01. Ascent Glorious 02. Sisyphus Awakening 03. Karma Loop 04. Push That Rock 05. Purgatory 06. Exposed 07. Scream 08. Where The Edges Meet 09. Gunslingers of the New American Desert 10. Desolation Throne 11. Thoughts in Freefall 12. The River 13. Tempus Fugue 14. Descent Limitless
Co prawda świat muzyczny już nie takie różnice pomiędzy albumami widział, ale i tak Amerykanie z In Virtue trochę na swój trzeci studyjny materiał czekać nam kazali. "Embrace the Horror" ukazał się w 2012 roku i nic nie wskazywało na to, że przerwa wydawnicza potrwa aż tak długo. W końcu w 2017 roku dostaliśmy pierwszy numer, będący zapowiedzią "Age of Legends". Skąd to całe opóźnienie - nie wiem. Wiem jednak, że dobrze się stało, iż płyta ta na półkach sklepowych ostatecznie wylądowała.
Muzykę In Virtue zawsze można było wrzucić do szuflady z progresywnym power metalem i nie inaczej jest tym razem. Jeśli jednak spodziewacie się jakichś długich, skomplikowanych partii, w których trzeba powstrzymać muzyków, ażeby nie odpłynęli w siną dal, to nie ten adres. Tak, słychać wyraźnie, że członkowie kapeli nie są z pierwszej łapanki, ale jednocześnie potrafią oni powstrzymać swoje wirtuozerskie zapędy jeśli uznają, że zaszkodzą danej kompozycji. Efektem jest więc płyta pełna ciekawych zagrywek, a jednocześnie nieprzytłaczająca słuchacza, dość szybko wpadająca w ucho, z kawałkami o "normalnej" długości. Oczywiście nieco southernowy "Push That Rock" stanowi wstęp do "Purgatory", a śliczny, fortepianowy "The River" to intro do epickiego "Tempus Fugue", ale nawet fragmenty te zostały oddzielone, by przy ponownym odsłuchu można było od razu dostać się do mięsa. Moim zdaniem niepotrzebnie (zwłaszcza w przypadku tego drugiego), no ale niektórzy docenią i taki szczegół.
Jak już wspomniałem, "Age of Legends" jest płytą, na której muzycy nie raz pokażą swój kunszt. Już otwierający "Sisyphus Awakening" pełny jest ciekawych partii na gitarze, łamanych temp, czy solówek na różnych instrumentach, w tym basowej miniaturce, której nie powstydziłby się sam John Myung. Nie ma jednak zanudzania i rozpływania się nad własnymi umiejętnościami - zespół idzie dalej nie pozwalając, by któryś z fragmentów został przesadnie przedłużony czy przekombinowany. "Purgatory" może mieć fajny, djentowy riff i bawiące się oczekiwaniem słuchacza zagrywki na wiośle, ale jednocześnie partie wokalu szybko wpadają do głowy. Podobnie "Karma Loop": delikatne zmiany tempa, interesująca praca gitar, ale nad tym wszystkim górują wokale (w tym słodziutki głos Charlotte Wessels), których nie da się wyrzucić z głowy. Klawisze szaleją w klasycznie power metalowym "Thoughts in Freefall", solóweczka cieszy ucho, ale znów: nie gubimy istoty tego kawałka. Nawet podsumowanie całego krążka w postaci "Tempus Fugue" nie przytłacza. Jest akustycznie, popowo, metalowo i djentowo, ale ani razu nie musimy spoglądać na mapę, by odnaleźć drogę do kolejnego kawałka.
Muzycy potrafią też nieco zluzować i pobawić się graniem delikatnie prostszym. Nowoczesny, przebojowy "Exposed", bujający, świetnie zaśpiewany "Scream", wolniejszy, bardziej epicki "Gunslingers of the New American Desert" dodają "Age of Legends" kolorytu. I choć nie wszystkie pomysły są tutaj trafione, a grupie zdarzają się drobne potknięcia, to po nich wstaje, otrzepuje kurz i idzie dalej jak gdyby nigdy nic. Z korzyścią dla słuchacza. No bo co z tego, że wspomniany "Gunslingers of the New American Desert" jest nieco monotonny w prowadzeniu, jeśli pod koniec zachwyca klawiszami i przepiękną emocjonalną solówką. Są fragmenty, w których myślimy sobie, że kapela gra trochę zbyt bezpiecznie, by za moment zachwycić się jakimś chwilowym zwolnieniem i kilkusekundową miniaturką. W zasadzie ze wszystkich kompozycji na krążku tylko "Where The Edges Meet" jakoś mnie specjalnie ani nie grzeje, ani ziębi - niby ma wszystko co trzeba, a i zaskakuje delikatnym flirtem z metalcorem, ale... cóż, to ciągle dobry numer, no ale zespół ustawia poprzeczkę tak wysoko, że mimo wszystko gdzieś od reszty odstaje.
"Age of Legends" to materiał, z którym warto się zapoznać. Świetnie zaaranżowany, pełen interesujących partii, ale i nie zapominający też o melodiach. Łączący różne podgatunki w jedną spójną całość. No i świetnie zaśpiewany przez Trey'a Xaviera - aż ciężko uwierzyć w to, że twórca kanału Gear Gods chwycił za mikrofon dopiero w wieku 28 lat. Frontman twierdzi, że ten trzeci album stanowi rozpoczęcie nowego rozdziału w historii In Virtue. Jeśli tak, to przyszłość rysuje się w jasnych barwach.