MetalSide: Na początku lat 2000, zakładając Miguel And The Living Dead, i jeszcze przez jakiś czas później, krytykowałeś ówczesną "gotycką" scenę w Polsce. Czy obecnie coś się zmieniło w tym temacie? Jak według Ciebie prezentuje się dzisiejsza scena gotycka w Polsce?
Pete Vincent: Zaczynasz z grubej rury, widzę. Lubię takie wywiady. Owszem, krytykowałem i zdania raczej nie zmieniłem. A na pewno nie w odniesieniu do tamtego okresu. Młodsi czytelnicy mogą tego nie pamiętać, ale pod koniec lat 90. polską "mroczną" scenę zalała fala kapel synth/EBM/industrial z jednej strony i goth-metalowych neofitów z drugiej. To samo stało się z DJ-ami i imprezami, które kształtowały gusta ówczesnej publiki. W moim odczuciu odcisnęło to bardzo negatywne piętno zarówno na samej muzyce, jak i na całej atmosferze czasów, w których powstawał Miguel And The Living Dead. Klasyczny, punkowo-nowofalowy gotyk wraz z całą swoją wrażliwością i estetyką został zepchnięty na margines, a jego miejsce zajęła jakaś nadęta plastikowo-diabelska mutacja pełna dziwacznej pozy. I na pewno w niczym nie przypominało to naturalnej ewolucji gatunku. Tym bardziej raziło to i frustrowało, że dokładnie w tym samym czasie na Zachodzie, szczególnie w USA, zaczynał się renesans klasycznego deathrocka, gotyku i post-punka. Nie sposób było oprzeć się wrażeniu, że polska scena ugrzęzła w jakimś zaściankowym bagnie.
Być może właśnie dlatego MATLD stosunkowo szybko zyskał popularność. Ludzie byli zwyczajnie spragnieni bardziej oldschoolowych, ale też autentycznie świeżych mrocznych dźwięków. Ja sam byłem jednym z nich i między innymi dlatego założyłem ten zespół. Niedługo później Tomek "Maniak" rozpoczął swój cykl imprez Old Skull, który trwa do dziś, a MATLD stał się jego integralną częścią. Był to chyba dosyć przełomowy moment dla naszej podziemnej sceny i mam wrażenie, że wspólnie udało nam się wtedy wprowadzić do niej sporo świeżej energii i pozytywnego fermentu. Cholernie miło wspominam tamte czasy. A dzisiejsza polska scena gotycka... No cóż, to już zupełnie inna historia. Niby tylko różnica jednego pokolenia, ale od razu czuć, że funkcjonujemy w całkowicie odmiennej rzeczywistości. I chodzi mi nie tyle o samą muzykę, co bardziej o mentalność i ogólny klimat. Nie chcę tu bulgotać jak jakiś stary pierdziel, ale brakuje mi w tym wszystkim tego oddolnego, naturalnego spontanu i muzycznej niepokorności, które cechowały wcześniejsze okresy. Nie tylko na scenie gotyckiej zresztą. Wszystkie inspiracje leżą teraz na talerzu w streamingowo-tiktokowym bufecie, a muzyczna młodzież często sięga po nie na zasadzie zachcianki i pod wpływem impulsu z algorytmu. W rezultacie powstają zespoły nieznośnie przewidywalne, jednowymiarowe i od razu z premedytacją wbite w konkretną szufladę. Brakuje tego organicznego chaosu i świadomego wychodzenia z bezpiecznej strefy. Mamy dziś w Polsce i na świecie wiele naprawdę przyzwoitych nowych gotyckich kapel i do samego poziomu muzycznego trudno mieć większe zastrzeżenia, ale dobre rzemiosło nie zawsze idzie w parze z wyrazistą tożsamością. Przepadły gdzieś, chyba bezpowrotnie, napięcie i element ryzyka.
Podobno Miguel And The Living Dead ma na świecie kultowy status...
Tak, też słyszałem podobne opinie i o ile powinny mnie one pewnie jakoś pozytywnie połechtać, bo faktycznie mamy oddaną publikę rozproszoną niemal po całym świecie, to szczerze mówiąc, cały czas nie do końca wiem, na czym ten nasz kult niby polega. Na pewno nie przekłada się on na jakąś szerszą popularność i sprzedaż płyt, nie wspominając już o imponujących zasięgach i tzw. followingu. Chyba że ta "kultowość" ma podkreślać naszą niszowość, to jasne - wtedy jesteśmy kultowi że hej. Tak czy inaczej, takie określenia należy chyba mimo wszystko odbierać jako komplement, więc Jezu jak się cieszę, cytując starszego i też chyba trochę kultowego kolegę Janerkę.
A czy według Ciebie Polska scena gotycka jedynie naśladuje lub jak kto woli inspiruje się prekursorami, czy wytworzyła już własne nurty lub podejścia do tworzenia swoich aranżacji? Jak wiemy, można nieco wyodrębnić odmienność muzyki gotyckiej, np. w Wielkiej Brytanii (jako ten klasyczny nurt, może bardziej wzniosły i uduchowiony), w Stanach Zjednoczonych (raczej bardziej teatralny i groteskowy) czy w Niemczech (nie wiem czemu, ale Niemcy kojarzą mi się bardziej z muzyką analityczną, konkretną i pozbawioną głębszych emocji), aczkolwiek żadnym znawcą muzyki gotyckiej to nie jestem.
