokalne ekspresje częściej skłaniają się ku black metalowym patentom. A nawet chwilami, gdy muzyka wejdzie w średnio-wolne tempa i dołączy się mroczno-transowy klimat, wówczas pojawiają się echa skojarzeń z Samael. Jednak ekspresje wokalne sięgają dalej - poza krzyczący blackmetalowy "śpiew". Innym poziomem wokalnym jest krzyczący growling, a także czysty, spokojny śpiew, który bardzo inklinuje z psychodelicznym rockiem albo recytacje lub "robotyczne" monologi. Przykładem skrajnie niemetalowego akcentu jest chociażby - w początkowej fazie - psychodeliczno rockowy track "Headspace Collapse" z somnambulicznymi, czystymi gitarami i wokalami, które przeszły w potężny sludge - pod koniec bardzo "walcowaty" i monumentalny. A w końcowej fazie mieszający wszystkie wyżej wymienione gatunki w jednym tyglu. Podobnie ale odwrotnie, utwór "Turn On, Tune In, Drop Out" wprowadził w drugiej połowie transowe, jazzowe i kosmiczne motywy urozmaicone przestrzennymi gitariadami. A taki utwór "Ground Zero" w pewnym momencie połączył drapieżną melodeklamację z tematami czystych gitarowych pasaży. Ale to tylko przykłady, gdyż wiele kompozycji zawiera tego typu kontrasty.
A całość spowita jest kosmicznym pyłem w postaci akcentujących klawiszowych dźwięków lub klimatycznych melodii czy kosmicznych sampli oraz wypełniających tło motywów w stylu dark ambient. Melodyka organów Hammonda świetnie kontrastuje z ostrością gitar i chrapliwością wokali wprowadzając wyraźnie retro-pierwiastek. Z kolei bardziej modernistyczne brzmienie instrumentu klawiszowego właśnie wprowadza atmosferę kosmosu.
Deliverance swoją muzyką na "The Voyager Golden Banquet" sięgnął dalej niż się spodziewałem, co przerosło moje oczekiwania, w bardzo pozytywnym znaczeniu tego słowa. Jest potężna moc, są potężne emocje, jest mrok, jest kosmos!
Paweł "Pavel" Grabowski / [ 19.07.2026 ]
|