"Cześć! Niedawno wydaliśmy w wytwórni Via Nocturna naszą trzecią płytę. Czy mogę podesłać sztukę do recenzji? Jest to podziemny metal z elementami d-beatu i hc" - miło zapytał się gitarzysta Despizer. Szczegółowy opis już stworzył pewien obraz w mojej głowie, więc ochoczo się zgodziłem, spodziewając się tego, że będzie łatwo, szybko i przyjemnie. Nie było. Bartłomiej Wilczek kłamał. Choć w sumie nie do końca...
Nawet po wielokrotnym odsłuchu "Krwi" ciężko stwierdzić, czym się w ogóle chłopaki z Pabianic zajmują. Jedni opisują ich muzykę idąc w stronę punk rocka i jego nieślubnych dzieci, inni skręcają bardziej w stronę metalu, gdzieś tam nawet zahaczając o elementy blacku. Gdzie jest prawda? Jak zawsze: gdzieś pośrodku. Bo tak, sporo tutaj typowo punkowych zagrywek: "Przypadkowy samobójca" w zwrotkach przypomina mi Dezerter, "Strużka krwi" Pidżamę Porno, a i są też fragmenty w takich utworach jak "Ślepiec", czy "Zaciśnięte pięści". Jednocześnie muzycy dorzucają do tego całą masę innych pomysłów. Bujający refren "Trzeba umierać" to jakaś wykręcona wersja stonera, gdzieniegdzie na płycie pojawią się szybkie, niemal blackowe gitary czy szybkie perkusyjne kanonady, długa "Megalomania" potrafi flirtować z post-rockiem/metalem (jakaż świetna solówka!), a końcówka wspomnianych już wcześniej "Zaciśniętych pięści" śpiewana jest w niemal grindowy sposób. Muzycznie mamy więc wór różności, ale jego zawartość nie jest wrzucona na chybił trafił - to wszystko rzeczywiście ma tutaj sens.
Elementem górującym nad tymi wszystkimi riffami, melodiami i harmoniami jest jednak wokal... Ten "wokal". Trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie, że jest to z pewnością coś, co jednocześnie wyróżnia Despizer od innych kapel, jak też i coś, co może sprawić, że wielu słuchaczy zderzy się z jej twórczością jak ze ścianą. Tomasz Piotrowski sprawia, że całość jest niezwykle ciężka, nieprzyjemna, odpychająca wręcz. Frontman często przekracza granicę histerii, zlewając słowa w jedną, wielką, bezkształtną masę (chyba tylko "Strużka krwi" wyłamuje się w tym temacie). Ciężko zrozumieć, co on tam z siebie wypluwa, ale jednak ładunek emocjonalny razi z siłą bomby atomowej. Wsłuchując się w te wrzaski wyłapujemy pojedyncze słowa czy frazy, nierzadko dopowiadając sobie resztę historii. W książeczce oczywiście znajdziemy wszystkie teksty, jednak osobiście zachęcałbym do odpalenia "Krwi" kompletnie ich nie znając - jest to fascynujące doświadczenie. Sam dodam, że ostatnim razem taki dyskomfort przy słuchaniu wywołały u mnie płyty Thou i Uniform. A przecież zarówno "Umbilical", jak i "American Standard" były krążkami co najmniej bardzo dobrymi.
Trzecia płyta Despizer wzięła mnie z zaskoczenia. To mocno undergroundowe, szalenie trudne w odbiorze, nieszablonowe granie. Po przesłuchaniu tego krążka zastanawiacie się nad tym, co to do cholery było, by następnie z pewną dozą lęku przemieszanego z fascynacją ponownie wejść do tego brzydkiego, przepełnionego smutkiem i beznadzieją świata. Z wierzchu ładnego (kapitalna oprawa wersji fizycznej!), ale przegniłego w środku.