To zależy, o którą polską scenę pytasz. Jeśli mówimy o obecnej, to chyba już odpowiedziałem na pytanie. Natomiast jeśli chodzi o tę klasyczną scenę zimnofalową i postpunkową z lat osiemdziesiątych, to tak, z pewnością polskie zespoły miały wtedy swój niepowtarzalny sznyt i wypracowały dosyć unikalny język. Było w nim coś surowego i niepokojącego, jakaś taka melancholijna waleczność, której próżno szukać w zachodnich odpowiednikach. Często powtarzam, że polska scena tamtego okresu, choć pod względem czysto muzycznym niezbyt odkrywcza, w pewien sposób postawiła kropkę nad "i" nad tym, co wydarzyło się wcześniej na Zachodzie, i dodała do tej estetyki własny ciężar emocjonalny oraz wynikającą z realiów PRL-u specyficzną buntowniczą egzaltację. Nie będę się jednak nad tym rozwodził, bo to temat-rzeka, a i pewnie popełniono już jakieś doktoraty na ten temat. Zresztą niedawno wyszła świetna książka "Fala" autorstwa Rafała Księżyka, która bardzo dobrze opisuje fenomen naszej starej mrocznej sceny. Zainteresowanych zachęcam do lektury, a na koniec tylko dodam, że takie bendy jak wczesne Ziyo, Variété, Madame, Siekiera, 1984 czy Processs cały czas brzmią mega świeżo i potrafią mną nieźle pozamiatać.
A muzyce Miguel And The Living Dead najbliżej jest do którego nurtu? Amerykańskiego?
Chyba do żadnego, jeśli mam być zupełnie szczery. Zaznaczę też, że nigdy nie uważałem MATLD za zespół gotycki. A z pewnością, zakładając kapelę, nie przyjąłem z góry żadnego konkretnego drogowskazu na zasadzie, że jedziemy dokładnie jak deathrockowe kapele z Kalifornii czy walimy pod brytyjski Batcave, polską zimną falę albo hiszpańskie Siniestro. Bardziej niż konkretne brzmienia i nurty, inspirowały nas raczej pewne postawy i wzorce samego podejścia do dźwiękowego tworzywa. Pod tym względem najbliżej nam chyba do rock'n'rollowego turpizmu i eklektyzmu amerykańskiego deathrocka typu 45 Grave. Sporo jest też w naszym graniu podskórnego jadu wczesnych brytyjskich kapel goth i anarcho-punk. Dorzuć do tego odrobinę psychodelicznego chaosu Alien Sex Fiend i Dead Kennedys, twórczą dyscyplinę Killing Joke, szczyptę niemal popowych melodii, a będziesz mniej więcej wiedział, o co chodzi w Miguel And The Living Dead.
Często podkreślałeś, że obecnie wiele kapel, które twierdzą, że grają gotyk (lub przynajmniej ich fani tak sądzą) nie mają pojęcia o muzyce gotyckiej. W takim razie czy są jakieś kanony jak powinna grać, wyglądać i o czym powinna śpiewać kapela gotycka?
Może na początek trochę kontekstu: moje wypowiedzi i komentarze tego typu odnosiły się do okresu sprzed dwóch czy trzech dekad, a pamiętajmy, że była to epoka praktycznie bez internetu i, co za tym idzie, z mocno ograniczonym dostępem do wiedzy muzycznej i do samej muzyki w porównaniu z tym, czym dysponujemy obecnie. Nawet wśród całkiem szanowanych ówczesnych dziennikarzy, prezenterów radiowych czy DJ-ów na temat "gotyku" pokutowało wiele nie do końca prawdziwych mitów i wyobrażeń, zwłaszcza w krajach bloku wschodniego. Najlepszym przykładem był tu nasz legendarny Tomasz Beksiński i jego dosyć specyficzna interpretacja gotyku, którą niestety zaraził rzesze słuchaczy. A kiedy pod koniec lat 90. estetyka gotycka nagle trafiła z kopa do mainstreamu i nawet szmatławce pokroju "Bravo Girl" zaczęły się nią interesować, pojawiła się cała masa idiotycznych uproszczeń i stereotypów. Część z nich stworzyły media, część same zespoły, a resztę dopowiedzieli sobie słuchacze.
