Denial of Life to amerykański kwartet, który powstał w 2019 roku w stanie Waszyngton. Grupa ma na swoim koncie dwie demówki, jedną płytę, a teraz dołożyła do tego jeszcze mini-album. Muzyka zespołu klasyfikowana jest przez prasę jako thrash metal/crossover. Zespoły ze sceny hard core czy crossover zazwyczaj nie wywołują mojego zainteresowania, ale tego thrashowego pierwiastka jest tutaj na tyle dużo, że postanowiłem zrobić wyjątek.
EP-ka o buńczucznym tytule "Bądź świadkiem mocy" to 6 kawałków i 22 minuty muzyki. Od samego początku słychać, że przeważa tutaj pierwiastek thrashowy, a ze sceny hard core wzięto tylko to, co w niej najlepsze - surowe brzmienie gitar i rytmikę. Takie były z resztą moje przypuszczenia, kiedy zauważyłem, że muzycy chadzają w koszulkach Slayera, a nazwę zespołu wzięli z pierwszej płyty Death. I rzeczywiście - już pierwszy utwór mocno pachnie właśnie Slayerem z czasów "South of Heaven". Z tym że zamiast głosu Toma Araya słyszymy... kobiecy głos wokalistki Brenny Gowin. Strona wokalna jest dużym wyróżnikiem Denial of Life. Zamiast typowych krzyków i wrzasków otrzymujemy wysoki głos i skandowanie tekstu, które przypomina mi niekiedy Bobby'ego Blitza z Overkill. Niestety wokal Brenny ma nie tylko zalety, ale i wady. W niektórych momentach brzmi świetnie, ale w innych pewne jego ograniczenia (a może brak doświadczenia?) powodują, że gitarzyści muszą nadrabiać riffami, żeby kawałek posuwał się naprzód. Nad tym trzeba by jeszcze popracować. Na dwudziestominutowej EP-ce nie jest to duży problem, ale na pełnometrażowym wydawnictwie taki jednostajny wokal może się wydawać nieco monotonny.
Płyta ma dobre, żywe i pełne brzmienie, którego słucha się z przyjemnością. Nie jest ono płaskie i skompresowane, jak to bywa na wielu współczesnych produkcjach. Muzyka jest ciężka, ale nie napakowana dźwiękami, dzięki czemu jest w niej sporo przestrzeni. Jeśli lubisz bardziej surowe podejście do thrashu to może warto sięgnąć po tę płytę i zostać "świadkiem mocy"?