01. Cabin In The Woods 02. Riots In Heaven 03. What Happens On Backstage Stays On Backstage 04. Movie Star 05. Crime Wave 06. Lynchburg Tennessee 07. Make Some Noise 08. Hero 09. Friday Night Fever 10. Johnny & Mary 11. Find My Way
Po ciepło przyjętym materiale "Rock'n'Roll Nation" zespół Nasty Crue wraca z pełnowymiarowym materiałem. Na album zatytułowany "Riots In Heaven" trafiło 11 kompozycji, które ponownie przenoszą nas w czasy dawne. No ale po kolei.
Mamy kilka zmian i takich wizualnych i tych muzycznych. Na początek te pierwsze. Kosmetycznej zmiany doczekało się logo zespołu w którym zniknęły kropeczki nad literką "u". Natomiast zaszła spora zmiana w image muzyków - zniknęły kolorowo-pstrokate łaszki i obecnie chłopaki wyglądają bardziej metalowo. Zmieniła się też sama muzyka. Teraz Nasty Crue gra bardziej "poważnie". Wiadomo, to wciąż jest ten sam hard rock, ale muzyka jest ciut cięższa i jakby poważniejsza. Zespół muzycznie nam dojrzał.
Z poprzedniego materiału pamiętam ciągłe imprezowanie, dobrą zabawę i nieustanne puszczenie oka do słuchacza. Teraz (prawdopodobnie) to już by nie przeszło i dobrze, iż NC postanowiło zrobić krok do przodu. Oczywiście chłopaki nie odpuścili swojego "małego muzycznego świata" i dalej świetnie się bawią grając wielkie koncerty, a "co się dzieje na backstage, zostaje na backstage". Wiadomo o co chodzi. Taka konwencja i nie ma co nad tym się specjalnie rozwodzić.
Kilka słów o muzyce (wreszcie!), bo tutaj to naprawdę jest bardzo przyjemnie. Słychać, że muzycy rozwinęli się (gitary!) znacznie i kompozycje zostały dopracowane. Bardzo fajnie chodzą gitary (brawo za solówki) które ciągną te kawałki. Momentami jest bardzo melodyjnie i chwytliwie ("Cabin In The Woods"), jest przebojowo-radiowo ("Make Some Noise"), nie brakuje bardziej rock'n'rollowych chwil ("Lynchburg Tennessee", który fajnie buja), mamy także akustyczny kawałek zatytułowany "Find My Way". Jak widać jest dosyć różnorodnie, pomimo dosyć sztywnych ramek konwencji
Wokalnie też mamy dosyć ciekawie, bo J.J. dosyć mocno ubarwia swoje linie. Unika schematów i kombinuje gdzie tylko można - na przykład w refrenach do "Movie Star". Ach te ściskające... hmm... gardło falsety. Dzięki temu nie ma nudy i monotonni. Mniej jest szaleństwa i "imprezy", więcej za to powagi i dopracowania. Jak dla mnie na plus.
Nie jest to jakaś super genialna płyta, nie odkrywa też nie wiadomo jakich niezbadanych lądów. Nie o to też chodzi. Chłopaki mają swoją "zajawkę", czy też muzyczny świat i dosyć fajnie się w nim realizują. Wiadomo, że światowej kariery tym graniem nie zrobią, ale na pewno dobrze się przy tym bawią, a czy przypadkiem nie o to chodzi w muzykowaniu? Dla mnie to jest oczywiste. Świat potrzebuje takich pozytywnych świrów i wyciągnięcia z tyłka kija. Ma być rock'n'roll, piękne kobiety, piwo, czy też dobra whiskey ("Lynchburg Tennessee") i dobra zabawa. Ja to kupuję i biorę w tym udział. Polecam też jako odskocznię od codziennego łomotu, bo muza jest miła i przyjemna dla ucha.