Dobrze zdaję sobie sprawę, że niektóre moje wypowiedzi z tamtych lat mogły sprawiać wrażenie kontrowersyjnych, ale jeśli prawie każdy nowy adept gotyckich dźwięków z miną znawcy wypluwał mi w twarz rewelacje typu "prawdziwy gotyk nie ma nic wspólnego z punkiem", albo że gotyk to "klimatyczna odmiana metalu" czy "industrial dla romantyków", to wybacz, ale nóż się w kieszeni otwierał. Myślę też, że pewną winą należy obarczyć tutaj Paradise Lost i ich album "Gothic". Do dzisiaj pamiętam, jakie spustoszenie narobił tytuł tej płyty w głowach wielu moich znajomych. Teraz wystarczy włączyć sobie jeden z setek filmów na YouTube typu "Goth Rock History" i po 30-40 minutach mieć już jakieś wstępne, ogólne pojęcie o tym, skąd się ta muza wzięła i jak ewoluowała. Kiedyś takich zabawek nie było i musimy o tym pamiętać. Aczkolwiek nawet dziś, przy tym całym kosmicznym dostępie do informacji, zdarza mi się jeszcze trafić na porażające głupotą dziennikarskie wybryki, jak choćby ostatnio na jednym znanym brytyjskim portalu, gdzie Yungblud został określony mianem "goth-rockera". I wtedy człowiek uświadamia sobie, że pewne debilizmy są po prostu nieśmiertelne. A co do kanonów, to powiem tylko tyle - pamiętajmy, że pierwsi goci pod koniec lat 70. byli punkami oraz ich bezpośrednimi spadkobiercami. Tyle wystarczy. Wtedy żadne kanony nie będą nam potrzebne.
Zauważyłem, że świat muzyki gotyckiej jest tak ogromny, że chyba potrzeba lat by poznać to całe uniwersum. Goth rock, deathrock, horror punk, psychobilly, gothic metal, goth techno i wiele innych odmian współczesnej muzyki gotyckiej. I chyba każdy z tych nurtów ma swoje własne cechy charakterystyczne. I każdy z tych tworów żyje własnym życiem. Czy są jakieś zasady albo granice, których nie powinno się przekraczać by nadal "przynależeć" do sceny gotyckiej? Pytanie brzmi nieco śmiesznie - przypomniało mi się - jak w na początku lat 90. kolega zapytał się lokalnych starych metalowców, co ma zrobić by zostać metalowcem, jak ma wyglądać, czego słuchać, jak ma się ubierać. Starsi koledzy przekazali mu tę tajemnicę i powiedzieli żartem, że muszą go wpisać do Tajemnej Księgi Metalowców. A on to przyjął na serio, hahaha
I słusznie! Nie zapominajmy też, że koleś bez Legitymacji Metalowca to tylko zwykły pozer do skrojenia. Ja niestety swoją zgubiłem gdzieś na początku liceum, więc w trybie awaryjnym musiałem przerzucić się na gotyk. Tu na szczęście wystarczyły czarne ciuchy i zblazowana mina, więc przyjęli mnie bez problemu. A już na poważnie, to jak się pewnie domyślasz, jestem raczej zatwardziałym purystą, jeśli chodzi o rozumienie terminu "gotyk" w muzyce. Podchodzę do tego ultrakonserwatywnie, że tak to ujmę. Gotyk ma być niepokojący i nieoczywisty, trochę plemienny, ale wcale nie musi być mroczny w potocznym rozumieniu tego słowa. Raczej turpistyczny i groteskowy, jeśli już. I na pewno musi być ostro ubrudzony punkowo-rockandrollowym błotem. Świetnym przykładem tego, o czym mówię, jest The Birthday Party, czyli pierwsza, legendarna kapela Nicka Cave'a. Jeśli ktoś ich nie zna, niech szybko nadrabia. To będzie doświadczenie, które wywróci do góry nogami jego wyobrażenie o tym, czym może, a wręcz powinien, być gotyk. Jeśli natomiast chodzi o wszystkie te współczesne odmiany i podgatunki, to wybacz, ale mam wrażenie, że już wiele lat temu doszliśmy do momentu, w którym łatkę "gotyk" przykleja się każdej płycie z pajęczyną na okładce, każdemu zespołowi ubranemu na czarno i każdemu wokaliście czy celebrycie z eyelinerem i lekko podtapirowanymi włosami. W pewnym momencie to słowo zostało już tak wyeksploatowane, że kompletnie straciło jakiekolwiek znaczenie. Pamiętam czasy, kiedy nawet Madonna była określana jako "gotycka", bo w klipie do "Frozen" wiła się w czarnej sukni, dziobana przez jakieś czarne ptaszyska. No więc gotyk, a cóż innego!
 Z drugiej strony nie zapominajmy jednak, że termin "gotyk", jak wszystkie inne, został ukuty przez prasę muzyczną i był przez nią w różnych formach utrwalany na przestrzeni lat, a więc sam w sobie od początku był czymś umownym i przez to również podlegał dowolnym interpretacjom, że tak trochę postmodernistycznie tutaj popłynę, choć tego zazwyczaj unikam. Warto też wiedzieć, że praktycznie żadna z klasycznych kapel pierwszej fali nie określała swojej twórczości mianem "gotyckiej". Wręcz przeciwnie - prawie każda z nich uciekała od tej etykiety jak od zarazy. Do legendy przeszły już sytuacje, kiedy Andrew Eldritch, słysząc podczas wywiadów słowo "gotyk", kończył natychmiast rozmowę i wkurwiony wychodził z pokoju. Dlatego całe to "uniwersum gotyckie", o którym wspominasz, wydaje mi się tworem w dużej mierze nieprawdziwym. Być może pociągającym dla kogoś z zewnątrz, ale jednak trochę sztucznym i pustym. I z biegiem lat rozrosło się ono do rozmiarów, które ocierają się o absurd.
