01. Freyrs blod 02. Ulvhjärtat 03. Adils fall 04. En snara av guld 05. Stridsgalten 06. Auns söner 07. Vitta vettr 08. Hågkomst av ett liv 09. The Wolfheart (English version)
Szwedzka grupa Månegarm nie eksperymentuje. Gdy udało jej się wyrobić swój własny, łączący folk, viking i black metal styl, to konsekwentnie się go trzyma. Sięgając po krążek zespołu wiemy mniej więcej, czego się spodziewać - nie będzie rewolucji, zabawy gatunkami, wstrząsu na muzycznym krajobrazie mroźnej Północy. Przeciwnie, będzie muzyka, którą znamy i lubimy. Nie inaczej jest w przypadku dziesiątej płyty formacji: "Ynglingaättens Öde". To dokładnie to, czego oczekiwałem. Czy to jednak źle?
Dowodzona przez Erika Grawsiö formacja postanowiła w kwestii tekstów sięgnąć tym razem po "Ynglingatal", a więc stary szwedzki poemat opowiadający o królach z dynastii Ynglinga. Ta swoista lekcja utrwalania nieco zapomnianej (i nie zachowanej w całości) historii zaczyna się dość odważnie, bowiem od razu dostajemy trwający przeszło 10 minut "Freyrs blod". Lider stwierdził w przeprowadzonym przez nas wywiadzie, że to Månegarm w pigułce i ciężko się z nim nie zgodzić. W tym kolosie mamy wszystko: epicki klimat, wpadające w ucho melodie, partie spokojniejsze, spod znaku black metalu, jak i bardziej folkowe. Również w kwestii wokali jest spore zróżnicowanie, bowiem usłyszymy nie tylko przeszywające skrzeki, ale też i chórki oraz czyste wokale. To kompozycja niezwykle rozbudowana, ale jednocześnie pięknie poukładana. Tak, "Freyrs blod" może być nieco bardziej wymagający niż reszta kawałków, ale to jednak nie progresywny metal - chwila nieuwagi nie sprawi, że zagubimy się w gąszczu dźwięków.
Dalsza część "Ynglingaättens Öde" jest już nieco bardziej standardowa - przynajmniej jeśli chodzi o długość poszczególnych kompozycji. Muzycznie bowiem o nudzie dalej mowy być nie może: są i metalowe konkrety ("Auns söner" przypomina miks Shining z Einherjer), kawałki utrzymane w średnim tempie (charcząco śpiewany "Adils fall") czy takie, w których wyraźniejsze są wpływy folk-metalu, jak np. singlowe "Ulvhjärtat" i "Stridsgalten". Nierzadko będziemy wesoło tupać sobie nóżką, by następnie dostać po bębenkach usznych blastami i szaleńczymi krzykami. Co ma oczywiście sens w kwestii opowiadanej historii: w końcu w życie królów nie polegało tylko na toczeniu krwawych bitew - uczestniczyli oni także w biesiadach, gdzie piwo lało się strumieniami (stąd też nieco przaśny fragment z liderem Korpiklaani). Osobiście urzekły mnie jednak te bardziej melancholijne partie - o stracie i rozłące. Córka Erika swoim dziecinnym, niewinnym głosem ściska serce w "En snara av guld", a w "Hågkomst av ett liv" znana z poprzednich krążków Ellinor Videfors tworzy cudowny duet z wokalistą, kończąc krążek akustyczną formą.
Månegarm na "Ynglingaättens Öde" korzysta z całego dobrodziejstwa swojego muzycznego inwentarza. Dziesiąty album kapeli to podsumowanie dotychczasowej drogi, destylat jej stylu. Fani formacji z pewnością będą usatysfakcjonowani: dostaną bowiem 49 minut porządnej muzy. Jeśli z kolei ktoś nie miał do czynienia wcześniej z pracami tych Szwedów, to ich dziesiąta płyta może być dobrym startem. Jak zresztą większość krążków w dyskografii - w końcu Månegarm nie splamił swego honoru żadnym paździerzem. Jeszcze.