01. A Curse 02. Forbidden Morals 03. Gateways of Stone 04. Judas Cradle 05. Nine Blood Moons 06. Valeria 07. Apparition 08. By Silver Light 09. Return of the Phantom 10. Beneath... Lives the Impaler
Void to młodziutki kwintet z amerykańskiej Luizjany. Tak młodziutki, że chłopaki mają dosłownie po 18-19 lat. Ale te młokosy nie marnowały czasu i mają już na koncie dwa albumy. Przed nami właśnie ten drugi, wydany w 2025 roku i zatytułowany "Forbidden Morals". Moje pierwsze spotkanie z tym materiałem nie było udane. Kiczowate intro i teledysk z rozwrzeszczanym wokalistą z makijażem na oczach zadziałały na mnie odpychająco. Dałem jednak chłopakom drugą szansę, a oni ją wykorzystali.
Koncepcja albumu jest następująca: samotny podróżnik trafia na zamek, który wydaje się opuszczony. Coś mu podpowiada, że nie powinien tam wchodzić, ale wiedziony ciekawością decyduje się na ten krok. Okazuje się, że trafia do miejsca, w którym każda komnata kryje jakiś horror. Na podróżnika czeka dziewięć krwawych księżyców, kołyska Judasza, upiór w operze, zjawy i demony, a na sam koniec Vlad Palownik. Nic dziwnego, że od tej pory facet robi wszystko, żeby stamtąd uciec. To tyle jeśli chodzi o warstwę tekstową. A jak prezentuje się część muzyczna? Co gra się w Luizjanie? Jazz? Blues? A może country? Otóż nie. Chłopaki z Void twierdzą, że uprawiają... "haunted thrash metal". Jak brzmi ten "nawiedzony thrash"? No trzeba przyznać, że całkiem nieźle! Trochę jak połączenie wczesnego Annihilatora z Mercyful Fate i Kingiem Diamondem, z domieszką Forbidden i odrobiną Testamentu. Jak dla mnie - w to mi graj!
Jest w tych chłopakach jakaś bezczelność i pójście pod prąd. Nie boją się melodii, popisowego grania ani riffów rodem z Annihilator czy Megadeth. Jeśli dodamy do tego jeszcze czysty głos wokalisty, dostajemy starą szkołę grania pełną gębą. Nie ma tu podążania za aktualnymi modami. Nic nie jest tutaj "trendy" i bardzo dobrze. Może właśnie dlatego czuć w tym wielką radość grania. Mimo młodego wieku muzyków, kompozycje są ciekawe, a utwory zróżnicowane. Dzieciaki z Luizjany nie powtarzają błędów innych kapel czerpiących z klasyki, gdzie wszystkie kawałki są podobne do siebie. U Void zmiany zachodzą nawet w obrębie jednego utworu. Przykładowo - taki "Return of the Phantom" zaczyna się w średnim heavy metalowym tempie, by w środku zmienić się w porywający thrasher w stylu wczesnego Exodus. "Gateways of Stone" czy "Nine Blood Moons" to także thrashery w stylu Slayera albo Sodom, ale za moment mamy "Apparition" - ciężkie i wolne jak stary Metal Church. A jeśli komuś znudził się ciężar tych kawałków to chwilę oddechu zapewni instrumantalna "Valeria" czy ballada "By Silver Light". Na miłośników upychania pięćdziesięciu riffów w jednym numerze czeka natomiast 10-minutowy "Beneath... Lives the Impaler".
Choć w latach 80. nie było ich jeszcze na świecie to słychać, że chłopaki cenią sobie muzykę z tego okresu. I to do tego stopnia, że nawet w studiu nagraniowym używają sprzętu z tamtych lat. Być może przez to album brzmi trochę nieczysto, może nawet lekko amatorsko i piwnicznie ale nie znaczy to, że nie da się tego słuchać. Te młokosy mają już za sobą trasę po Stanach, a niedługo pewnie zawitają do Europy. Przygotujcie się zawczasu na nawiedzony thrash metal z Luizjany!