Ok. Może wystarczy tej teorii, więc przejdźmy do praktyki. Korzenie Miguela sięgają chyba post-punka. Muzyka punkowa kojarzy mi się z prostotą, ale to co tworzy Miguel And The Living Dead raczej nie jest prostą muzyką. To bardzo ambitne synkretyczne podejście łączące gothic rock, punk, rockabilly, surf rock i mnóstwo drobnych akcentów, jak reggae, country, czy po prostu rock'n'roll... Czy trudno jest wymyślać takie kawałki? To spontan czy wielogodzinna umysłowa praca?
Jak najbardziej spontan i twórcza wena, choć to określenie zawsze trochę mnie śmieszyło. Ale na pewno w naszej muzyce nie ma nic wykalkulowanego ani wydłubanego w pocie czoła. Nie siedzimy po nocach, robiąc notatki, wykresy i zastanawiając się, czy teraz dorzucić 15% surfu czy 40% punka i w jakim tempie. Te rzeczy dzieją się u nas całkowicie naturalnie, a pisanie piosenek przychodzi nam bardzo łatwo. Myślę, że to po prostu efekt wielu lat grania, słuchania różnorodnej muzy, dobrego słuchu, warsztatu i - nie bójmy się tego słowa - talentu. Zawsze gardziłem tą obowiązkową, artystyczną skromnością, która każe udawać, że wszystko przyszło przypadkiem. Talent istnieje, tak samo jak intuicja. My mamy jedno i drugie i chyba nieraz to już udowodniliśmy. Chociażby tym, że ze wspomnianego przez ciebie synkretyzmu nigdy nie zrobił nam się pierdolnik, a wręcz przeciwnie - powstały z tego spójny przekaz i całkiem oryginalny styl.
W 2004 roku przewidywałeś, że do Polski przyjdzie moda na deathrocka (z Niemiec). Dzisiaj możemy zweryfikować ową przepowiednię.
Haha, no cóż, chyba kiepski ze mnie Nostradamus, co? Choć może trochę jednak miałem rację, bo ta muzyka w końcu jakoś tam do nas przyszła. Ale raczej nie z Niemiec, bo tam to się wszystko skończyło szybciej niż zaczęło, tylko bardziej z internetu, czyli zewsząd. No i cały ten proces trwał zdecydowanie dłużej niż wydawało mi się dwadzieścia parę lat temu.
Obecnie jest straszny miszmasz na scenie gotyckiej. Ale czy pierwsze zespoły gotyckie inspirowały się (muzycznie) muzyką gotycką z okresu XII w. do początków XVI w.? A Wy w ogóle słuchacie takiej muzyki?
Hmm, nawet nie przyszłoby mi do głowy, żeby doszukiwać się związków między deathrockiem a muzyką XII wieku, czy w ogóle klasyczną. Skąd taki pomysł? Chyba katowałeś ostatnio za dużo Dead Can Dance. I nie, nie słuchamy takiej muzyki, czymkolwiek miałaby ona właściwie być w tym kontekście.
Dead Can Dance katowałem w latach 90., hahaha... A skąd pytanie? Znam ludzi, melomanów muzyki klasycznej (poważnej), którzy uważają za profanację przyponania słowa "gotyk/gotycki" do omawianej w tym wywiadzie muzyki i tej całej subkultury. A co myślisz o obecnej modzie na wszystko co "gotyckie"? Czaszki, diabełki, zombie, nietoperze, czarownice - ale jakoś wszystko polukrowane, skarykaturowane, groteskowe, niestraszne, a nawet komediowe - nierzadko czerń połączona z różem. Bajki, seriale, filmy (szczególnie dla dzieci i młodzieży). Nie ma w tym nic tajemniczego, przerażającego. I raczej muzyki w tym nie ma, a jak jest, to powierzchownie lub losowo wybrana. Jedni wchodzą w ten klimat manifestując swoim wyglądem swój młodzieńczy bunt. Inni sięgają tylko po jakieś gadżety - bo modne...
Myślę, że już dosyć obszernie zahaczyłem o ten temat przy okazji któregoś z poprzednich pytań, więc nie będę się powtarzał. Dodam może tylko, że cały ten bubblegum gothic, jak ja to zjawisko nazywam, wyrządził i cały czas wyrządza wiele krzywdy całej gotyckiej subkulturze, scenie i zespołom. Niby mogłoby się wydawać, że powinno być odwrotnie, bo skoro gotyckie są już nawet pieluchy i sznurówki, a rekordy popularności biją seriale typu "Wednesday" i podobne rzygowiny, to przecież fani tych produkcji, jak również wszystkie dzieci i ich rodzice odruchowo powinni rzucić się na gotyckie kapele. No i owszem, rzucają się, ale na Palaye Royale i Billie Eilish, czyli fastfoodowy gotyk naszych czasów. Nie chce mi się nawet gadać o tym szambie.
Banalne pytanie ale może warto zapytać. Dlaczego w 2010 roku Miguel And The Living Dead zakończył działalność?
