Curse of Cain to szwedzka grupa, w składzie której znajdziemy chociażby Jonasa Asplinda - byłego basistę Ad Infinitum. Formacja na swoim koncie posiada dwa krążki, w tym wydany ledwo we wrześniu "Achtung!". Z notki prasowej można wywnioskować, że miesza ona na nich nowoczesne, nu-metalowe formy z hard rockiem, dorzucając do powstałego amalgamatu sporą dozę teatralności spod znaku chociażby Alice'a Coopera czy Lordi. Single, które miałem okazje przesłuchać jakoś szczególnie do mnie nie trafiały. Przy okazji premiery koncertowego wideo postanowiłem jednak sprawdzić, o co ten cały szum.
"80M Underground" to zapis koncertu, który odbył się w zeszłym roku w kopalni Tuna Hästberg. 80 metrów pod powierzchnią ziemi zespół postanowił świętować ze swoimi fanami Halloween, przy okazji streamując całe show również i dla tych, którzy nie mogli pojawić się w tym zjawiskowym miejscu osobiście. Po roku występ w formie wideo został udostępniony wszystkim chętnym, ale odnoszę wrażenie, że nie spędzono nad nim większej ilości czasu. Jakość wideo jest dyskusyjna - miejscami wygląda to wręcz na plik przechwycony rejestratorem obrazu. I to takim darmowym. Dwa czy trzy razy pojawiają się glitche w warstwie audio, a i niekiedy dźwięk nie jest do końca zsynchronizowany z tym, co dzieje się na ekranie - zupełnie jakby gubił się klatkaż (co już widać w nieco nu-metalowym "Mirror Mirror"). Najgorsze jednak jest to, że całość jest nieznośnie... nudna. Fani pewnie i dobrze się bawili, ale nie udało się tego przełożyć na ekran monitora/telewizora.
Całe show filmowane było z kilku kamer, ale niemal wszystkie umiejscowiono z przodu sceny. Poza "drum camem" i chyba całymi trzema ujęciami, na których widać publikę, mamy te same kąty. Żadnego urozmaicenia, żadnego polotu, żadnej dynamiki - ot, zwykłe statyczne ujęcia. Co gorsza, jak już coś się ciekawego dzieje, to realizator z uporem maniaka tego nie pokazuje. Dla przykładu: widzimy (i słyszymy!) odgłosy fajerwerków? Musimy się zadowolić łuną na muzykach, ponieważ nikomu nie udało się złapać samej pirotechniki. W pewnym momencie nawet jedno z urządzeń spada ze statywu i... w żaden sposób nie zostało to wyedytowane. Widzimy po prostu trzęsący się obraz, a potem razem z kamerą robimy sobie fikołki. To właśnie przez ten fragment jestem niemal pewny tego, że omawiane wideo to surowy stream z 2024 roku. Gojira mając dostęp do materiału z Pol'and'Rock stworzyła w krótszym czasie darmową koncertówkę, która jest tak dobra, że z chęcią postawiłbym ją na półce. Grypa Lord of the Lost na "Live at W:O:A" wykorzystała zarówno ujęcia z zapisu na żywo, jak i z własnych źródeł tworząc wciągające, dynamiczne show. Z kolei Moonspell na "Live 80 Meters Deep" pokazał jak malowniczo można pokazać takie miejsce jak jaskinia. Szkoda, że nikt z Curse of Cain tych wydawnictw nie oglądał, bo może by się czegoś nauczył.
No dobra, no to może chociaż muzycznie ma to ręce i nogi? No właśnie też tak średnio. Zespół posiada takie własne, post-apokaliptyczne uniwersum. Pisze swoją własną historię z pogranicza horroru i mrocznego sci-fi. Nawet sam skład tworzą jakieś dziwne, budzące grozę postacie. A jednak samą muzę trudno nazwać wyjątkowo mroczną, czy niebezpieczną: tu trochę melodyjnego rocka ("Alive"), tam jakaś podniosła ballada ("TikTok"), w innym miejscu zrzyna z Rammstein ("Achtung"), gdzieś po drodze odrobina metalu - nic przesadnie oryginalnego. Jasne, taki Alice Cooper też rocka na nowo nie wynalazł, ale jednak każde jego show jest spójne, przemyślane, idealnie łącząc się zarówno z muzyką, jak i samą postacią stworzoną przez Furniera. W Curse of Cain mamy natomiast pomieszanie z poplątaniem: zespół potworów, przystępna muzyka, chaos na scenie. Żołnierze z maskami gazowymi na "Achtung" jeszcze jakoś pasują, no ale wielki demon z jeszcze większym penisem powoduje już wytrzeszcz oczu. Podobnie zresztą jak duch z wyraźnym wzwodem. W "Candy Cain Murder" spod sceny wyłazi postać jakby wyjęta z "Morderczych klownów z kosmosu" (tak, jest taki film), a w niektórych melodyjnych, czy wręcz spokojniejszych fragmentach wokalistka znęca się nad bogu ducha winnym mutantem. Po co? Na co? Dlaczego? Bo tak.
W halloweenowym show Curse of Cain próbował upchać zbyt wiele pomysłów, czego efektem jest prawdziwy chaos. Może dałoby się to jeszcze ujarzmić w jakiejś post-produkcji, no ale żadnej post-produkcji tutaj ewidentnie nie było. To po prostu czysty, pełen mniejszych lub większych niedoróbek stream, który przeleżał w szufladzie cały rok. Plus taki, że jest on dostępny za darmo. Kto więc chce zobaczyć kolejnych "metalowych" przebierańców: droga wolna. Ja uważam jednak, że z szumnych zapowiedzi spektakularnego show otrzymaliśmy mały deszcz. Z tego wydawnictwa można było wyciągnąć znacznie, znacznie więcej.
Tracklista: 01. Intro 02. Mirror Mirror 03. Embrace Your Darkness 04. Feel the Pain 05. Dead and Buried 06. Blame 07. Achtung 08. TikTok 09. Candy Cain Murder 10. The Ground 11. Alive 12. Blood The End 13. Outro