Raczej zawiesił, a nie zakończył. Nigdy oficjalnie się nie rozlecieliśmy, pomimo iż przez kilka lat na naszym Facebooku widniała chyba notka "Miguel is Dead", ale to bez znaczenia. Tak w dużym skrócie: w 2007 roku, krótko po wydaniu naszej drugiej płyty, wyemigrowałem na stałe z Polski do Wielkiej Brytanii i mieszkam tu do dzisiaj, w centralnym Londynie. Uważam to miejsce za swój dom i raczej się to nie zmieni. A Miguel nie tyle został rozwiązany, co po prostu poszedł na kilka lat w odstawkę. Zresztą nawet po moim wyjeździe graliśmy jeszcze sporadycznie koncerty, jednak po gigu na Drop Dead Festival w 2010 roku postanowiliśmy dać sobie z tym spokój, skoro nie tworzyliśmy ani nie wydawaliśmy nowej muzyki. No i Miguel na kilka ładnych lat się zahibernował. Ale jak to się mówi - co ma wisieć, nie utonie. Z biegiem czasu powrót Miguela zaczął się coraz bardziej materializować. Zaczęło mi też przybywać nowych pomysłów muzycznych, których nie wyobrażałem sobie realizować w Londynie pod innym szyldem i z innymi ludźmi. No i jakoś tak od rozmowy do rozmowy, od piwa do piwa, około 2016 roku podjęliśmy ze Slavikiem i Klausem decyzję, żeby Miguel na dobre powrócił z zaświatów.
Czy ta kilkuletnia przerwa w egzystencji Miguela ostatecznie sprawiła, że wyszło wszystko Wam na dobre? Czy czujecie jakąś różnicę w funkcjonowaniu kiedyś a teraz, także na scenie?
Przerwa zdecydowanie wyszła nam na dobre. Dobrze pamiętam, że kiedy w 2007 roku wylatywałem z Warszawy na bilecie w jedną stronę, w kapeli zaczynało już być wyczuwalne zmęczenie materiału. Pewne rzeczy wydarzyły się chyba zbyt szybko i zabrakło nam, a przynajmniej mnie, dystansu do niektórych kwestii. Zespół jest dosyć złożonym organizmem i czasami potrzebny jest reset, nawet wieloletni. Kiedy w końcu zapadła decyzja, żeby zacząć grać na nowo, pojawiło się sporo trudności natury logistycznej, co zresztą było do przewidzenia. W zasadzie trwają one do dziś i nie ukrywam, że bardzo utrudniają, a przede wszystkim nieludzko spowalniają naszą działalność. Pełnokrwista kapela rockowa, taka jak MATLD, rozbita na dwa kraje, to koszmar. Zarówno logistyczny, jak i finansowy. Pamiętaj, że oprócz mnie w Londynie mieszka również nasz obecny klawiszowiec, Vins, więc problem jest niejako podwójny. W praktyce oznacza to, że rzadko gramy próby, a wiele piosenek musimy tworzyć na odległość. I o ile tak ogólnie dzieje się u nas teraz naprawdę sporo, to przez to, o czym mówię, kapela funkcjonuje momentami jak w jakimś somnambulicznym letargu albo na kacu. Zanika nam czasami ciągłość i gdzieś po drodze gubi się momentum. No ale co zrobisz? Jakoś to ciągniemy i będziemy ciągnąć dalej, dopóki starczy nam sił i chęci. A już tak od strony czysto artystycznej - osobiście uważam obecny skład i nowy materiał MATLD za najmocniejsze w historii tej kapeli. Niedowiarków zachęcam do posłuchania naszej nowej EP, a wkrótce pełnego albumu. Mamy też parę nowych teledysków, jeśli ktoś miałby ochotę popodziwiać wskrzeszonego Miguela w formacie ruchomym.
 A jak trafiliście pod skrzydła Piranha Music? Chyba nie bez powodu, pirania lubi obgryzać mięso aż do kości, hahaha... A na zombiakach jeszcze trochę tego pozostało, hahaha...
Piranha Music była na moim radarze już od dłuższego czasu. I nie z powodu profilu muzycznego tego labela, bo nie ukrywajmy, nie ma tam raczej zbyt wielu kapel pasujących do MATLD i stylistycznie niewiele się tam z nami zgadza. To, co zwróciło moją uwagę, to raczej jego wszechstronność i operatywność. Jak na niewielką, niezależną wytwórnię, naprawdę dużo się tam dzieje i, co równie ważne, wiele z tych działań wydaje się przynosić efekty. Pewnym katalizatorem był tu też dla mnie zespół Wij. Świetna muzyka i charyzmatyczna wokalistka robią swoje, jasne, ale wydaje mi się, że to również dzięki współpracy z Piranha kapela zyskała ogólnokrajową rozpoznawalność, i to w różnych bańkach subkulturowych. A kiedy na facebookowych fanpage'ach zarówno metalowych, punkowych jak i gotyckich zaczęto dużo mówić o Meluzynie, której właśnie Piranha wydała debiutancką EP-kę, byłem już kupiony. Uderzyłem zatem do Patryka, który wyraził zainteresowanie, i po paru tygodniach dogadywaliśmy już szczegóły. A zupełnie inną sprawą jest właśnie wspomniany profil stylistyczny Piranha Music. Naprawdę zależy mi na tym, żeby wyciągnąć Miguela z tej gotyckiej niszy, w którą wpadliśmy wiele lat temu, a która, przykro mi to mówić, z biegiem lat stała się u nas podziemiem podziemia. Dzięki współpracy z Piranha mam nadzieję, że MATLD i nasza muzyka dotrą do trochę szerszego grona odbiorców, zwłaszcza w Polsce. Jasne, fajnie jest mieć ten "kultowy" status, ale jeśli przez ponad dwadzieścia lat grasz wciąż dla tych samych ludzi, to prędzej czy później zaczyna trochę brakować świeżego powietrza i zespół stoi w miejscu.
Piranha Music wydała nową EP'kę "Hyenaz!". Czy ten tytuł ma jakieś głębsze znaczenie? Czy w ogóle teksty Miguela mają jakieś głębsze znaczenie, przesłanie? Czy po prostu są wprost inspirowane horrorami i tyle, bez głębszych podtekstów?
Nasze teksty dawno temu przestały być bezpośrednio i nachalnie inspirowane horrorami, zombiakami i tego typu atrakcjami. Przecież już w 2007 roku, na naszej drugiej płycie, pojawiły się tematy dużo poważniejsze, bardziej osobiste i refleksyjne, jak w "Bonehead" i "Legion Of The Wicked", czy momentami wręcz melancholijne, jak w "Over Horizon". Wiesz, to postrzeganie Miguela jako kapeli "horrorowej" wychodzi mi już, szczerze mówiąc, trochę bokiem. Rozumiem oczywiście potrzebę szufladkowania zespołów i budowania wokół nich jakiegoś prostego komunikatu, jasne, ale ta toporna i jednowymiarowa łatka "B-Movie/Horror", którą sobie w sumie sami przylepiliśmy na czoło na samym początku, zaczyna okazywać się przekleństwem. Na naszej nowej EP-ce i nadchodzącym albumie nie ma ani jednej, powtarzam - ani jednej - piosenki inspirowanej kiczowatym horrorem czy jakimś video nasty. Co nie znaczy, że zrobiło się nagle wesoło. Wręcz przeciwnie, nasze nowe historie są jeszcze bardziej niepokojące, złowieszcze, a czasami nawet przerażające czy wręcz diabelskie. Pojawiło się też znacznie więcej metafor, alegorii i zabawy samym językiem, jego brzmieniem, rytmem i wieloznacznością. Dobrym przykładem jest właśnie "Hyenaz", o który pytasz, czy "Speaking In Smoke", który osobiście uważam za najlepszy tekst, jaki napisałem dla MATLD.
A jak na ten materiał zareagowali starzy fani Miguela?
Starzy fani znają nasz nowy materiał od ładnych paru lat. Pierwsze "comebackowe" kompozycje graliśmy przecież już w 2017 roku, czyli prawie dziesięć lat temu. Ale ten czas zapieprza. A też mamy tu bolesne potwierdzenie tego, co mówiłem wcześniej o funkcjonowaniu kapeli rozbitej na dwa kraje i jak rozwala nam to zegarek. Ale wracając do pytania - odbiór nowych kawałków jest bardzo pozytywny, co nas oczywiście cieszy, choć też jakoś specjalnie nie dziwi. To jest naprawdę solidny materiał, mocno osadzony w miguelowej stylistyce, ale jednocześnie daleki od autoplagiatu. Na pewno nie stanęliśmy w miejscu.
A młodsze pokolenia, którzy po raz pierwszy zetknęli się z Waszą muzyką? Macie jakieś sygnały od młodych adeptów?
Jasne. Internet, streamingi i algorytmy zrobiły swoje, więc siłą rzeczy część naszej muzyki trafiła również do ludzi, którzy nie mieli prawa pamiętać pierwszego wcielenia MATLD. Od wielu lat widzimy na naszych koncertach całkiem sporo twarzy dużo młodszych niż nasze czy naszych wieloletnich ultrasów. Zresztą część starej załogi przychodzi już na nasze gigi ze swoimi dorosłymi dziećmi i jest to mega zajebiste. Skłamałbym jednak, mówiąc, że nastąpiła jakaś wielka pokoleniowa zmiana w naszej publice, bo nie nastąpiła. Owszem, jest trochę młodzieży, ale jednak większość naszych odbiorców to takie same stare pryki jak my albo ludzie niewiele od nas młodsi. A i starsi też się jeszcze zdarzają, haha.
Zapowiadaliście, że jesienią tego roku ukaże się długogrający album (także pod szyldem Piranha Music). I jak dacie radę?
Daliśmy już radę dawno temu, bo uwierz lub nie, ale longplay nagraliśmy dwa lata przed EP-ką! Wiem, że to trochę wywrócona do góry nogami chronologia, ale właśnie tak było. Najwyraźniej nawet nasze wydawnictwa są nieumarłe i żyją jakimś własnym życiem. Pozwól jednak, że nie będę wchodził w szczegóły, dlaczego tak się stało, bo to dosyć pokręcona historia. Odpowiadając jednak na pytanie - tak, album już jest. Nagrany, zmiksowany, zmasterowany, z okładką. W zasadzie tylko czekamy, aż trafi na półki sklepowe i do streamingów.
Wiele lat temu w pewnym wywiadzie powiedziałeś, że "dla młodych ludzi wchodzących w ten temat wykładnią słowa "gotyk" jest coroczna żenada pt. Castle Party, gdzie tak naprawdę zespoły gotyckie można policzyć na palcach jednej ręki ". Mimo wszystko nie gardzicie tą żenadą i tam występowaliście i to niejeden raz, hahaha...
Bo jesteśmy właśnie jednym z tych klasycznie grających zespołów, które można tam policzyć na palcach jednej ręki, a które powinny tam grać jak najczęściej. Nasze występy na Castle Party miały szczególny sens w kontekście tego cytatu, który przytoczyłeś, i tego, co powiedziałem wtedy na temat "wykładni" oraz tego, jak edukacyjny charakter zyskała ta impreza i jak mocne stereotypy produkuje. A zdania na temat samego festiwalu nie zmieniłem i raczej nie zmienię. Szczerze mówiąc, to nie za bardzo mam ochotę w ogóle wracać do tego tematu, ale skoro pytasz, to trudno - może rozwieję raz na zawsze wszelkie wątpliwości. Zacznijmy od tego, że moja nie najlepsza opinia o Castle Party ma charakter raczej prywatny i wiem, że reszta zespołu może mieć tutaj odmienne zdanie. Nie widzę również większego dysonansu pomiędzy krytyką jakiejkolwiek imprezy a jednoczesnym występowaniem na niej. A moje ostre słowa sprzed lat, które tutaj cytujesz, odnosiły się głównie do muzyczno-estetycznego oblicza tego festiwalu i wyrażały osobiste rozczarowanie czy wręcz wkurwienie związane z kierunkiem, w którym skręcił, i tym, w co się zamienił.
 Ponieważ byłem na pierwszej edycji Castle Party w 1994 roku, odbywającej się jeszcze na przepięknym, małym zamku w Grodźcu, kiedy była to podziemna impreza DIY reklamowana miesiąc wcześniej kserowanymi ulotkami rozdawanymi w Jarocinie, to mam tutaj naprawdę solidny punkt odniesienia. I z dużym smutkiem patrzyłem, jak ten festiwal z biegiem lat zamieniał się w gotycką cepelię i bal przebierańców, a zespoły grające rasowy nowofalowy gotyk znikały z jego sceny rok po roku, niczym wypożyczalnie kaset wideo w erze streamingu. W ostatnich latach zdarzały się trochę ciekawsze edycje, owszem, ale nie zmienia to faktu, że to, co mówiłem dwadzieścia lat temu, wciąż uważam za w pełni uzasadnione i nie wyprę się ani jednego słowa. A jeśli jeszcze kiedyś nas tam zaproszą, to pewnie znowu przyjedziemy i zagramy. Po to istnieją takie festiwale, żeby zespoły mogły na nich grać. Zresztą, już tak na marginesie, zdziwiłbyś się chyba wiedząc ile kapel nie przepada za imprezami, na których występują. Podejrzewam, również na podstawie własnych rozmów z innymi muzykami, że wśród większości zespołów panuje raczej mało pozytywna opinia o dużych festiwalach, ich klimacie, zapleczu technicznym czy obsłudze sceny. A wracając jeszcze do samego Castle Party i mojej podobno wielce kontrowersyjnej krytyki, to i tak daleko mi do Krzyśka Ostrowskiego, wokalisty Cool Kids Of Death, który występując na tej imprezie dwa czy trzy lata przed MATLD, rzucił ze sceny mistrzowski tekst: "Witamy wszystkich przybyłych na zlot fanów Harry'ego Pottera". Facet idealnie podsumował tę imprezę, a gównoburza po występie CKOD była wręcz przecudna.
Ale też graliście na wielu zagranicznych koncertach u boku wielu znanych kapel. Czy sami szukacie wejścia na duże koncerty (różnymi sposobami), czy po prostu organizatorzy zgłaszają się do Was z propozycją?
Głównie to drugie, ale zdarzyło nam się kilka razy samemu zgłosić na większą imprezę, jeśli naprawdę zależało nam na występie tam. Mierzymy jednak siły na zamiary i dobrze wiemy, że na naprawdę wielkich spędach raczej nie mamy czego szukać. Z drugiej strony, nie zależy nam też specjalnie na tym, żeby występować za wszelką cenę na niektórych popularnych festynach. Zawsze bardziej interesowały nas imprezy, na których czujemy, że naprawdę pasujemy muzycznie i estetycznie. Lepiej zagrać świetny koncert dla właściwej publiki, niż być wymuszonym dodatkiem do wydarzenia, gdzie ludzie będą nas mieli w dupie. A uwierz mi, na takowych też grywaliśmy.
A jak było na koncercie w Meksyku na Tenochtitlán Oscura Fest? Gdybyś miał porównać ten festiwal do jakiegokolwiek z Polski lub z Europy?
No tak, nasz legendarny występ w Meksyku... Powiem może tak - o meksykańskich załogantach krążą gdzieniegdzie opinie, że bardziej chcą niż potrafią. No i ta impreza była dokładną ilustracją tej tezy. Chaos przy negocjacji warunków, chaos przed gigiem, chaos na scenie. Nie będę zagłębiał się w jakieś detale czy strzelał anegdotami, bo organizatorom należą się jednak ogromne brawa za ten festiwal oraz za naprawdę wspaniałą gościnność i zajebistą, serdeczną atmosferę. Po prostu wiele rzeczy, zwłaszcza technicznych, pozostawiało tam sporo do życzenia i myślę, że nawet sami architekci tej imprezy zgodziliby się tutaj ze mną. Mimo wszystko, jeśli kiedykolwiek zaproszą nas tam ponownie, polecimy bez wahania. Tym razem jednak na coś większego niż tylko jeden występ. Zresztą były plany, żeby wokół naszego zeszłorocznego koncertu zorganizować większą trasę po Meksyku i zachodnim wybrzeżu USA. Prowadziłem już nawet dość zaawansowane rozmowy z kilkoma promotorami w Kalifornii i Teksasie, ale cóż, nasi meksykańscy przyjaciele w ostatniej chwili się zbiesili, zaczęli stawiać jakieś absurdalne warunki i cały plan wziął w łeb. A porównując Tenochtitlán z imprezami na starym kontynencie, powiedziałbym, że było w nim zdecydowanie mniej organizacyjnej dyscypliny niż na większości wydarzeń u nas. Jednocześnie jednak miało to wydarzenie coś, czego często brakuje dużym festiwalom w Europie, czyli autentyczny, nieudawany entuzjazm i poczucie, że wszyscy uczestniczą w czymś niecodziennym. Był chaos, ale była też pasja. I może właśnie dlatego warto było tam polecieć.
A gdzie Wam się lepiej gra, na dużych scenach, czy w klubach?
I tu, i tu. Każda impreza, jeśli jest dobrze zorganizowana, ma swoją magię. Nieważne, czy to wielka scena Wave-Gotik-Treffen, czy ciasny, przepocony klub na warszawskiej Pradze. Duża i mała scena to po prostu dwa różne doświadczenia i każde z nich ma swoje plusy oraz minusy. W małym klubie masz świetny kontakt z publiką i zazwyczaj panuje luźna, ziomalska atmosfera. Problem w tym, że czasami robi się ona zbyt luźna i zbyt ziomalska, a wtedy bywa różnie. Zdarzały nam się klubowe gigi, które musieliśmy przerywać albo które były po prostu tak chujowe, że odliczałem czas do zejścia ze sceny. Duże imprezy i duże sceny to z kolei bez porównania większy komfort samego grania, lepsze warunki techniczne i dużo mniej stresu logistycznego. Niestety ceną, którą płaci się za takie luksusy, bywają zazwyczaj ściśnięte gacie organizatorów i takie trochę nieprzyjemne uczucie, że jest się elementem wyposażenia sceny. A publiczność znajduje się gdzieś na marginesie tego wszystkiego. Mimo to osobiście zawsze byłem mocno sceptyczny wobec fetyszyzowania sceny klubowej i kultu tzw. undergroundu, zgodnie z którym "prawdziwa" muzyka może istnieć wyłącznie w zadymionej norze dla trzydziestu osób, a każda większa scena jest z definicji podejrzana. To chyba trochę zbyt wygodne i kwadratowe myślenie. Zresztą dobra muza obroni się wszędzie, zarówno w piwnicy, jak i na wielkim festynie. Myślę, że każdy zespół powinien regularnie próbować jednego i drugiego.
A zatem jakie macie plany koncertowe do końca 2026 roku?
W sumie dosyć skromne. Celowo postanowiliśmy wstrzymać się z koncertowym promowaniem EP-ki i nie zrobiliśmy nawet żadnego release party. W tym roku tylko podsycamy apetyty publiczności, a więcej zabawy na żywo będzie w przyszłym, kiedy nowy album już porządnie siądzie na rynku i w głowach słuchaczy. Póki co w planach na 2026 mamy tylko jeden letni występ na deathrockowym festiwalu na Dolnym Śląsku, ale jest to dosyć specyficzna, prywatna impreza DIY i ma raczej hermetyczny klimat. Natomiast w grudniu zamierzamy wyruszyć w krótką trasę po Polsce promującą nowy longplay. Jest ona w zasadzie już potwierdzona, więc zapewne Piranha niedługo wszystko ogłosi.
I na tym zakończymy. Dzięki za wywiad. Czy żywe trupy mają coś do powiedzenia?
Tak. Wbrew powszechnej opinii, włosy i paznokcie nie rosną po śmierci. To jedynie efekt wysychania i obkurczania się skóry oraz złudzenie optyczne spowodowane zmianami zachodzącymi w tkankach. Nie wszystko wygląda tak, jak nam się wydaje. Dbajcie zatem o siebie i nie dajcie się zjeść hienom. Czasami ciężko je rozpoznać. Dzięki za interesującą rozmowę!
|